Skocz do zawartości
Nerwica.com

aardvark3

Użytkownik
  • Postów

    726
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez aardvark3

  1. Boisz sie (moze powinnam powiedziec: boimy bo cierpie na te sama dolegliwosc) - konfrontacji. Mysle, ze to dokladnie tak jest. Za pojeciem "konfrontacja" kryje sie cos zagrozenie wrecz atawistyczne. Dlaczego? Co sie takiego stalo w przeszlosci, co wywolalo wlasnie taki (a nie inny) lek? Konfrontacja z kim? Kto byl adwersarzem? Kto nas nastraszyl (bo nie zabil) tak bardzo, ze popadlismy w lek? Na pewno byla to osoba, ktora miala na nas wplyw. Nie znajduje odpowiedzi na te pytania, napotykam pustke. Pomysle nad tym zreszta. Moze cos sie znajdzie.
  2. W takim razie jest nas juz dwoje z podobnym problemem. Nie wiem skad sie to bierze podobnie, jak Ty. Zdobylam w zyciu wiele jak na taki poziom leku i na warunki. Czuje, ze przyczyna jest jakas niedorobka w poczuciu bezpieczenstwa ale dlaczego? Nie umiem do tego dojsc mimo usilnych dzialan. Wkrotce mam isc na terapie i moze tam jakies odpowiedzi znajde. Chcialabym sie z tym rozliczyc raz na zawsze bo na cholere mi taki bagaz? Wielu lekow sie pozbylam. A to dranstwo nadal siedzi - moze nie przeszkadza, jak kiedys ale wiem ze tam jest. I nurtuje mnie pytanie skad sie to wzielo? Mysle, ze u Ciebie to bardziej zlozone a nie tylko owo morderstwo na osiedlu - ono moglo byc katalizatorem tego, co w Tobie siedzialo od dawna. Bo ten lek jest zbyt silny jak na opisywane przez Ciebie przezycie. Ta sprawa nie dotyczyla Ciebie bezposrednio. Moze wiec zle szukasz?
  3. http://www.youtube.com/watch?v=3kbazRhuhd8 -- 20 sty 2014, 17:04 -- Lindsey jest super, kiedys przypadkowo ja odkrylam i przepadlam
  4. TakiTaki - mam cos podobnego ale nigdy nie udalo mi sie owego leku zwerbalizowac. Wiaze sie z ludzmi. Albo silniejszymi, albo sprytniejszymi, cwanymi - takimi, ktorzy byloby zdolni bez dania racji odebrac mi wszystko co mam. Bo tak. Bo oni tak zadecydowali i juz a mam sie podporzadkowac. Do tego stopnia ze przez wiele lat zrobilabym wszystko zeby ludzie mnie lubili bo wtedy mnie nie skrzywdza (mialam takie przekonanie). Tzn teraz to juz nie jest az taki lek, zdaje sobie z niego sprawe, nie do konca go rozumiem. Nie wiem, skad sie bierze. Myslalam, ze powalcze z nim sama bo nie znalam (i nadal nie znam) jego zrodla. Tak wiec szybka jazda szybkim samochodem, skoki na bungee, wspinaczki gorskie... Ogolnie wychodzenie naprzeciw lekowi. Uchodzilam za osobe odwazna, wiedzaca czego chce, pewna siebie. Nic bardziej blednego ale lekcje aktorstwa odrobilam na 6. Tylko, ze to nie ten lek. Nie boje sie jak jestem sama - tzn troche teraz po wypadku jak schodze ze stromej gorki i nie mam ze soba kijkow. Ze znow wyrabie gdzies w szczerym polu i nie bedzie mial mi kto pomoc (a przeciez sa komorki itp)... Na dzien dzisiejszy jest on bardzo gleboko schowany, nieprzerobiony ale nie przeszkadza mi. Umiem sie juz bronic nawet wbrew temu lekowi. Chyba jest w lekkiej spiaczce. Ale chcialabym sie dowiedziec skad sie bierze.
  5. Przez lata tak mialam - czulam sie winna, ze zle pomyslalam o rodzicach. Przychodzily mi na mysl te dobre chwile, kiedy cos dla mnie zrobili, dokonali jakiegos wysilku dla mnie - i to zmazywalo wszystkie krzywdy. Bylo mi wstyd za negatywne myslenie o nich. Mysle, ze taki dualizm jest normalny. Choc tyle, ze mam kilka dobrych wspomnien a nie same ciemne kolory. Ale dzisiaj juz wiem, ze moje dziecinstwo bylo pokrzywione na maksa.
