Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Tomek12345

Użytkownik
  • Zawartość

    4
  • Rejestracja

  1. Niestety, ale po tym wszystkim nie wyobrażam sobie, żebyśmy potrafili kontynuować naszą przyjaźń. Ze wszystkim powodów, które wymieniłem w pierwszym poście, wydaje mi się to niemożliwe. Wiem, co ze mną zrobiła sama myśl o ich relacji - nie wiem jak miałbym sobie poradzić partycypując w niej, spotykając się na wspólne obiadki itd. Ale tak obawiam się, że mną coś wyraźnie nie tak, także w tej kwestii, że - być może - zadziałała samospełniająca się przepowiednia. Od samego początku, gdy zaczęła go widywać, odwiedzając mnie w naszym mieszkaniu, czułem niepokój. Wiem, że to znowu może być użalanie z mojej strony, ale chciałem z powrotem uwierzyć, że nie jest ze mną aż tak źle, że mogę być dla kogoś w ogóle atrakcyjną dla kogokolwiek osobą, szczególnie, gdy uporam się z chorobą, co wydawało się do niedawna kwestią czasu. A sytuacja w której najbliższe mi osoby preferują bliższy kontakt między sobą, nieco wykluczając mnie z niego, udowadnia mi, że w jakiejkolwiek bym nie był relacji zawsze okazuje się tym gorszym. Nie atakował tej relacji, czułem niepokój, ale trzymałem język za zębami. Ostatecznie chciałem wierzyć, że pragnienie jej szczęścia będzie stało wyżej nad moim bólem. W tym wypadku zawiodłem się na sobie. Myślę jednak, że nie doszłoby z mojej strony do prób jakiejkolwiek ingerencji w jej znajomości, gdyby nie dobiły mnie ostre stany lękowe, a później nie przeszło to w manię. Wiem, że to banał mówić, że nie jesteś sobą, szczególnie w takich skrajnych stanach. Na pewno nie jestem kimś, kim chciałbym być. Ale też uważam, że sam jestem swoją chorobą i to, co manifestuję się ze mnie, nawet w najgorszych stanach, to coś paskudnego, co we mnie siedzi. "Tyle wiemy o sobie, na ile nas sprawdzono". Wielokrotnie powtarzała mi, że jestem jej najbliższą osobą i z nikim przez ostatnie dwa lata nie miała tak intensywnego kontaktu jak ze mną (poza najbliższą rodziną z którą w przeciwieństwie do mnie ma świetny kontakt). Kilka miesięcy temu powiedziała mi, że mnie kocha - oczywiście nie potraktowałem tego inaczej niż wyznanie miłości platonicznej, choć wiele to dla mnie znaczyło, bo nikt tego mi nie powiedział poza moją matką (której nigdy nie wierzyłem - jej permanentna przemoc psychiczna, znacznie trudniejsza dla mnie niż przemoc fizyczna ojca w dzieciństwie, nie dawała ku temu podstaw). Ale też muszę wziąć pod uwagę, że dla Innych ludzi co innego znaczy "najbliższa relacja", "przyjaźń" czy "miłość". Niestety, gdy włącza mi się myślenie paranoiczne mam to podobieństwo do tego faceta, że ciągle jestem nieufny i doszukuję się złych intencji. Ale po szpitalu udało mi się powstrzymywać od ciągłej werbalizacji takich przekonań, udało mi się wytyczyć jakieś wewnętrzne granice i rzadko coś przez nie coś się przedzierało. W tej sytuacji o której pisałem, wszystko puściło. Przykro mi, że tak się potoczyła Twoja znajomość i dla mojej przyjaciółki, jeśli jest główną pobudką dla utrzymywania tej relacji, była chęć niesienia pomocy, lepiej byłoby, żeby o niej całkowicie zapomniała. Zresztą sam nie chcę, żeby ktoś przy mnie trwał z takich pobudek. Uważam, że to co jej pisałem przez te trzy dni było okropne i będę musiał żyć ze świadomością, że to zrobiłem. Nigdy nie chciałem tego zrobić nikomu, nawet sobie tego nie wyobrażałem. Niestety nie tylko najłatwiej, ale najbardziej krzywdzimy i krzywdzą nas najbliżsi, przynajmniej tak to wygląda z mojej perspektywy. Wydaje mi się, że gdy dopuszcza się kogoś