Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Likaaseli

Użytkownik
  • Zawartość

    16
  • Rejestracja

  1. Likaaseli

    Wyrażanie złości

    Wybaczcie, jeśli się wcinam: te teksty tak bardzo przypomniały mi moje doświadczenia. Miałam taką osobę, jak z tych cytatów, na mojej pierwszej stancji. Studia, pierwszy raz mieszkanie bez rodziny, a nawet bez przyjaciół wokół. Na stancji studiująca razem grupka ludzi, a wśród nich on, niezbyt imponującej postury, ale na pewno większy i silniejszy ode mnie. Za każdym razem, jak miał do kogoś problem, stosował pasywną agresję, wykrzykując niecenzuralne groźby na cały dom w kierunku osoby, która jego zdaniem była powodem danego problemu. Traf chciał, że przyczepił się do mnie w ten sposób. Za bardzo mnie jego zachowanie paraliżowało, żebym cokolwiek z tym zrobiła, skonfrontowała się czy coś. Bałam się go i tego, co mogłoby się stać w konfrontacji ja-bez-fizycznego-wsparcia vs on-z-grupą-swoich-ludzi-na-miejscu. Raz usłyszałam, jak mówił "Mnie ojciec bił i jakoś jestem normalny". Chyba nigdy przedtem nie słyszałam słów tak bardzo kontrastujących ze stanem faktycznym. Jego podejście było jednym z czynników, które zdecydowały o moim przerwaniu studiów po pierwszym semestrze i wyprowadzce stamtąd. Nie wiem, jak Wy, ale ja normalność definiuję inaczej niż przez takie wydzieranie się na cały dom, gdzie koleś mimo gróźb ani razu nie zapukał nawet do drzwi pokoju, żeby problem rozwiązać. Szczerze mówiąc nie jestem pewna, czy dzisiaj, mimo świadomości szkodliwości tamtych swoich zachowań, byłabym w stanie skonfrontować się z taką osobą, zamiast podkulić ogon i uciec, w sercu mając urazę i złość do takiego tyrana.
  2. Likaaseli

    Witajcie kochani

    Piszesz, że boisz się bezpośrednich kontaktów z klientami, jeśli dobrze rozumiem, technologii wokół i zmian. Mam wrażenie, że to ostatnie dotyka wielu ludzi, niestety jedynym lekarstwem na to, jakie znam, to pogodzić się z tym, że zmiany są nieodłączną częścią życia. Być może jest to gorzka pigułka do przełknięcia, ale przy odpowiednim ukierunkowaniu nastawienia da się z tym oswoić. Natomiast sugerowałabym zadanie sobie pytania: dlaczego się boisz tych elementów? Co Cię najbardziej przeraża w tych perspektywach? Np. w pracy z klientem: czy ma to związek z lękiem przed byciem ocenianą? Przed okazaniem się nie dość kompetentną (klient o coś pyta, a Ty nie znasz odpowiedzi)? Itp. i na bazie tego pracować nad sobą. Potem pytanie: jeśli Twój lęk się spełni, to co najgorszego w praktyce, fizycznie, może się stać? W jaki sposób na tym ucierpisz i czy aby na pewno będzie to gorsza sytuacja niż ta, w której jesteś teraz? To jest typ myślenia, który mi pomaga. Rezultaty nie są natychmiastowe, ale widzę poprawę w swoim nastawieniu do zmian - też się ich boję
  3. Likaaseli

    NOWE Czy masz?

    Tak Masz zestaw ołówków?
  4. Tak, ale kiedyś czytałam więcej. Do czego jest Ci potrzebny telewizor?
  5. Likaaseli

    Pytania TAK lub NIE

    Zależnie od nastroju, na ogół tak. Jesz regularnie posiłki?
  6. Likaaseli

    Walka bez leków (?)

    Polecam poczytać wątek Początki psychoterapii i może w ogóle przejrzeć wątki z tego działu. Sama przeczytałam cały ten temat - nie mówię, że Ty koniecznie musisz cały, ale chociaż kilka-kilkanaście stron moim zdaniem warto - i wydaje mi się, że jest to cenne źródło informacji nt. tego, jak taka psychoterapia mogłaby wyglądać (w różnych nurtach).
  7. Likaaseli

    Walka bez leków (?)

