Skocz do zawartości
Nerwica.com

New-Tenuis

Użytkownik
  • Postów

    2 296
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez New-Tenuis

  1. naranja, przepraszam Cię, że się nie odniosłam do Twojej poprzedniej wypowiedzi. Zgadzam się z nią w pełni. A moja mama dobrze wie, że nic nie zdziała, bo relacja terapeutyczna to jedno, ale wie, że mam kontakt w z tą kobietą, o którą jest "zazdrosna" i nic na to nie poradzi. Poza tym, ona to chyba podświadomie robi, nie celowo... że mnie uwiązuje. Wiem o tym. Z trzeciej strony (może być trzecia strona?), ja mam trochę bałagan w tych swoich zakochaniach... bo jak pisałam powyżej, jestem bi i raz pada na kobietę , raz na mężczyznę (częściej na mężczyznę), ale z nikim jeszcze nie byłam. Sama nie wiem... jak ktoś zaczyna coś do mnie mieć i ja to widzę, trochę się boję, ale nie mogę przestać o tym kimś myśleć. A moja mama faktycznie potrafi polecieć z niemiłym tekstem odnośnie tego, co jej opowiadam, umniejsza te osoby w moich oczach. Rzeczywiście, jakby gdzieś pod spodem się starała mnie zatrzymać... ale jest całe spektrum innych okoliczności poza nią. To nie tylko ona mnie przeszkadza... takie mam poczucie... Po prostu, na dzień dzisiejszy, nie czuję bym była gotowa na terapię na ten temat. To byłby zbyt duży ciężar dla mnie. Moja terapeutka o tym wie i czeka. I już nie piszmy o tym, ok? Bo nawet pisać za trudno. Nie chcę się bać najbliższej mi osoby na świecie. Nie chcę myśleć, że mi szkodzi.
  2. Moja relacja z mamą jest na tyle skomplikowana, że zawsze musiałam być dla niej partnerem, nawet jak byłam mała, bo mój tato zaczął nawalać. Musiałam ją wspierać, wysłuchiwać, pomagać jej... byłam dla niej jak mąż bardziej niż jak dziecko. Z drugiej strony, zawsze mnie rozpieszczała, bardzo przejmowała się moimi przeżyciami, jak wracałam ze szkoły, zawsze ze mną rozmawiała, od razu podawała mi obiad. Wiedziała wszystko o prawie wszystkim, co mnie dotyczyło... bardzo ją to obchodziło. Jak byłam chora na depresję, trochę się denerwowała, że już nie mogę "jej partnerować", tylko zamieniłam się w bezwolne dziecko... ale i tak cały czas przy mnie czuwała. Kiedy mój psychiatra powiedział mi, że moja mama coś zrobiła źle, a ja nie chcąc mieć przed nią tajemnic, jej to przekazałam, strasznie to przeżyła i do tej pory o tym mówi. Jestem bi, więc miałam moment, kiedy trochę zaangażowałam się w jedną panią ze swoich wykładowców... ona jest 6 lat młodsza od mojej mamy. Kiedy niedawno powiedziałam, że cieszę się, że mam z nią dużo zajęć, mimo że już mi "przeszło", to czuję się fajnie wiedząc, że ktoś taki mnie docenia. A moja mama: "Aha, to znaczy, że potrzebowałaś jakiejś pani lepszej ode mnie"- nie powiedziała tego dokładnie w ten sposób, ujęła to raczej żartobliwie.