do siebie blisko, zyskuje się jego zaufanie, rani to wielokrotnie, na poziomach, które nie dotyczą reszty ludzi. Nie chcę, żeby się ludzie ode mnie nie odwracali, cokolwiek bym nie zrobił. Myślę, że nie powinno się nikomu życzyć trwania w patologicznej relacji. A co do relacji z X, nie uważam, żeby była ona jednostronna - dbałem o nią na ile tylko potrafiłem. Moje początki zarówno z psychiatrami jak i terapeutami nie były najlepsze. Pierwszy terapeuta był nawiedzony jedną teorią jaką wyznawał i cały czas na siłę dopasowywał moje problemy do niej, co nie zawsze w moim przekonaniu było zasadne, a na pewno było dosyć wybiórcze. Później terapeuta do którego się zgłosiłem, zapytał czy chcę na koniec wypełnić test psychologiczny, otworzył zakładkę w Internecie z darmowym testem i dał mi do rozwiązania. Po tym wszystkim powiedział, że za rozwiązanie tego testu muszę dopłacić jeszcze 50 zł, a ja się nawet mu nie postawiłem, byłem w tym okresie bardzo zmulony. Ponaglał mnie jeszcze na koniec, że "mam mu płacić, bo zaraz ma kolejną wizytę". Na psychiatrach (dwóch) z NFZ bardzo się zawiodłem, na ostatniej wizycie u tej drugiej, moje stany lękowe zostały przeze mnie wyśmiane jakobym się nad sobą rozczulał (nawet jeśli, to jak jej zachowanie miałoby mi pomóc), i to ostatnie zraziło mnie do niej. Trafiłem do dobrego psychiatry prywatnie, a później po jakimś czasie poprosiłem go o dobrą rekomendację terapeutki. I tak się to dalej potoczyło. Koniecznie muszę spróbować, nigdy tego nie robiłem. Pamiętam, że było coś takiego na wuefach, ale najbardziej mnie jednak chyba odprężała piłka nożna albo unihokej I chętnie wróciłbym do tamtych sportów, szczególnie piłki tyle, że w moim wieku trudno znaleźć dziesiątkę chętnych do gry. Myślałem nawet o zapisaniu się na takie gry ogłaszane w Internecie, gdy spotykają się nieznajomymi na jakiejś hali czy orliku i grają ze sobą - niestety wyprowadziłem się z dużego miasta na wieś, więc nie wypróbowałem tej opcji.
  2. Dotąd nie ingerowałem w żaden sposób w jej wybory i tak jak zaznaczyłem wcześniej, podczas naszej znajomości widywała się z wieloma innymi mężczyznami. Myślę nadal, że mój problem polega, że intensyfikuje kontakt z tym konkretnym mężczyzną (Y), który w przeszłości bardzo mnie zranił. Wiem, że użalam się nad sobą i chciałbym tego zaprzestać, ale trudno mi znieść to, że czuję znowu faktycznie tym gorszym (tak jak X i B także w bardziej dosadnych słowach o mnie mówili), bo druga dziewczyna do której coś czułem również wybierze mojego dawnego przyjaciela z liceum. Wiem, że związek romantyczny będzie stał u niej ponad przyjaźń (która chyba zresztą między nami już nie istnieje) i z dzisiejszej perspektywy myślę, że zabolało mnie bardzo, że będę tracił kontakt właśnie na rzecz niego. Także jak zaznaczyłaś ludzie się zmieniają, zmieniają się także pod wpływem siebie - myślę, że w jej relacji z Y (przez wzgląd na naszą przeszłość, tylko bym tracił jej zainteresowanie), a poza tym skoro nie mogę się na satysfakcjonującym poziomie dogadać z nim, to jakbym miał z nią, gdy będzie z nim w związku (bo też się może zmienić na jego podobieństwo). W dodatku moim przykrym przeżyciem było ostateczne porzucenie przez B mimo pojednania i zapewnień o dozgonnej przyjaźni. Odezwał się do mnie po zmianie miasta raz i tylko dlatego, że miał interes związany z pracą. Nie wymieniłem z nim więcej niż dwa zdania od około sześciu lat. Myślę, że jedno i drugie tzn. i przeszłość z Y i podobieństwo między A i B. I powiedziałem jej wprost jedno i drugie. Ich relacja na ten moment to tylko trzy