Skocz do zawartości
Nerwica.com

Cała aktywność

Kanał aktualizowany automatycznie

  1. Z ostatniej godziny
  2. Lęk, niepokój. A wtedy chcemy ulgi. Natychmiast. I organizm podpowiada tę ulgę z automatu. Alproxik
  3. Dopada mnie szaleństwo stanu mieszanego. Na początku nie było aż tak tragicznie, z lekarzem ustaliliśmy, że poczekamy, może minie. Ale póki co jest coraz gorzej- raz myślę, czy piętro na którym mieszkam wystarczy, a później czuję się wspaniale i mogę wszystko.
  4. Boks, bo mniej jest okazji do gadania. W nogę to koledzy by go wyrzucili z drużyny jakby im co chwile zjebki robił, że źle podają xdd
  5. Kiusiu

    Dzisiaj czuje się...

    Źle. Z powodu nieprzespanej nocy.
  6. @MicMicjjakby ktoś przy mnie tak na przystanku gadał ponyslalabym że jest albo uposledzony/odklejony albo patusem. A Ty nie jesteś to straszne że takie masz reakcje. Zdecydowanie powinieneś iść na szkolenia jak radzić sobie ze złością. Ale ja myślę że powinieneś uprawiać jakiś sport, a wgl najlepszy to byłby boks, albo nawet noga. Zmęczenie fizyczne daje duży relaks i to by mogło ci pomóc wyżyć się i może z czasem to napięcie i reakcję by się zmniejszyly
  7. Obłokany to był jeszcze na pewno himmler. Ale tak też sądzę że chodziło o władzę i bogacenie, jak zawsze. By się ustawić. W tamtych czasach akurat lepiej było się nie stawiać:p
  8. Dlatego ja jestem fanką Scarlet O'Hary z Przeminęło z wiatrem i jej powiedzenia "Pomyślę o tym jutro". Jeśli dana rzecz nie jest na już, a mam na nią wpływ, to pozwalam sobie nabrać dystansu i w danym momencie odłożyć problem na później, zamiast tracić czas i energię na wkurzanie się, które nic nie zmieni, a które mogę przekierować na inne rzeczy.
  9. Prawo Myrphy'ego niestety. Serie złych zdarzeń ma każdy i też wychodzę z założenia, że szkoda czasu na denerwowanie się tym i wkurzanie. Lepiej przejść od razu do fazy akceptacji i po prostu robić z tym to, co możemy zrobić
  10. Dla mnie szczęście to nie jest stan stały, tylko momenty. W sensie, że szczęście to nie jest stan ciągłej radości, tylko poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu, że jest spokojnie tam w środku, we łbie. Buddyzm fajnie to porządkuje: cierpimy, kiedy za bardzo się przywiązujemy – do ludzi, planów, oczekiwań, dobrych chwil. Próbujemy zatrzymać coś miłego na siłę. A życie z definicji jest zmienne. Dlatego szczęście nie może być czymś, co trwa bez przerwy – bo nawet najlepsze rzeczy się zmieniają. I chyba najważniejsze: szczęście nie zawsze zależy od tego, jakie zdarzenia (dobre lub złe) nas spotykają, tylko od tego, jak to przeżywamy w głowie. Dwóch ludzi może mieć identyczne życie i jeden będzie się czuł spełniony, a drugi pusty w środku. Tak to mniej więcej działa. Dla mnie szczęście to spełnienie, ale takie codzienne: że robię coś, co ma sens, że mam wpływ na swoje życie, że nie uciekam od siebie, że radzę sobie z chorobą i wygrywam. I że nie muszę cały czas walczyć z rzeczywistością, tylko umiem czasem po prostu być. Szczęście to jest spokój. I zgoda na to, że gorsze dni też są częścią całości.