  3. Monika1974, nie chcę iść na psychoterapię, bo psychoterapeuci chcą, żebym wylała swoje żale do mamy. Rozdzielają nas. Ja z nią mieszkam i nie chcę iść na terapię i się od niej oddzielać, by potem wrócić do domu i czuć, jakbym ją zdradziła. Nie chcę jeszcze wchodzić w dorosłe życie, na razie dobrze mi z nią. Na razie... I nie chcę, by ktoś na siłę mnie przekonywał, że to źle, bo to mnie bardzo mocno, straszliwie boli, jak ktoś twierdzi, że nie poradzę sobie w życiu, bo jestem w bardzo bliskiej relacji z mamą. Na terapii zdarzało się, że byłam wkurzona na mamę, mówiłam to, a terapeuta to drążył. Jak wychodziłam z terapii, czułam, że mnie nie ma, że jestem jakimś duchem, który musi zniknąć. I czułam, że zdradziłam mamę, bo dałam sobie mówić coś złego o niej. Terapeuci mnie straszą, że nie znajdę sobie męża i nie założę rodziny przez mamę. A ja tak nie myślę. Ale jak tak mówią, wywołują u mnie lęk... i bunt przeciwko sobie samym. Nie jestem jeszcze w stanie mieszkać i żyć bez mamy. Może to jest problem, ale za głęboki dla mnie i zbyt bolesny, by iść z nim teraz na terapię. Poza tym, nie jestem jakimś odludkiem, żyję w społeczeństwie, realizuję się i mam życie towarzyskie... dlaczego mam słuchać tego, że coś jest ze mną nie tak, skoro uzyskałam względny spokój? (przez leki czy przez po prostu wydarzenia) ... każdy atak na mamę odbieram jako atak na siebie... i nie umiem nawet tego dotknąć, by nie bolało. Co dopiero opowiadać o tym obcej osobie. A moje terapeutka czeka... powiedziała, że jak będę gotowa, to mnie przyjmie i rozpocznę psychoterapię.
  4. Monika1974, czemu jesteś takim wyznawcą psychoterapii? Mózg ludzki nie jest do końca zbadany, a "specjaliści" mogą się mylić. Teraz jest jakaś dziwna moda na zaburzenia osobowości. Pytałam się swojego psychiatry, czy leki, które w tym momencie zażywam, są zagrożeniem dla mojego zdrowia, a on powiedział: "U mężczyzn mogą powodować spadek libido". Spytałam o swoją wątrobę, on powiedział, żebym co jakiś czas się przebadała, ale to są leki nowej generacji i nie sądzi, żeby mi mogły zaszkodzić. Poza tym, Moniko, zwróć uwagę na to, że nawet po dwóch latach psychoterapii nie czujesz się "kwitnąco". Ja nie jestem na samych lekach. Pomaga mi również zdrowa dieta i to, że się realizuję. Mam dwa kierunki studiów, na których zdobywam dobre oceny, mam przyjaciół, mam świetną mamę i wspaniałe mieszkanie i mam powody, by czuć się szczęśliwa. W tym momencie. Moje załamania wiązały się w dużej mierze z mieszkaniem z tatą, który pił (bo jestem też DDA ) i niestabilną sytuacją w domu, problemami towarzyskimi. Teraz mam po prostu spokojny dom, moja relacja z tatą się ustabilizowała (piszemy do siebie często i czasem się spotkamy i jest fajnie), poznałam fajnych ludzi, nauczyłam się bronić. Wszystko dlatego, że zmieniłam otoczenie, przeprowadziłam się, bo mój poprzedni dom był toksyczny. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że mam urazy do taty, że potrafią mnie irytować zachowania mamy, mam wgląd w samą siebie... ale te urazy nie burzą mi życia. Nie widzę sensu w pielęgnowaniu ich. Myślę, że gdybym zeszła z leków, mogłabym przez moment się źle czuć, ze względu na objawy odstawienne, ale potem znów poczułabym się dobrze. Nie ma w moim życiu nic, co bym "zamiotła pod dywan" i trzeba by było wydobyć za sprawą psychoterapii. Co nie oznacza, moi drodzy, że psychoterapia jest złym rozwiązaniem. Dla jednego może być naprawdę pomocna, a dla drugiego (a tak jest w moim przypadku właśnie) nawet szkodliwa. Nie jestem przecież jakimś mędrcem, żeby wyrokować, co komu dolega i co mu może pomóc. Z mojego doświadczenia wynika, że całkowita zmiana otoczenia pomaga. I nie atakuj mnie, Monika. Ja Cię lubię i cenię i nie rozumiem, czemu tak zareagowałaś na to, co napisałam. Nie ma jedynej słusznej metody dotyczącej leczenia mózgu ludzkiego, w to nigdy nie uwierzę. To jest tylko moja opinia. -- 19 cze 2011, 13:50 -- Lady_B, może faktycznie przydałaby Ci się sesja z psychoterapeutą? Może pomogłoby Ci to zrozumieć istotę tego, co Cię tak boli?