lub cztery spotkania sam na sam, a poza tym widuje się i utrzymuje kontakt również w innymi chłopakami, którzy jej się podobają. Dlatego nie rozumiem czemu jest nastawiona na eskalację w tej relacji (już w tym momencie - mimo, że jej uczucia to na razie do niego to "lubienie") i woli zrezygnować z dwuletniej przyjaźni w ramach której byłem jej najbliższą osobą, osobą z którą miała najczęstszy kontakt, przed którą się otworzyłem jak przed nikim innym itd. Pełna zgoda, jednak na ile ją znam, to nie był wybór serca. Intensyfikowała z nim relację pod byle pretekstami, wiedząc to wszystko o czym pisałem. Myślę, że na tyle ją poznałem, żeby wiedzieć, że nie zakochuje się od pierwszego wejrzenia i do związków ma podejście pragmatyczne. To znaczy, że żywo się interesuje psychologią i psychiatrią i myśli o zostaniu terapeutką. No właśnie moje myślenie, pewnie błędne, też wynika z myślenia, że przyjaźń nie jest jednostronna. Nie sądzę, że miałaby w tym momencie to rezygnowania z siebie, rezygnowania w ogóle z czegoś wielkiego, po prostu mogłaby inwestować czas w inne swoje relacje z mężczyznami. Ale tak jak zaznaczyłaś, oczywiście nie mam prawa decydować o jej wyborach, miałem nadzieję, że będzie brała pod uwagę mnie, jeśli będą mnie dotyczyć. Trochę mi ta sytuacja przypomina umawianie z byłą przyjaciela: jeden nie będzie miał z tym problemu, dla drugiego byłoby to bardzo bolesne. Nigdy nie robiłem takich rzeczy, ale pewnie jestem frajerem. Dodatkowo podłamało mnie, że do niedawno wydało mi się wychodzę z choroby. Przez większość czasu po szpitalu nie miałem nawet na tyle koncentracji pamięci, żeby realizować jedną ze swoich pasji - czytanie. Próby czytania w tamtym okresie polegały na odkładaniu książku po stronie do trzech, ponieważ już nie pamiętałem. Przed zajściem które opisałem, w cztery tygodnie przeczytałem dwadzieścia parę książek, czyli powoli wracałem do swojej normy, a na pewno był to dla mnie wyczyn w który już nawet w pewnym momencie nie wierzyłem. Teraz cofnąłem się w chorobie o sto kroków, podniesione dawki leków, jeszcze jeden dodatkowo po którym czuję się lekko naćpany, ale przynajmniej mnie rozluźnia, brak koncentracji do bardziej wzmożonego działania. Myśli zapętlają się stale wokół X, Y, A, B i nie potrafię ich na ten moment odgonić. Pisanie na forum jest dla mnie też pewną formą rozproszenia od myśli kotłujących się w głowie, nawet jak odnoszę się do kwestii, które tam siedzą - mimo wszystko w tej formie jest mi lepiej. Mam to szczęście, że od jakiegoś mam konsultacje, co prawda telefoniczne, ale jednak z terapeutką, jednak są one ten moment za krótkie. I być może nawet przydałyby mi się częstsze, ale nie stać mnie na to w tym momencie. Z tego powodu trudno wszystko poruszyć i pogłębić - nie wiem jakie ty masz doświadczenia z sesjami, ale u mnie to często sprowadza się do dosyć jazzowego przepływu skojarzeń, w sensie od wątku do wątku, bez koncentracji na jednym, konkretnym temacie. Ale faktycznie rozpocząłem ostatnie ten temat i mamy do niego jeszcze wrócić. Co do medytacji to chyba teraz w czasie pandemii nie ma za bardzo warunków, żeby robić pod okiem kogoś innego. A zresztą moje samotne próby w czasie choroby spełzły na niczym. Sprawdzę film, jeśli w ogóle będę coś w stanie oglądać innego niż krótkie filmiki na yt. Ostatnia próba obejrzenia filmu skończyła się u mnie na frustracji, że nie nadążam za fabułą i wyłączeniem filmu po niespełna siedmiu minutach. Bardzo Ci dziękuję za odpowiedź. Odpisywałem teraz na gorąco, ale jeszcze będę musiał przemyśleć kwestie, które poruszałaś.