    Jeśli czegoś się nauczyłam, czy to z postów tutaj, czy to patrząc wstecz na swoje życie, to to, że wielu z nas ma tendencję do bagatelizowania problemów, które nas dotyczą, bo "na logikę inni mają gorzej" - a tu nie ma co porównywać. Każdy z nas jest inny i inaczej reaguje na różne sytuacje w życiu. Mogę się mylić, ale wydaje mi się, że np. arachnofobia też nie musi się brać z nie wiadomo jak traumatycznej sytuacji, a i tak mało kto powiedziałby takiej osobie, że wymyśla sobie problemy. Z farmakoterpią i agorafobią jako taką nie miałam styczności, ale może warto zastanowić się, dlaczego za pierwszym razem zrobiło Ci się słabo? Myśl, emocja, wrażenie zmysłowe (tylko to mi przychodzi do głowy)?
  8. Czuję się pobudzona. Z jednej strony pozytywnie, bo postanowiłam zacząć małymi krokami walczyć z prokrastynacją i w tej chwili mam zrobione 75% planu na dziś. Czuję pewien entuzjazm, że może to coś pomoże, a jednocześnie boję się, że to tylko "słomiany zapał" i po kilku dniach przestanie to działać. Z drugiej strony czuję coś... jakby obawę na myśl o planie na jutro, jakbym zbierała się do podniesienia co najmniej ciężarówki własnymi rękami. Wewnętrzny opór i brak pomysłu, jak się do tego zabrać, mimo że niby czynność prosta jak budowa cepa.
  9. Likaaseli

    Wyrażanie złości

    Albo rzadko odczuwam złość, albo za rzadko zwracam na nią uwagę... Na pewno bywam zła na siebie, co zwykle procentuje zaniżaniem samooceny. Jeśli jestem zła na kogoś, raczej nie mówię mu o tym wprost, prędzej rozmawiam z osobą trzecią na ten temat, żeby się wygadać. Przynajmniej raz w ostatnim roku zdarzyło mi się przekuć złość na kogoś w energię [do sprzątania], mam jednak wątpliwości (jak prawie w każdej kwestii), czy ten sposób wystarcza, by rozładować złość i się jej kompletnie pozbyć, czy może jakaś cząstka jej potem zostaje i odkłada się na kupkę innych nieprzyjemnych emocji, przez którą prędzej czy później się wybucha.
  10. Mi osobiście nie podoba się określenie miłości jako uczucia. Uczucia, emocje są nietrwałe i przemijają, natomiast miłość według mnie jest - lub powinna być - bardziej czymś w stylu świadomej decyzji. Ok, to może brzmieć źle na pierwszy rzut oka, ale te wszystkie motylki w brzuchu itd. na początku to raczej stan zauroczenia/zadurzenia/zakochania. Epizod religijny w moim życiu odbił się trochę na moim postrzeganiu miłości (myślę, że pozytywnie) - miłość ogólnie określiłabym jako życzenie danej osobie dobrze, mieć na względzie dobro tej osoby w czynach i słowach (wiadomo, nie zawsze wychodzi, np. gdy mamy zły nastrój, ale jak wszędzie liczy się dążenie do tego, by takich sytuacji było jak najmniej, a jak najwięcej tych pozytywnych). W kwestii partnera skłaniałabym się ku szukaniu cech, których się pożąda najbardziej. Taka mała analiza: jak widzisz człowieka, to co Ci w nim odpowiada, co nie, i na ile minusy przeszkadzałyby na dłuższą metę w związku. Czyli takie szukanie najlepszego dopasowania, gdzie czasami trzeba czasu, żeby wyszły jakieś problemy czy żeby przekonać się, na ile coś jest fajne/przeszkadza. Przy czym idealnego dopasowania raczej nie ma, wszędzie pojawiają się jakieś problemy prędzej czy później. Bardziej stawiałabym na poczucie satysfakcji i komfortu w związku oraz na sposób/proces/efekt rozwiązywania problemów. Z kolei pozytywne uczucia typu "o, mam wiadomość od Niego/Niej" mogą przyjść z czasem, wraz z zaangażowaniem. Nie muszą pojawić się już na samym początku znajomości, żeby zwiastować coś wartościowego i trwałego. Ot, moje zdanie.
  11. Likaaseli

    Cześć, mogę się dosiąść?