  5. Lady_B, kochana na pewno po prostu masz gorszy dzień. Wiem, jakie to nieprzyjemne. Czy coś się dzisiaj wydarzyło raniącego czy tak po prostu obudziłaś się z czarną dziurą? Monika1974, przecież ja wcale nie uogólniałam. Napisałam "co komu pomaga, to zależy". Mnie pomagają leki, na których prawdopodobnie jeszcze długo będę "jechać", tak powiedział mój psychiatra po mojej ostatniej załamce. Biorę 150 mg Wenlafaksyny i na noc małą dawkę Kwatepiny. Przecież wiem, że zdrowie pełną parą to to nie jest. Mam osobowość chwiejną emocjonalnie i doskonale sobie zdaję z tego sprawę, mam też terapeutkę, do której zawsze mogę się udać. Uważam tylko, że nie należy czynić z psychoterapii jedynej słusznej metody. Skoro Brak Uczuć chce zażywać sole litu i iść na elektrowstrząsy, to może to właśnie jest dla niej ratunek, kto wie?
  6. Ja nie chodziłam i nie chodzę na terapię i czuję się znacznie lepiej. Co komu pomaga, to zależy. Psychoterapia nie jest jedynym rozwiązaniem. Mi pomógł psychiatra, który leczy mnie od lipca 2009 roku. Też próbował mnie skłonić do podjęcia psychoterapii, a ja nie chciałam. Później zorientował się, że czuję się coraz lepiej, spokojniejsza, bardziej się realizuję i chyba doszedł do wniosku, że nie ma co mnie dłużej nakłaniać, że sama sobie radzę. Ale, jak już często wspominałam, w każdej chwili, kiedy będę chciała rozpocząć psychoterapię lub pójść na pojedynczą sesję "się wygadać", mam zaufaną terapeutkę, która jest naprawdę świetna i wiele razy mi w życiu pomogła, rozjaśniła mi kilka spraw w głowie, umiała na pewne rzeczy spojrzeć z humorem. Grunt to wiedzieć, że w razie złego stanu ma się dokąd pójść i wcześniej znać to miejsce, osobę. Takie "pasy bezpieczeństwa", sama świadomość ich istnienia dają mi spokój.
  7. Ja powiem tak: Obecnie jestem w bardzo dobrym nastroju, czuję, że w moim życiu panuje porządek i ład. Czuję się bezpieczna. Mogłabym napisać o tym, jak radzę sobie ze złymi stanami, ale to nie do końca możliwe, bo one jak się pojawiają, wciąż są silniejsze ode mnie. Na szczęście, stają się coraz słabsze, jakby ich mniej... ale nie wiem, kiedy nagle mogą nadejść. Miałam chwile zwątpienia, gdy wkręcałam sobie CHAD, ale dowiedziałam się, że zaburzenie osobowości typu borderline też może dawać takie objawy, że raz się człowiek czuje bardzo dobrze, a potem nagle bardzo źle... stąd nazwa "chwiejna emocjonalnie". Poza tym, naprawdę mam wrażenie, że jestem na dobrej drodze życiowej i nie jest to nastrój typu "ale jestem za...bista, życie jest wspaniałe, sprzedam dom i wyjadę na Antypody". Moje rady dla tych, których "napadają" myśli samobójcze, nerwica, czarne myśli... to, co mnie pomaga, to totalne zaniechanie walki z życiem, robienie wszystkiego od niechcenia, pozwolenie sobie na zły stan i przyjęcie go "z otwartymi ramionami"... upadek mniej boli, gdy nie ma się ponapinanych mięśni.