  6. epic forever and ever -- 20 sty 2014, 01:49 --
  7. Teraz, to ja tez -- 19 sty 2014, 21:31 -- socorro - PW
  8. a ja bede ciagnela te piora na obydwie rece plus pod obojczykami i na plecach po dwa symetrycznie
  9. Historia stosunkowo niedawna, z mojej dalszej rodziny. Rodzice w srednim wieku, dlugoletnie malzenstwo, dwoje dzieci. Starsze skonczylo studia, pracuje, utrzymuje sie sam, mieszka poza domem. Mlodszy (nieduza roznica, jakies 2-3 lata) mimo iz pod 30-ke wciaz w domu. Stres, zgryzota i zmartwienie rodzicow. Szkol nie skonczyl, pracuje jak chce i dorywczo. Jak mu ojciec zalatwi gdzies robote (lub ktos ze znajomych poproszonych przez ojca) to popracuje jakis czas i znow na zielona trawke. Rodzice nie maja w domu internetu, zeby syn marnotrawny nie korzystal. Kiedys rozmawialismy powaznie o tej sytuacji (zreszta sami poruszyli temat) i ja mowie: kazcie mu sie wyprowadzic, niech sobie radzi bo tu ma wygodnie. Nie pracuje, nie doklada sie a ma wyprane, ugotowane, dach nad glowa, o nic sie nie martwi i to jest niedobre. Powinien sie nauczyc samodzielnosci (mial wtedy jakies 24-25 lat). A ojciec na to ze przeraza go wizja jego wlasnego syna zebrzacego na bulke pod supermarketem. Nie odezwalam sie nic bo juz widzialam co jest grane. Zdarzyla sie wiec taka sytuacja: matka jakos dowiedziala sie, ze syn od czasu do czasu cos bierze (trawke popala, czasem linijke zaliczy itp) i zgadnijcie, co zrobila? Nalykala sie prochow i obudzila sie w szpitalu. Stwierdzila potem, ze chciala uciec od tych problemow. Ojciec ustepuje matce bo chce miec spokoj. A ona staje sie coraz bardziej despotyczna, ma byc tak jak ksiezniczka chce bo jak nie to... Bylam swiadkiem kilku takich akcji. I teraz z synem po terapeutach bo jest uzalezniony (matka jest o tym swiecie przekonana). A ja bym tak rodzicow do terapeuty wyslala. Mnie rece i nogi opadaja jak slysze ich utyskiwania na syna. Matka nie pozwala mu dorosnac. Ale sprobuj jej o tym powiedziec! Kiedys mialam ich za minimalnie toksycznych. A teraz widze caly syf. Mialam ich za zgodna, kochajaca sie pare ktora przezyla razem ponad 30 lat... Musialam zrewidowac ten poglad.
  10. aardvark3

    Co teraz robisz?

    padam na pysk, zrobilam niezle kilometrow dzisiaj. Czekam az sie wlaczy ogrzewanie to sobie zrobie foot spa
  11. socorro - nauczylam sie tego, ze zaufac mozna tylko osobie, ktora na to zasluguje. Realnie. A nie tym, ktorzy to deklaruja. Zaufanie to jest, owszem, kredyt ale ograniczony. Jak widze kogos w dzialaniu, w jego odnoszeniu sie do istotnych aspektow zycia, mam okazje obcowac jakis czas na codzien w normalnych warunkach (a nie od swieta i na chwile) to moge po jakims czasie okreslic, czy to jest ktos godny zaufania. A jesli na dodatek przyjdzie jakis problem to mam jak na dloni. Dotychczas, niestety, dawalam wylacznie kredyt. Nauczylam sie nie wierzyc w slowa, deklaracje, obietnice - ale dzielic je co najmniej na pol. Zycie samo je zweryfikuje.
  12. Bylam taka zatrzasnieta bardzo dlugo. Udawalam kogos, kim nie jestem - kogos, kogo wszyscy chcieliby za przyjaciela, kogo by lubili. Az zapomnialam jaka jestem naprawde. Przyszedl czas, ze otworzylam sie i zostalam przyjeta, ten czlowiek zrobil bardzo wiele, dokonal ciezkiej pracy zeby pomoc mi sie otworzyc. Zaufalam niemal bezgranicznie. Odszedl, zanim zdazylam sie tego nauczyc - na zawsze. Szukalam go, ale byl wszedzie nieobecny. Potem dziekowalam losowi, ze nie nauczylam sie otwartosci bo obrywalam raz po raz. Ostatnim, finalnym kopem bylo moje eks malzenstwo. Ale zbieram sie do kupy. Dla siebie samej. Wiele przez te lata zrozumialam.