  11. Dziękuje, już mu to przekazuję
  12. Skąd w ogóle tu takie słowo, skoro przecież Juraj Janosik nie obrabował najbogatszego człowieka na świecie, tylko rabował przypadkowo napotykanych kupców, a robił to przede wszystkim o sobie i swoich ludziach? Czasem przekupywał przy tym jakichś lokalnych notabli, by wyciągali go z więzienia i z innych opałów. W żaden sposób nie postępował szlachetnie, i niczego takiego nie sugerowałem. Nie odniosłem się do tej postaci w ogóle. To, o czym przedtem mówiłem, było eksperymentem myślowym, nie odniesieniem do działań jakiejś konkretnej postaci historycznej. Właściwie różnica między nazizmem a stalinizmem była taka, że nazizm był głupim i szalonym złem, a komunizm (tzn. leninizm i stalinizm) - złem wyrachowanym i perfidnym. I dlatego, że nazizm był głupi i szalony, przetrwał krócej niż komunizm. Przez to, że nazizm głosił wyższość Germanów, sam siebie ograniczał odnośnie wpływów. ZSRR wspierał rozwój ruchu komunistycznego na całym świecie, przez kilkadziesiąt lat, i oplótł cały świat swoją agenturą. Którą zresztą Rosja odziedziczyła po ZSRR. Komuniści opanowali manipulację do perfekcji. Naziści byli pod tym względem nieporównywalnie słabsi i bardziej ograniczeni - w porównaniu z sowieckim wywiadem, wywiad III Rzeszy to były naiwne dzieciaki. Gestapowcy również byli tępakami przy NKWD-ystach. Hitler był bezdennie głupi, dlatego musiał przegrać. Stalin, choć podły i bezduszny paranoik i fanatyk, był sprytniejszy i mniej chaotyczny, dlatego wygrał. W ogóle to skoro już jesteśmy przy nazistach, to pamiętam, że gdy pierwszy raz czytałem "Tamten okrutny wiek" Wołoszańskiego, jakoś w gimnazjum, to jedną z rzeczy, które mnie najbardziej uderzyły, były informacje o procesie norymberskim 1945-1946 i zachowaniu oskarżonych w nim. Wcześniej byłem pewien, że skoro oni ślepo szli za Hitlerem i uważali się za dumnych przedstawicieli rasy panów, to oznacza, że oni zawsze i w każdej sytuacji byli bardzo aroganccy, butni, brawurowi, agresywni, zuchwali, ekspresyjni, drący ryja i że oni byli niezdolni do tchórzostwa ani umniejszania swojej roli. I że w Norymberdze ci zbrodniarze jak jeden mąż wygłaszali przed sądem nazistowskie manifesty, piali peany na cześć Hitlera, polecali wszystkim czytać "Mein Kampf" i "Mit XX wieku" i mówili coś w rodzaju "Ja, dumny przedstawiciel rasy panów, eksterminowałem podludzi i kazałem innym robić to samo i popierałem to, bo ci podludzie zasługiwali na śmierć i ich wytępienie było słuszne i takie pozostanie. Aryjska rasa w końcu zwycięży. Heil Hitler!". I nie mieściło mi się w głowie, że ci hitlerowcy mogli zrzucać winę na innych, zapewniać o swojej niewinności itd. Myślałem, że oni mieli pogardę dla śmierci - oraz dla tych, którzy ich sądzili. I że na sali rozpraw wyzywali sędziów i prokuratorów od zdrajców rasy itd. Przecież ich wodzem i idolem był typ, który uwielbiał zuchwale drzeć mordę na stadionach. Więc logika podpowiada, że oni zachowywali się tak samo, zawsze i wszędzie. A z tego, co przeczytałem u Wołoszańskiego, wynikało, że oni chyba sami nie wierzyli w te rasowe bzdury z "Mein Kampf". I im w istocie bardziej chodziło faktycznie o kwestię dominacji nad innymi niż o walkę ras. Czyli wbrew temu, co mogło się na początku zdawać, nie byli obłąkanymi fanatykami. Choć kiedyś byłem pewien, że warunkiem koniecznym do bycia nazistą jest bycie bezdennie głupim i obłąkanym tak, że bardziej już się nie da - oraz fanatycznym i lojalnym wobec Hitlera do tego stopnia, że bez wahania zabiłoby się własną matkę, gdyby Hitler kazał to zrobić. Niejaki Wilhelm Gustloff, działacz NSDAP, powiedział "Zabiłbym swoją żonę, gdyby Hitler kazał mi to zrobić". Gdy przed sądem stają jacyś fanatycy, to oni regularnie wygłaszają tam swoje ideologiczne manifesty, lub przynajmniej próbują to robić. Co więcej: aparat państwowy pobiera od obywateli podatki, bo nie ma własnych pieniędzy, i potem te pieniądze z podatków redystrybuuje - co zrównują z kradzieżą np. libertarianie i anarchiści, mówiąc, że gdyby wobec aparatu państwowego i jego postępowania stosować te same kryteria, co wobec osób prywatnych lub organizacji prywatnych, to należałoby uznać podatki za ściąganie haraczy, wymuszenia itd. A biorąc pod uwagę istniejącą korupcję, lobbing, nieformalne układy i wpływy, to w praktyce bogacze są uprzywilejowaną warstwą, opłacającą kampanie wyborcze polityków. Weźmy takich tzw. deweloperów (rozwijaczy, jak można by ich nazywać po polsku), których wpływy i