  8. angelikaf, a mnie na Twoim miejscu byłoby przykro z tego powodu, że Twój chłopak ogląda w ogóle takie filmy. Czułabym, że jego... wrażliwość nie jest taka jak moja i że ma przedmiotowe podejście do mnie... bo chyba najważniejszy jest związek dwójki ludzi... a nie seks? Seks to sposób okazywania miłości, a nie czysta fizjologia jak sranie na kiblu. Seks jest jak przytulenie kogoś, pogłaskanie, chyba w dobrym związku powinien być ujściem dla uczuć do drugiej (jednej, konkretnej, tej właśnie) osoby, a nie ujściem potrzeb fizjologicznych jak przy sikaniu? Tak to chyba gwałciciele myślą - muszę ją zgwałcić, bo mam parcie na seks...? Boże, to jest straszne, co tu przeczytałam... Aż mi się smutno zrobiło... Ja bym chciała być z kimś, kto będzie MNIE KOCHAŁ i z tej MIŁOŚCI będzie ze mną sypiał, a nie z innych pobudek. Bo nie zamierzam być narzędziem do zaspokajania potrzeb... STRASZNE...
  9. Błagam Cię, jak można się obawiać intelektualnie... Poza tym popatrz na to zdanie... naprawdę myślisz jak nastoletnia dziewczynka, a nie jak trzydziestoletnia kobieta. Jestem młodsza od Ciebie o osiem lat, a już dawno wyrosłam z tak górnolotnego myślenia o sobie. Może to jest właśnie Twój problem? Nie możesz czasem się z siebie pośmiać? Depresja to jest choroba, czasem trudna w leczeniu, ale można się wysilić i starać się z niej wyjść. Ty tylko siebie pogrążasz takim myśleniem... podoba Ci się ono? Dlaczego się tak zapętlasz? Dlaczego to sobie robisz?
  10. Ja w ogóle pierwszy raz w życiu od Ciebie, Asiu, dowiedziałam się o istnieniu takiej choroby jak fibromialgia. Przeczytałam o niej na Wikipedii, tak, żeby się jeszcze bardziej wdrożyć w to, o czym piszesz i nie rozumiem... tam jest napisane, że chorzy cierpią na bóle całego ciała......a w leczeniu zaleca się psychoterapię. Jak niby psychoterapia ma zniwelować bóle? A pytam z czystej ciekawości. Wiecie co, i tak się trochę zastanawiam, czytając ostatnie posty, czy nie za dużo rozmawiacie o tych chorobach... że u Asi została stwierdzona przez lekarzy borelioza, to oczywiście rozumiem, też bym się tym na jej miejscu martwiła, ale jak brak uczuć wyskoczyła z HIV, to zaczęłam odnosić wrażenie, że zaczyna popadać w.... hipochondrię... a z nerwicy hipochondrycznej też niełatwo jest potem wyjść. Mnie się wydaje, że najważniejsze są uczucia, smutek i że te sprawy powinno się leczyć farmakologicznie antydepresantami, gdy psychoterapia nie pomaga... bo można wpaść w błędne koło, zapętlając się w rozmyślaniu o swoich ewentualnych chorobach. Poza tym, to jest jak przerzucanie "winy" za zły stan psychiczny na choroby zakaźne, żeby nie okazało się, że po prostu pewnych przeżyć nie mogliśmy wytrzymać psychicznie i załamaliśmy się.... i że nasza choroba jest psychiczna w większej mierze niż fizyczna... choć w sumie organizm ludzki to jedna całość. Ja jak zaczynam się łapać na tym, że ciągle się zastanawiam nad tym, co mi dolega, staram się spuścić z tonu, przerwać to błędne koło, póki jeszcze mogę. U mnie, jak byłam młodsza, 4 lata temu doszło do tego, że po jednym nieudanym wyjeździe zastanawiałam się, czy ktoś mi nie dosypał narkotyku do napoju, który piłam... bo nie umiałam pogodzić się z tym, że tak gwałtownie zareagowałam na wydarzenia, które miały miejsce na tym wyjeździe... i sama przed sobą musiałam się jakoś tłumaczyć. Teraz wiem, że nie byłam naćpana i że na tym wyjeździe obudziła się po prostu uśpiona do tej pory część mnie, a ja się tej części przestraszyłam i wyparłam ją.
  11. brak uczuć, ja bardzo dobrze się dogaduję ze swoją mamą i nie mam do niej jakichś "głębokich" żali, a teraz już się pogodziłyśmy. Także jest ok.