  13. aardvark3

    Co teraz robisz?

    koncze serial "Barslet" w oczekiwaniu na a/ telefon b/ wyschniecie masy strukturalnej, ktora robilam reliefy pije zimna kawe i wino 5.5 proc czyli siki
  14. Dorosly mezczyzna, skoro wzial rozwod to chyba tego chcial. I po co pozniej jakies gadki ze swietosc zwiazku, ze to, ze tamto. Jak sie uwaza wezel malzenski za swiety to sie nie rozwodzi tylko tkwi w piekielku. Gosc by chcial i zjesc ciastko, i miec ciastko zamiast jak mezczyzna w domu j*bnac piescia w stol i zabronic rodzicom wtracania sie w jego zycie prywatne! Co to wogole za porabana sytuacja ze mezczyznie po 40-ce rodzice na glowie ciosaja kolki bo sobie chce zycie ulozyc? Niech akceptuja jego wybor, jest dorosly i wie co robi (zalozmy). Rodzice tez jacys dziwni, co to za wtracanie sie w zycie doroslego dziecka? Zaslaniaja sie tym ze starzy, schorowani - to co, to im wolno komus w zyciorysie bruzdzic, szantazowac emocjonalnie? Gosciu jakis nie teges jest bo sam nie wie czego chce. Zona jakby go chciala, to by wrocil. A tutaj kreci z kobieta bez zobowiazan, zawraca jej glowe i ona przez niego traci czas na nadzieje i emocje. Nie rozumiem, zeby dorosli ludzie spotykali sie ukradkiem - w porzadku jak sie jest nastolatkiem i mieszka u rodzicow i te sprawy sa "be". Ale dorosli, niezalezni ludzie zeby sie ukrywali? Moglby, gdyby chcial, wynajac mieszkanie i przeprowadzic sie do niego od rodzicow. A to co on opowiadal ze takie czy inne zasady ma - kazdy moze mowic to, na co ma ochote i niekoniecznie jest to prawda. Tylko Ty mu wierzylas, bralas to co on mowi za dobra monete. Dla mnie, patrzacej z boku, po opisie Twojej sytuacji wylania sie taki skaucik w srednim wieku. -- 17 sty 2014, 19:56 -- a - zapomnialam. Ty tez o nim zapomnij. Nie jest tego wart jak widac. Trzymaj sie.
  15. jesli potencjalnie jest co - czyli ze cos moze byc do zepsucia, jeszcze nie ma ale potencjal jest - o to mi chodzilo Comprende? Dzieki za komentarze, pobudzajace do myslenia.
  16. czy to "kolo 40" to bylo do mnie? Sprostuje dyskretnie: tuz po 50 -- 17 sty 2014, 17:05 -- Candy - spadlam z bardzo wysokiego konia i niestety, bolesnie. Moja samoocena spadla wraz ze mna Juz sa postepy, mimo wszystko, od jakiegos czasu ale nie udaje mi sie przywrocic tamtej pewnosci siebie i akceptacji wlasnego ciala.
  17. I statystycznie mi wychodzi ze teraz spotykam sie z najstarszym bo 8 lat roznicy ale lepiej mi sie trafic pod tym wzgledem nie moglo. Na swoj wiek nie wyglada zreszta. Glupio by mi zreszta bylo w wieku, kiedy najlepsze lata pod katem wygladu mam juz za soba - z jakims mlodszym sie prowadzac jakby mame na spacer wzial. Idz z takim do wyra po ciemku bo obciach i krepacja . Merci beaucoup.
  18. Tak, na pewno. Glownie siebie i swoje zycie - bo o to tutaj chodzi. Zapewne w miare uplywu czasu pewne odpowiedzi same sie znajda. Nic na sile. Osoba druga moze a/byc nieodpowiednia b/wszystko zepsuc (jesli potencjalnie jest co) c/zostac zraniona przez moja niewiedze o sobie d/powalczyc o mnie i pomoc mi odnalezc te odpowiedzi, dac realne wsparcie (to jako wersja dla zaawansowanych i wyzszy level - brane pod uwage na wszelki wypadek ale bardziej w sferze myslenia zyczeniowego)
  19. I tu byscie sie zdziwili (zaznaczam, ze mowie nie z wlasnych doswiadczen bo mimo iz wolalam starszych mezczyzn - mnie woleli mlodsi albo rowiesnicy ) - mam dwie kolezanki ktore zwiazaly sie z partnerami starszymi kolejno - 16 lat i 21 lat. Byly wowczas okolo trzydziestki obydwie (jedna chyba 29 a druga 30 albo 31). Z tego co opowiadaly to mlodzieniaszki sie moga schowac Nie tylko w seksie ale podejsciu do zycia. Ci mezczyzni nie byli bogaci, alimenciarze ze stala praca. Zarobki srednie. Czyli nie kasa.