znaczenie w przestrzeni publicznej są zupełnie nieproporcjonalne, jeśli wziąć pod uwagę ich liczebność na tle innych grup zawodowych, np. pakowaczy, fryzjerów, kosmetyczek, budowlańców, pracowników biurowych itd. I szarzy obywatele muszą protestować, bo jakiemuś patodeweloperowi zachciało się nagle postawić bloki na rekreacyjnym terenie zielonym, np. lesie czy parku, którego ten rozwijacz w ogóle nie odwiedzał, a który dla mieszkańców jest ważny. Wpływ lobby kopalnianego (zwanego też górniczym) i rolnego na prawo i postępowanie polityków też jest nieproporcjonalny do liczebności rębaczy kopalnianych (zwanych górnikami, choć pracują na dole, a nie na górze) oraz rolników. Podobnie z lobby myśliwskim. Albo oszust-prezes firmy ubezpieczeniowej z USA, którego w grudniu 2024 zastrzelił Luigi Mangione, któremu z tego powodu grozi kara śmierci, a którego wielu ludzi uznało za bohatera, który miał odwagę sprzeciwić się patologicznym praktykom uprzywilejowanych bogaczy. Bo ten oszust był bogaczem, więc jemu wszystko uchodziło płazem. "Kto bogatemu zabroni". Niestety, należy zgodzić się ze stwierdzeniem, że prawo jest jak płot - żmija się prześlizgnie, tygrys przeskoczy, a bydło się nie rozłazi. I nic dziwnego ani złego w tym, że ludzie wściekają się na taką sytuację i chcą się jej sprzeciwiać. Z prawnego punktu widzenia Mangione jest zabójcą, jednak moralna ocena jego czynu to już całkiem inna kwestia, w kontekście nieuczciwych praktyk firm ubezpieczeniowych. Gdy zabójstwo jest braniem sprawiedliwości we własne ręce, sprawa się komplikuje. Na podobnej zasadzie, gdyby ktoś seryjnie zabijał np. kłusowników, myśliwych, hodowców bydła w Brazylii wraz z ich krowami (to ostatnie jako motywowane masowym wylesianiem Amazonii, którego dokonują w przeważającej mierze właśnie ci hodowcy bydła, i któremu hipotetyczny sprawca postanowiłby przeciwdziałać) czy biskupów tuszujących przestępstwa seksualne swoich podwładnych, to również byłoby o wiele trudniej potępić takiego zabójcę niż kogoś, kto zabija z niskich pobudek typu własny zysk, kariera czy dążenie do dominacji. Niestety, w praktyce świat, społeczeństwo, wygląda tak, że narcyzi i socjopaci mają większą siłę przebicia w życiu publicznym niż idealiści, dla których najważniejsze są uniwersalne wartości takie jak obrona słabszych i bezbronnych i ochrona środowiska. Gdyby było inaczej, deweloper nie miałby więcej do powiedzenia niż pakowacz, i nie miałby większego wpływu na cokolwiek.
  13. Dzisiaj
  14. No jeśli nie będzie ktoś bliski to ja przestawie
  15. @MicMic ja absolutnie nie twierdzę, że „odpuszczenie” to fanaberia albo lenistwo. Wiem, że w kryzysie psychicznym człowiek potrafi po prostu nie mieć siły wstać – i to nie jest kwestia charakteru, tylko stanu zdrowia. I jasne: państwo powinno pomagać najsłabszym. Po to są podatki i po to istnieją świadczenia, zasiłki, leczenie, rehabilitacja. Tu się zgadzamy w 100%. Tylko że ja mówię o czymś trochę innym: o podejściu, że „rachunki i reszta to gówno, więc mam to w dupie, niech kto inny się o to martwi”. Kryzys to sytuacja, w której nie dajesz rady – a nie taka, w której przestaje Cię obchodzić, co dalej. Pomoc państwa jest potrzebna i niejednokrotnie bywa ratunkiem. Ale samodzielność – na tyle, na ile się da – też jest ratunkiem. I ja po prostu wiem z doświadczenia, że trzymanie się choćby minimum obowiązków (praca, rytm dnia, podstawowe czynności) często działa jak poręcz, której się człowiek łapie, żeby całkiem nie polecieć w dół. Mnie to kiedyś uratowało. Naprawdę wiem, jakie to ważne, żeby się nie poddawać. A politykę zostawiłbym na boku, bo to tylko niepotrzebnie podkręca emocje. Wszyscy wiemy jak jest i to niezależnie jaka opcja rządzi. Niewielki mamy na to wpływ
  16. No bierze udział w jakiejś grupowej z tego co pisał to ma okazje dwa, że skoro wygląda to tak jak opisuje to to już jest na tyle nasilone że wkurza się i psuje mu dzień np. pogoda to raczej nie będzie w stanie sam odpuścić, bez dojścia do przyczyn czemu tak przesadnie reaguje na bzdury tak na prawdę i rzeczy które totalnie nie ma wpływu jak pogoda. Każdemu czasem idzie wszystko nie tak i wszystko pod górkę, tylko tracenie energii na takie rzeczy i psucie sobie nastroju do końca dnia przez dosłownie bzdury nie jest prawidłową reakcją
  17. Słodki kotek @shadow_no Dziś też źle.
  18. Praca to moja porażka życiowa bo po prostu mam przed nią (jako sytuacją społeczną) lęk i wiele aspektów, które poruszone są w OP jest mi bliskie.