  12. Właśnie dostałam "ataku" i po raz pierwszy od dłuższego czasu starłam się z mamą. Bo ja czasem mam wrażenie, że ona mówi np. że nie ma do mnie żalu, a jednak ma się tak jakby obraża, jak ja odchodzę do swojego pokoju, to zdarza się (nie lubię tego), że nagle wchodzi i mówi, że się nie spodziewała po mnie czegoś, że coś nie tak, itp. A pięć minut wcześniej, jak chciałam się dogadać, powiedzieć, jak to wygląda z mojej strony, to mnie prosiła, żebym wyszła. Obie mamy problemy z nerwami, ale nie lubię, jak ktoś mi nie daje jasnych komunikatów...
  13. malibu, hm... czyli to po prostu mózg mu szwankuje. A może jest coś, o czym Ci nie powiedział? W sensie, że zdarzyło się coś bolesnego, ale to przed Tobą zataił i tak popada w siebie przed internetem? A on zawsze taki był, czy od jakiegoś czasu?
  14. malibu, a czy Twój syn miał kiedykolwiek kolegów, koleżanki? Czy jest myślisz jakiś konkretny powód, dla którego został odrzucony przez środowisko rówieśnicze? Np. zachowuje się w sposób oryginalny i nieakceptowany przez młodych ludzi (np. jest agresywny), za bardzo się poci, ma jakieś tiki, jest słaby fizycznie... albo jest paraliżująco nieśmiały? Bo wiesz, wydaje mi się, że depresja u chłopaka w wieku 17-stu lat może się wiązać ściśle z brakiem kolegów, z tym, że nie podoba się dziewczynom, itp. I może on sobie rekompensuje takie bolesne przeżycia poprzez właśnie drogie wyjazdy i Waszą 24h opiekę, uwagę? A potem, kiedy już z Wami jest, czuje, że to jednak nie to, że chciałby ten czas spędzić nie z rodzicami, a z kumplami? To są trudne sprawy, zwłaszcza dla chłopaków, których środowisko odrzuci prawie zawsze, gdy nie są sprawni fizycznie, wygadani itp... Przynajmniej ja mam takie obserwacje.
  15. malibu, a w jakim dokładnie wieku jest Wasz syn? -- 16 cze 2011, 14:19 -- Nie myślałaś, że możesz cierpieć na depresję endogenną? http://www.depresja.net.pl/rodzajedepresji.php -> przeczytaj... bo te objawy mi do Ciebie pasują? Może nie masz ZO i jesteś źle leczona? Sama nie wiem...
  16. Zadam głupie pytanie: Mieliście kiedyś lęki, że bliska osoba Was porzuci, nie będzie chciała z Wami utrzymywać kontaktu? Mnie do szczęścia brakuje właśnie wymazania tego lęku, który trwa już ponad rok... Jeśli tak, to jak sobie z takimi przykrymi uczuciami radzicie?
  17. Anoreksja to choroba uczuć i chęć kontroli nad wszystkim, co nas dotyczy... a następuje, gdy w naszym przekonaniu tę kontrolę tracimy. Z Twoich postów wnioskuję, Asiu, że bardzo byś chciała mieć "siebie" pod kontrolą, masz bogate nazewnictwo na objawy, które Ci dolegają... może Twoja psychika zapędza się i postanawia już nawet kontrolować jedzenie, oddychanie, proste czynności życiowe? To by się zgadzało, bo niedawno pisałaś, że nie możesz oddychać, jak równocześnie mówisz... może właśnie z powodu tej kontroli? Bo bez tej kontroli czujesz, że... spadasz w ciemną otchłań? Rozumiem, bo ja też tak mam z tą kontrolą. Ale na szczęście anoreksji nigdy nie miałam... Moja mama teraz ma nastroje depresyjne, zaczynają jej się objawy klimakterium (poty, nieregularne miesiączki itp.), a bardzo się boi brać hormonalną terapię zastępczą, bo jest wtedy ryzyko zachorowania na raka piersi... a jej mama właśnie zmarła na raka piersi... już sama nie wiem, co jej poradzić... jeśli objawy nie ustąpią, zaprowadzę ją do psychiatry, żeby zażywała chociaż jakiś lek przeciwdepresyjny... Zastanawiam się, co mogę dla niej zrobić, żeby się nie męczyła, bo ostatnio często płacze i nie ma na nic siły...