  20. Jestem sceptyczna jesli chodzi o sprawy para itp choc kiedys czytalam karty (dawno i nieprawda). Mialam w swoim zyciu dwa prorocze sny ktore pamietam. Moze bylo wiecej ale nie zwrocilam uwagi. Pierwszy informowal mnie o smierci bliskiej osoby. Snila mi sie zmarla juz osoba ktora w rozmowie z nia (we snie) wspomniala kogos mi najblizszego - ze wie o calej sprawie bo z nim niedawno rozmawial. Dokladnie tak. Sen mialam okolo Nowego roku, wypadek zdarzyl sie w Wigilie, nikt mnie nie powiadomil. To bylo w 1989 roku. Kolejny mialam chyba w 2000 albo 1999, mniejsza o daty. Znalam juz mojego eks i bylismy po tzw slowie - tzn planowanie wspolnego zycia i takie tam. Mieszkalismy razem jakis czas i wydawalo mi sie, ze go znam na tyle by podjac te decyzje (okazalo sie, ze bylam w bledzie i wlasciwie to sama siebie oszukiwalam). Podnajmowal wtedy czesc swojego domu znajomej rodzinie - parze z 4 dzieci (nie dlatego, ze byl dobrym czlowiekiem, jak podowczas sadzilam i kazdy by tam sadzil - ale dlatego ze bylo to dla niego wygodne pod wieloma wzgledami, tego pod uwage nie bralam). I jak juz wrocilam do domu to snilo mi sie, ze jestesmy we trojke w garazu czy jakiejs szopie, warsztacie - jakies cyrkulatki tam byly, narzedzia, generator i duzy stol taki jak do ciecia drewna. Trojka to ta babka ktora wynajmowala jego dom, eksio i ja. Ona stoi, my siedzimy i rozmawiamy. W pewnym momencie ni stad ni zowad eksio wstaje gwaltownie i zaczyna wszystko w kibini rozpierd*lac, jak w jakims szale. Znajoma reaguje ze spokojem i cos chyba mowi ze go napadlo i mu przejdzie ze nigdy taki nie byl a ja oslupiala i zaskoczona. Identyczna niemal sytuacja miala miejsce kilka lat pozniej tylko bez swiadkow i w domu. To bylo ostrzezenie tylko ja mialam to gdzies. Poza tym jak mowia: sen mara. Mogly to byc moje obawy rownie dobrze. Byl dziwny ale nie widzialam w nim za grosz agresji, dopiero pozniej zaczal okazywac np w czasie jazdy, nie widzialam dotad zeby ktos byl taki wybuchowy z byle powodu, kiedy naprawde nie ma sie czym emocjonowac. A potem juz polecialo z gorki. Nic mi sie specjalnego nie snilo ostatnio, jakies pierdolki ktorych prawie nie pamietam. Ale dzis nad ranem taki durnowaty sen mialam. Ze okazalo sie ze moj nowy przyjaciel jest powiazany jakos z moja dalsza rodzina z ktora utrzymuje bardzo luzne kontakty (rodzina sp meza, bracia i siostry, ich dzieci juz dorosle) - a konkretnie z chrzestnym mojego najstarszego i jego zona. I ze szwagier w jego imieniu przyszedl na spotkanie i cos mi tam gadal ale nic znaczacego. Mialam do niego pretensje ze sie wtraca w moje zycie a on na to ze sobie chcial jaja zrobic. Bo jego zona jest powaznie chora. Moze powinnam sie z nimi w tej sprawie skontaktowac?
  21. Alez durny sen mialam! Nie pamietam o co chodzilo, zreszta taki zlepek surrealistyczny ze chyba nie zdolalabym zapamietac. Nie koszmar ale glupoty po ktorych jest taki troche niesmak. Watpliwosci co do sensu jakichkolwiek kontantow mesko-damskich to sinusoida. Pewnie sie do tego przyzwyczaje. OK, pan troszke wybiega przed orkiestre. Rozumiem go w pewnym sensie ale musialam zastopowac. Bylo mu chyba przykro ale przeciez nic sie nie stalo. To, ze czuje sie dobrze z kims kogo znam bardzo krotko to nic nie znaczy albo znaczy dokladnie to, co napisalam. Przed laty wielokrotnie dorabialam dupie uszy i co wyszlo to mam w zyciorysie. W zeszlym tygodniu emocje mi poszalaly ale to bylo takie fajne, bede bardzo dlugo pamietac. A potem nadszedl kac i czas trzezwienia Do mnie trzeba cierpliwosci. Mimo iz jestem bardzo dobrym partnerem pod wieloma wzgledami, jednak mam trudna przeszlosc ktora ot, tak nie zniknie. Nie bede sie oszukiwac ze wszystko bedzie dobrze bo samo z siebie nie bedzie. Dopoki nie zadam pytania, nie otrzymam odpowiedzi. A ja nie bardzo jeszcze wiem, o co mam pytac...
