Wróciłam od K.
Jestem tak niestabilna, że sama nie mogę tego wytrzymać, wahania nastroju jak na huśtawce.
Na 16.00 mam trening, na dworzu piździ jak cholera a ja sama nie wiem, czy wolałabym zostać w domu czy iść zarabiać. Nic bym nie chciała.
Sprawa z mieszkaniem się komplikuje, bo nie wiadomo co z tą Holandią, jedziemy w wakacje, czy nie, opłaca się czy nie... Sama nie wiem. Nienawidzę takich sytuacji. Niech coś się zacznie dziać, bo oczekiwanie tego typu sprawia, ze wariuję.
K chory, a mnie pęka serduszko, najchętniej bym go zadziubdziała na śmierć, włącza mi się momentalnie taka nadopiekuńczość, że aż boli. A musiałam go zostawić i wracać do pracy.
Choj i dupa.
Niech mnie ktoś kopnie w zad, bo oszaleję.