  3. Tak, jestem żałosny, nie trzeba mi tego przypominać.
  4. Chciałbym opowiedzieć o kilku dniach, które radykalnie zmieniły moje samopoczucie po kilku tygodniach znacznej poprawy, poprawy jakiej nie miałem odkąd leczę się psychiatrycznie. Zacznę od tego, że leczę się przeszło dwa lata, zaczęło się od mojego epizodu psychotycznego i hospitalizacji. Po wyjściu ze szpitala przez długi czas byłem zamulony lekami, od tego czasu przeżyłem kilka ciężkich epizodów depresyjnych. Nie jestem w stanie podać swojej dokładnej diagnozy: w każdym razie biorę leki przeciwlękowe, przeciwdepresyjne, przeciwpsychotyczne i stabilizatory nastroju. Sprawa dotyczy mojej najbliższej osoby w ostatnich latach, a być może najbliższej w ogóle (nie było ich wiele), która wielokrotnie pomagała mi i wspierała mnie w moim leczeniu. Jest to kobieta w której zakochałem się, kilka miesięcy przed początkiem mojej choroby, chciałem rozpocząć z nią relację romantyczną, ale zostałem odrzucony. W każdym razie zostaliśmy przyjaciółmi, z czasem najbliższymi – z nią przez okres choroby miałem najczęstszy kontakt. Po wyjściu ze szpitala mając do wyboru rodziców lub dawnego przyjaciela (będę go dla czytelności oznaczał jako Y.) za współlokatora – wybrałem tego drugiego (choć dzieliły mnie z nim pewne, bardzo przykre zaszłości). Przez długi czas moja najbliższa przyjaciółka (oznaczę ją jako X.) o której pisałem powyżej nie znała go, ale w toku któryś tam odwiedzin w końcu go poznała i zaczęliśmy całkiem często wspólnie spędzać czas. Niestety ich kontakt za moimi plecami zaczął wzbudzać mój niepokój. Podzieliła nas w końcu kwestia planów jakie ma co do niego, planów, które nie wykluczają romantycznej relacji, a nawet ją sugerują. Po pierwszym ich spotkaniu sam na sam (jakieś trzy miesiące temu) w restauracji, wpadłem w stany lękowe, które trwały przez kilka dni, aż powziąłem decyzję o podcięciu sobie żył. Postanowiłem się z nią pożegnać – co być może było błędem – i przybiegła do mnie, żebym odstąpił od tego zamiaru. Druga sytuacja, która być może zakończyła naszą relację, dotyczyła właśnie jej wyznania, że zaczyna coś czuć do mojego współlokatora. Zaczęło się u mnie od stanów lękowych, przeszło to w manię – po napisaniu do niej wielu przyczyn z powodu których czuję się zraniony (o nich później) – zacząłem być do niej agresywny werbalnie jak do nikogo wcześniej, otwarcie chciałem ją skrzywdzić. Chciałem ją też skrzywdzić tym, że zacząłem się samookaleczać (przypalać papierosami), chciałem też popełnić samobójstwo tak, żeby to słyszała (zacząłem podcinać sobie żyły, skończyło się tylko na długiej szramie) – wezwała karetkę, więc do niczego nie doszło. Przez jeszcze następne półtorej dnia wypisywałem do niej paskudne esemesy. Wszystko skończyło się na rozmowie w czasie której się rozryczałem (tego dnia płakałem przez prawie cztery godziny) i na jej końcu życzyłem swojej najbliższej przyjaciółce (X.) spełnienia marzeń, w ogóle wszystkiego co najlepsze (szczerze) i właściwie w ten sposób zakończyłem jej relację. Na końcu chciałbym napisać dlaczego czuję się zraniony, mając nadzieję, że napiszecie mi, iż nie mam do tego żadnych podstaw. Moja najbliższa przyjaciółka wiedziała o mojej przeszłości, miała wgląd w moją chorobę, jest bardzo inteligentną osobą oraz posiada sporą wiedzę psychologiczną. Mimo tego zignorowała fakt jak układały się moje relacje z najbliższymi – rodzice traktowali mnie jak worek treningowy (przemoc fizyczna i psychiczna), byłem wychowany w swoim życiu przez kilkanaście różnych osób. Z tego powodu wszedłem w życie jako osoba z niską samooceną, problemami z zaufaniem i bliskością. Pogłębiło to jeszcze odrzucenie