    Nie jest skazana, nikt z nas nie jest na nic skazany, o ile da się to zmienić. A to, kto nam się podoba, jakich cech szukamy w potencjalnym partnerze/partnerce, często zmienia się wraz z wiekiem i doświadczeniem. Poza tym świadomość istnienia takiego mechanizmu może dużo zmienić. Np. jeśli dany obiekt westchnień ma problemy czy przejawia jakieś zachowania patologiczne, to możemy zadać sobie pytanie, czy to, co czujemy, to nie jest przypadkiem chęć pomocy takiej osobie, instynkt opiekuńczy raczej zamiast faktycznego zauroczenia? Zatrzymanie się na chwilę na zastanowienie się, zdolność analizy i rozróżniania emocji, odczuć może pomóc w określeniu relacji, jaką chcielibyśmy z daną osobą mieć, określenia potencjalnych minusów, plusów itd. Co prawda nie wierzę, że to jest idealna recepta na życie miłosne dla każdego - nie wierzę, że w ogóle jakaś uniwersalna recepta na cokolwiek istnieje. Ale być może jest w stanie pomóc co niektórym, szczególnie na wczesnym etapie zadurzenia. Sama kiedyś pomyliłam instynkt opiekuńczy z czymś więcej i ten związek był kompletnym niewypałem. Nie żeby instynkt opiekuńczy sam w sobie był czymś niepożądanym w związku - skąd, myślę, że ma rację bytu. Jednak sądzę, że w zdrowym związku nie powinien pełnić funkcji głównego motora, tak samo jak np. w związku może być miejsce na zazdrość, ale już bezpodstawna, chorobliwa zazdrość świadczy o braku zaufania i, szczególnie na dłuższą metę, nie jest ok. W skrócie: w nadmiarze wszystko może zaszkodzić
  12. Likaaseli

    Cześć, mogę się dosiąść?