  19. Piszesz tak, jakby to odpuszczenie to była jakaś decyzja czy fanaberia. Abo lenistwo, bo ktoś się nie chce 'zmęczyć'. A często to są właśnie osoby w kryzysie psychicznym. Tak, uważam, że zadaniem państwa jest pomaganie tym, którzy sobie nie radzą i najsłabszym. Na coś te podatki chyba idą? I chyba nie na to, żeby idiota Tusk mógł się chwalić swoim kumplom z zagranicy, że jesteśmy w pierwszej 20tce pkb na świecie. Nooo, zajebiscie. Te kurwy w rządzie biorą monstrualne hajsy, ale nie po to, żeby sobie wzajemnie robić dobrze i kupować kolejne mieszkania pod inwestycje, ale właśnie by tym najsłabszym żyło się lepiej. To jest ich pieprzony obowiązek - zapewnić minimum dla tych, którzy sobie nie radzą. Naprawdę, myślałem, że te czasy już minęły, gdzie problemy tej natury uznaje się za fanaberie. No, ale niestety nie w tym kraju. Z resztą o czym dysktujemy jak hajsu nie ma dla niepełnosprawnych itp.
  20. Praca w życiu jest szalenie ważna, ale dobrze by było robić coś co sprawia nam chociaż odrobinę radości. To jak przekraczanie własnych strachów. Bywa jak ciepły koc. Bywa... U mnie w pracy raz występuje porządek, cykliczność, powtarzalność ( co zdecydowanie wolę ) a innym razem nieregularność i zmienność ( czego nie lubię). Ale od kiedy chaos wkradł się do mojego życia, naruszył spokój to najchętniej nie wychodziła bym z łóżka -nigdy( gdzieś mam rachunki, jedzenie i utrzymanie)
  21. Wg mnie szczęściem jest świadomość dobrze wykonanej roboty*, która dała jakiś wymierny rezultat, który nas cieszy *Mówiąc o robocie nie mam na myśli tylko pracy zarobkowej tylko ogólnie "jakieś" działanie
  22. Skupiasz się na liczbach. A co jeśli tą jedną osobą będzie jakaś wybitna istota lub ktoś bliski? Jest tak dużo zmiennych do rozważenia że nie da się podjąć decyzji nie będąc w takiej sytuacji. Ja tylko zwracam uwagę że nie każde życie (wg mnie) ma taką samą wartość. Jeszcze mi się przypomniało jedno, to z kolei chyba z innego eksperymentu myśliwego było. Chodzi o to że człowiek inaczej reaguje jeśli w jakimś stopniu musi dokonać jakiejś czynności. Czyli jeśli ta zwrotnica na torach byłaby z góry ustawiona tak, że wagon przejedzie przez 5 osób. To czy świadomie ją przedstawisz na to by zabiła tą jedną osobę? Bo jeśli zwrotnica od początku będzie ustawiona tak że wagon tam jedzie, to nie musisz podejmować działania.
  23. @MicMic ja Cię rozumiem i w pewnym sensie się zgadzam: to bywa porażka życia jako takiego, że człowiek musi się zmuszać do rzeczy, których nie czuje. Tylko ja bym tego nie wrzucał do jednego worka z bezsensem. Dla mnie jednak nie jest porażką, że ktoś wstaje do pracy bez radości. Dla mnie porażką jest dopiero moment, kiedy człowiek całkiem rezygnuje z odpowiedzialności za własne życie. Nawet jeśli jest sam. Ja też długo byłem sam i mimo choroby zawsze próbowałem pracować. Jak mnie zwolnili, to nie kombinowałem „jak wyciągnąć rentę”, tylko szukałem następnej roboty, żeby stanąć na nogi. A odpowiedzialność to nie musi być od razu „misja” i wielki sens. Czasem odpowiedzialność to właśnie te najprostsze rzeczy: rachunki, czynsz, jedzenie, leczenie, jakiś porządek we własnym życiu. To nie są jakieś „gówna” — to są fundamenty. Bez tego wszystko się sypie jeszcze szybciej. Serio. I teraz pytanie do Ciebie: naprawdę uważasz, że lepiej jest całkiem odpuścić i obciążać rodzinę albo państwo własnym utrzymaniem, skoro da się choć trochę walczyć o samodzielność? Bo ja wolę być zmęczony, ale jednak na swoim, niż „mieć to w dupie” i liczyć, że ktoś mnie utrzyma i wyżywi.
  1. Pokaż więcej elementów aktywności
×