  18. W 100% się zgadzam. Troszkę mnie przeraziło, że ona się przestraszyła Twojego stanu i jak mówiłaś, że pragniesz śmierci, to ją to "zabolało". No przecież, po to się chodzi do psychologa, żeby sobie pomóc w uporaniu się z myślami samobójczymi i innymi ciężkimi stanami. A ona się zachowała, jakby spisała Cię na straty. To nie w porządku z jej strony. Faktycznie, umywa ręce. Niech się wreszcie skończą te wahania ciśnienia, bo mój organizm i psychika się buntują... i ta duchota... człowiek się cały potem oblewa, a równocześnie jest zimno. A w dodatku przeziębienie mnie męczy i kaszel w nocy, a przez deficyt tlenu w powietrzu nie mogę oddychać. No, wygadałam się.
  19. A jak się wabi? Asiu, ja też mam zawsze obawy przed wakacjami... wakacje zawsze pogłębiają moje tendencje do depresji i zachwiań nastroju, bo wtedy właśnie nie czuję tego celu... mam odpoczywać, a się zamartwiam... mam nadzieję, że jednak nadchodzące wakacje dadzą mi dużo radości, spokoju i odpoczynku, bo strasznie się napracowałam przez ten cały rok akademicki. Tak sobie myślę... czasem chemiczne leki naprawdę mogą podnieść nastrój... czasem. Może w lecie zahaczę o Warszawę, bo mam tam kogoś, to możemy się kiedyś umówić na spacer po Łazienkach (nigdy tam nie byłam!).
  20. Zimne dreszcze mnie przechodzą, jak czytam Wasze posty, Dziewczyny. Mam wrażenie, że u Was wszystkich nastrój się znacznie pogorszył... Teraz się różne dziwne rzeczy dzieją z pogodą, to znaczy jest potwornie duszno i burzowo. Może to też ma na Was jakiś wpływ? Martwię się o Was bardzo, naprawdę... Mnie się wydaje, że teraz macie (Asiu, Kasiu) pogorszenie, ale że może to minie...? Asiu, ja się w Twoim przypadku zastanawiam... na prawdę nie ma żadnych leków przeciwdepresyjnych, które można zażywać przy boreliozie? Mnie leki pomogły, a to faktycznie wygląda tak, że jesteś w kiepskim stanie nerwowym... może sama terapia nie wystarczy? Kasiu, może weź sobie jakieś zwierzątko domowe? Może raźniej Ci będzie wiedzieć, że masz dla kogo żyć i kim się opiekować..? Mnie z wielu życiowych opresji wyciągnął mój kot, np. łasząc się o mnie, siedząc mi na kolanach... Jak miałam taki stupor lękowy, że nie mogłam płakać, jak moja kicia do mnie przychodziła, łasiła się do mnie, to zaczynałam płakać, a płacz mnie oczyszczał. Pomijając fakt, że jak cały czas byłam na Alprazolamie i spałam po nim, to kładła się koło mnie... miło było wiedzieć, że jest ze mną na dobre i na złe i nigdy się ze mną nie pokłóci (no, może czasem ugryzie, jak nie tak ją głaszczę ). Zwierzęta leczą, mówię Ci.
  21. Asiu, a z czego Ty się utrzymujesz, skoro nie pracujesz? Mnie na razie mama utrzymuje jeszcze. Brak uczuć, ktoś usunął link do filmu "Cabaret" online. :-( Co najwyżej mogę Ci wytłumaczyć, jak ściągnąć ten film przez Chomika. :-) Brak uczuć, daj znać, jak lekarz Ci postawi diagnozę, ok?
  22. Zgadzam się z Tobą, Basiu. Brak uczuć, obejrzyj koniecznie "Cabaret", bo to jest naprawdę rewelacyjny film. A scena, z której jest ta piosenka, jest przerażająca, bo ten młody człowiek, który śpiewa opowiada się za nazizmem i wszyscy wpadają w taki jakby trans, że aż główni bohaterowie są zmuszeni do wyjścia, bo zaczyna się robić nieprzyjemnie.
×