    Podejrzewam, że prędzej żaden "normalny" po prostu nie wydał jej się na tyle atrakcyjny, by brać go pod uwagę, ze względu właśnie na tendencję do powielania schematów.
  13. Cześć. Podobno najlepiej napisać w temacie zgodnym z problemem, więc piszę tu, choć nie wiem, czy to jest jedyny/główny problem, ale na 90% ma najgłębsze korzenie. Zabawne, że jeszcze wczoraj miałam tyle myśli, a jak przychodzi do napisania, to mam trudność ubrać to w słowa... Chyba zaczynam rozumieć problem "pustki w głowie" na terapii, o której czytałam w Początkach terapii. Może zacznę od objawów: - biernym podporządkowaniem się otoczeniu - nie jestem pewna, co przez to rozumieć, ale wydaje mi się, że tak, szczególnie w gronie nowo poznanych osób. Często wynika to z "obojętnie mi, i to i to brzmi ok" - co poniekąd wiąże się ze scedowaniem decyzji na innych - ale też nieraz zdarzyło mi się podporządkować czyjejś woli wbrew sobie. Z kolei jeśli coś jest dla mnie ważne, a np. mama oznajmia decyzję, która przekreśla mój plan (o którym wcześniej raczej nie mówiłam), podjęcie rzeczowej dyskusji na ten temat jest dla mnie trudne i często reaguję płaczem z poczucia bezsilności, jakby klamka już zapadła, czego się ogromnie wstydzę i tym bardziej trudno mi wyartykułować wtedy swoje myśli. Powinnam chyba w tym miejscu napisać, że mam 26 lat. - bezwolnym opieraniem się na innych w podejmowaniu mniej lub bardziej ważnych decyzji życiowych, ze skłonnością do częstego przenoszenia na nich odpowiedzialności - z tym staram się świadomie walczyć i nawet jakieś efekty są, jednak nie chcę też popadać ze skrajności w skrajność. Wciąż miewam problem z oceną, kiedy poproszenie o pomoc w podjęciu decyzji jest pójściem na łatwiznę, a kiedy faktycznie ma rację bytu - szczególnie na gruncie, hm, "zawodowym", gdzie moje doświadczenie jest znikome, a osoba nade mną niekoniecznie zna się lepiej, ale uznaję jej moc decyzyjną (gdzie znowu czasem trudno mi walczyć "o swoje", kiedy pada inna propozycja, która mi się nie podoba, bo przecież to "szef", autorytet). - nadmierną obawą przed porzuceniem przez osoby bliskie i osamotnieniem - często nieświadomie, ale tak. Właśnie związana z tym sytuacja mnie skłoniła do rejestracji. Patrząc wstecz, gdy byłam 2,5 roku w związku na odległość i usłyszałam, że facet chce przerwy, miałam poczucie, jakby świat mi się zawalił. Po kolejnym pół roku sama zerwałam, bo niby wciąż byliśmy razem, a jednak on się w dużej mierze odciął. Wtedy po raz pierwszy całonocny płacz i ogólne związane z tym napięcie emocjonalne doprowadził u mnie do wymiotów. 11 miesięcy później wyleczyłam się z niego i przez kolejny miesiąc czułam się wolna jak nigdy. A potem przyszedł taki jeden i mnie zbajerował Na początku wzbraniałam się przez zaangażowaniem, jak mogłam, ale teraz znowu czuję się uzależniona do tego stopnia, że po spędzeniu ze sobą kilku dni po świętach nie mogłam powstrzymać łez na myśl o rozstaniu - a przecież to tylko na trochę! Przecież chcemy pójść o krok dalej i w ciągu kilku miesięcy wynająć coś razem! Niestety, chociaż uważam, że tym razem trafiłam na naprawdę świetnego partnera, nie byłam w stanie nagiąć emocji do rozumu. Swoją drogą, od lat czułam pewną pustkę. Najpierw wypełniałam ją grami online (aby był kontakt z ludźmi! w realu było z tym słabo...), potem chyba gdzieś zniknęła przy pierwszym dłuższym związku, ale nie mam pewności. W każdym razie od dość dawna nie doskwiera mi tak, jak kiedyś. Podejrzewam, że się ukrywa raczej niż całkiem zniknęła, skoro wciąż czuję się niekomfortowo na wspomnienie o niej. - poczuciem niepewności, bezradności, bezsilności i niekompetencji - pół na pół, zależy od sytuacji. Mam wrażenie, że częściej się przejawia w ważnych kwestiach, gdzie jest perspektywa dłuższego wysiłku/pracy, niż w czymś, co da się zrobić "od ręki". - uległością wobec życzeń i wymagań innych ludzi, zwłaszcza osób starszych lub posiadających autorytet - zdarza się częściej, niż bym chciała. - unikaniem trudności oraz łatwym wycofywaniem się z podjętych decyzji i działań - to w zasadzie łączy się z tym poczuciem bezsilności i niekompetencji. Jak się robi za bardzo pod górkę, ogarnia mnie zniechęcenie i mnie paraliżuje przed pójściem dalej. Łatwiej jest zawrócić. - nadwrażliwością na stresy psychiczne i somatyczne - chyba tak, a na pewno reakcje bywają nieproporcjonalnie silne. Stres częściej mnie paraliżuje niż motywuje do działania. - niedostatecznym wypełnianiem codziennych zadań z powodu braku napędu, aktywności, inicjatywy i samodzielności oraz dużej męczliwości i małej zdolności do odczuwania przyjemności - nie wiem, jak z tą przyjemnością. Czasem mam takie okresy, gdzie jest w stanie "a po co to wszystko, sekunda przyjemności, a potem i tak jest znowu to samo", choć stosunkowo rzadko. Ale cała reszta... Cóż, niech zobrazowaniem tego będzie fakt, że studia licencjackie zaliczyłam niemal śpiewająco... poza samą pracą dyplomową... której praktycznie nie zaczęłam nawet pisać... Nawet zapłaciłam z własnej kieszeni (teoretycznie po to, żeby odczuć karę na własnej skórze; praktycznie po to, żeby nie czuć dodatkowej presji związanej ze zobowiązaniem, jaka by przyszła, gdybym pozwoliła rodzicom na zapłacenie za mnie) za powtórzenie roku, gdzie jedynym powtarzanym przedmiotem było to seminarium dyplomowe. I... znowu nic nie zrobiłam. Nie potrafiłam się zmusić. Prokrastynacja level over 9000... Teraz już oficjalnie oblałam studia i pozytywnie odczułam brak tego ciężaru na barkach, ale przyszedł czas szukania pracy i niby coś mam, ale jeszcze nie zaczęło to funkcjonować + w sumie nie wysłałam żadnego CV... Zbieram się do tego jak pies do jeża. I teraz jestem w stanie pt. "sama nie wiem, czy to w ogóle ma jakiś sens [to, co mam] i ja tak naprawdę nie chcę tego robić [bo poważnie nie chcę, ale jak nie mam niczego lepszego...]" Czuję się gorsza od innych, bo "radzą sobie w życiu", a ja nie. I chyba doszłam do ściany w samodzielnych próbach zmiany tego stanu rzeczy. kolor zielony zarezerwowany jest dla moderacji!
×