  22. U mnie zas z 2 malzenstw byly tresury. Jedna: osmieszanie, udowadnianie ze jestem gorsza bo poprosilam o cos - nie awantury. Upokarzanie. Niemniej bolesne. A on na pozycji bo zostal poproszony i zrobil, jaki szlachetny, jprdl! Druga: awantury karczemne, darcie mordy, rozbijanie sprzetow bo zycie to ma byc super, zadnych chorob, problemow czy prosb o pomoc! Doszlo do tego ze bedac kilka miesiecy na wozku nauczylam sie radzic sobie sama niemal ze wszystkim a na dwor nie wychodzilam wogole. Chyba ze byly cotygodniowe konsultacje w szpitalu, na ktore mnie zawozil. Co ja sie wtedy nasluchalam, naogladalam i ile nerwow zezarlam to moje. Koszmar! Rownowaga... Nie udzielam sie teraz nadmiernie. Nie mam zbyt obszernego zycia towarzyskiego wiec nie ma okazji. Chyba to tez celowe bylo zeby sie wycofac i nabrac dystansu. Obawiam sie, ze ja go jeszcze nie nabralam tak na dobre. Ale moze odpowiednia osoba moglaby pomoc, zeby powoli przywrocic mi wiare bo ja ja stracilam, tak mi sie wydaje. Mnie przekonaja wylacznie dowody, czyny, efekty - a nie jakies puste gadki. Na razie bede sie relaksowac, potrzebuje przede wszystkim troche od rzeczywistosci odpoczac. Dobrze sie stalo z tym meskim czynnikiem (sorry za takie nazewnictwo ale to sa sprawy osobiste i imionami tu nie bede rzucac), moze nabiore dystansu, moze sie czegos naucze, moze zrozumiem - ale na pewno nie strace czasu. Na razie staram sie cieszyc tym co jest.
  23. Candy - no widzisz, to moze sie zdarzyc. Ja takze mam taka nadzieje, ze kiedys i mnie sie uda zdrowo o te pomoc poprosic. Przez lata jesli prosilam to bylo niewprost, obawialam sie, ze jak powiem otwarcie to cos zlego mnie spotka. Mialam i nadal mam powazne opory w mowieniu o tym, jesli juz ktos cos ode mnie wyciagnie to bagatelizuje, mowie ze tak naprawde to ja sobie poradze z tym i ze niepotrzebnie poruszam ten temat. Najciekawsze w tym, ze sama zaczynam tak czuc - dam sobie rady, na cholere zawracac innym glowe. Zmieniam szybko temat zeby nie zostal slad bo robi mi sie glupio. Tresura z dziecinstwa. Potem bywalo roznie ale najdluzej wlasnie tak niefajnie, ze utrwalily sie schematy i leki. U mnie to zaufanie laczy sie integralnie z proszeniem o pomoc w razie potrzeby. Jesli mam przy sobie kogos, kogo bez obawy, leku (bo tak czuje kiedy przychodzi mi o cos prosic) moge poprosic o te pomoc to jest idealnie. Oczywiscie to dziala w obie strony. Jestem osoba ktora jesli tylko moze to pomaga a juz na pewno wyslucham kazdej prosby, bez komentarzy. Nie moge pomoc to grzecznie odmawiam i probuje skierowac do kogos, kto moze rozwiazac problem. Czyzby syndrom: jesli bedziesz dla wszystkim przyjacielem to sam pozostaniesz samotny? Poczucie bycia niewaznym. Jak sie jest waznym dla kogos to mozna liczyc na pomoc w kazdej sytuacji. Czasem jak widze znajomych ktorzy otrzymuja jakas pomoc to mysle sobie ze ja to z innej bajki jestem. Z czynnikiem meskim jeszcze na te tematy nie rozmawiamy i chyba dlugo jeszcze nie bedziemy - nie ten etap znajomosci. I nie wiadomo czy kiedykolwiek bedzie.
×