przez pierwszą dziewczynę do której coś poczułem (nazwijmy ją A.) oraz treningi z trzy lata starszymi kadetami klasy wojskowej (z inicjatywy matki, która chciała zrobić ze mnie „chłopa”). W liceum zbliżyłem się do dwóch kolegów jak do nikogo innego wcześniej, z czasem jednak zaczęli mną pogardzać (na co zdobyłem sporo empirycznych dowodów czytając ich wiadomości do siebie – co uważam oczywiście za paskudne): czułem się poniżany i pomiatany. No i oczywiście przeżyłem ogromny ból związany ze stratą najbliższych osób w moim życiu (w tym rozstaniu istotną rolę odegrało też moje, czasami agresywne, zachowanie, nie byłem niewinny). Nie pomagał temu fakt, że jeden z tych wspomnianych wyżej przyjaciół (B.) związał się pod koniec szkoły z pierwszą dziewczyną do której coś czułem (A.). Tamten czas był, przynajmniej do niedawna, moim najgorszym epizodem jeśli chodzi o relacje międzyludzkie. Minęło kilka lat i zakochałem się w X. (która stała się później moją najbliższą osobą), trafiłem później do szpitala (nie ukrywam, że skumulowany stres związany z kilkukrotnym odrzuceniem mógł odegrać w tym jakąś rolę), gdzie miałem paranoje związane z tym, że oni wszyscy (A., B., X., Y.) knują przeciwko mnie. Ale psychoza minęła, moja relacja z X. zaczęła rozkwitać. No i tutaj zaczyna się nowy wątek z Y., do którego przez wzgląd na przeszłość i niską samoocenę, mieszkając z nim, zacząłem się depresyjnie porównywać (no nie da się ukryć że wiedzie dobre, aktywne życie w przeciwieństwie do mnie) myślę, że to też odegrało w tym wszystkim pewną rolę. A jaka jest jej wersja? Mając świadomość wszystkiego co napisałem powyżej (wielokrotnie wracałem do tych wątków z przeszłości) -mimo tego, że w tym okropnym czasie lękowo-maniakalnym, który nas podzielił, przypominałem jej o tym wszystkim - uważa, że moim zachowaniem kierowała wyłącznie wola kontroli nad nią, że chcę ją zatrzymać dla siebie. Nie jest to prawdą – przez lata naszej znajomości spotykała się z wieloma mężczyznami, wiedziałem, że niektórzy jej się podobają i podejrzewałem, że ich relacja może przejść na ten romantyczny etap. Nigdy nie ingerowałem w jej związki ani z mężczyznami, ani z kobietami (aż do doszło do różnorakich prób związanych z jej relacją z Y.). Co więcej życzyłem jej i na głos i w duchu znalezienia właściwego partnera. Co do moich wiadomości, które były jakie były (co opisałem wcześniej), odniosła się wyłącznie do mojej agresji werbalnej, nie zahaczając w ogóle o treść problemu jaki mam z całą tą sytuacją. Na mój argument, że troska o najbliższą osobę, liczenie się z jej uczuciami jest chyba częścią najbliższej relacji, odparła, że taka odpowiedzialność wykracza poza jej pojęcie przyjaźni. Więc ostatecznie pożegnałem się nią, przepraszając za moje zachowanie w ostatnich dniach i życząc wszystkiego, co dobre (i vice versa). Niestety przez to wszystko czuję jeszcze dodatkowo, że moje życie jest farsą albo komedią pomyłek, a na pewno serią powracających przykrych okoliczności. Jeśli ktoś przeczytał moje wypociny, dotarł do tego miejsca mam kilka zagadnień, jeśli miałby ktoś ochotę się jakoś odnieść do powyższego: Czy moglibyście coś poradzić jak pozbierać się po kolejnej stracie najbliższej osoby (muzyka, film, książki nie pomagają, raz chce mi się wrzeszczeć, innym razem leżę przez wiele godzin patrząc w sufit)? Jak ćwiczyć samokontrolę jeśli chodzi o agresję (nie chcę, żeby nigdy więcej nie doszło do agresji werbalnej z mojej strony czy w ogóle jakiejkolwiek innej) i napady złości (nic z Internetu mi nie pomagało w tamtym okresie)? Proszę powiedzcie mi, że rzeczywiście jak X. przedstawia, nie ma niczego złego w tym jak postępowała i postępuje.
×