aardvark3
Użytkownik-
Postów
726 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez aardvark3
-
"Druga grupa reguł zbudowana jest przez dziecko, jako reakcja na reguły rodziców i sprowadza się mniej więcej do takich przekonań, jak: „Jeżeli nie będę mówił, nikt nie będzie wiedział, co czuję, i nie zostanę zraniony”, „Jeżeli nie będę pytał, nie będę odrzucony”, „Jeżeli będę radził sobie sam i będę świetny, pozostawią mnie w spokoju”, „Jeżeli będę niewidoczny, nic mi się nie stanie”, „Jeżeli będę uważny, nikt się na mnie nie wścieknie”, „Gdy przestanę czuć, nie odczuję bólu”. Podstawowa zasada brzmi: „Muszę zrobić wszystko, by być tak bezpiecznym jak to tylko możliwe”." Dokladnie tak! -- 02 sty 2014, 11:02 -- mala poprawka osobista: "Jezeli bede sobie radzil sam i bede w tym dobry - nikt nie oskarzy mnie o niekompetencje i nie odbierze tego, co zdobylem"
-
Co sie stalo to sie nie odstanie, ale wezme sobie do serca Twoje rady na przyszlosc
-
no cholera! Jakos tak mi sie pisalo, pisalo... Szkoda usuwac. Jak ktos przeczyta - OK. Jak nie przeczyta - tez OK.
-
U mnie byla kontrola. Nie liczylo sie, ile mam lat - bez wzgledu na wiek bylam "za glupia", nieodpowiedzialna zeby pozostawic mnie w spokoju i pozwolic zyc wlasnym zyciem. Bledy, ktore zdarzalo mi sie popelniac byly tylko dowodem na to, przywolywanym przy byle okazji i bezposrednio wobec mnie, i omawiane publicznie. Szczegolnie gdy chcialam podjac wlasna decyzje to byly wypominki co zrobilam wtedy a co 5 a co 10 lat temu. I dlaczego nie mozna mi ufac i pozwolic na samodzielnosc. Bo narobie klopotu sobie i rodzicom i nie wiadomo jeszcze komu. I ludzie sie dowiedza jaka jestem durna. Pracowalam i studiowalam jednoczesnie, sama wybralam taka opcje by sie usamodzielnic. Nie dzialalo. Musialam oddawac cala wyplate matce, ktora (oprocz mojej glupoty i nieodpowiedzialnosci) tlumaczyla to tym, iz jej matka tez wymagala od swoich dzieci zeby oddawaly jej wszystkie pieniadze. Ba, dlatego wiekszosc jej rodzenstwa poszla do pracy w wieku 16, 17 lat. Bo trzeba bylo mamie pomoc. No ja cierpie dole! Babcia sobie trafic z palcem do dupy nie mogla to wyslugiwala sie wlasnymi dziecmi a ja niby mialam placic za jej niezaradnosc zyciowa? Jak to szlo? Za winy ojcow pokutowac bedziesz? Gdy potrzebowalam pieniadze chocby na jakies sprawy zwiazane z nauka to musialam prosic matke a ona autoryzowala. Dopoki mieszkalam z rodzicami jako panna, nie zareczona ani nie zwiazana formalnie - musialam wszystkie zakupy potwierdzac rachunkiem ze sklepu. Albo metka z cena. Zaczelam dorabiac na bku - tzn wzielam maszynopisanie w pracy po godzinach na akord (platne od strony, a ze pisalam szybko to trzepalo sie kapuche ). Nie wiem jakim cudem ale matka sie dowiedziala... Jak smialam ja tak oszukac podczas gdy oni dla mnie tyle zrobili... Oddawalam wyplate co miesiac, jak dotad ale to byla tylko niewielka czesc tego co zarabialam... Ale to juz bylo poza jej kontrola, wiec to ja najbardziej wqrvialo. Ze sie wymykam spod tej kontroli... Kolejny dowod na to ze nie mozna mi ufac, ze jestem nie dosc ze glupia, pusta, nieodpowiedzialna to na dodatek wredna i knuje za jej plecami. Nic dobrego ze mnie nie bedzie. Skoncze marnie. Nie tak mnie wychowywali, nie szanuje pieniedzy - dostali od panstwa kase za dom, ja nie zobacze nawet grosza bo jestem kretacz i oszust. A to bylo tak: plan rozbudowy osiedla zakladal, ze ulica pojdzie przez nasza posesje i zostaniemy wywlaszczeni pod zabudowe tegoz osiedla. Tak tez sie stalo. I teraz zonk: panstwo (organ wywlaszczajacy) zapewnial, oprocz zaplaty za grunt, dom i ogrod - mieszkanie spoldzielcze. W sytuacji rodzice + ja (osoba niezamezna) - nalezaly nam sie trzy pokoje z kuchnia. Gdybym byla jednak mezatka - nalezaly sie nam osobne lokale (mnie jako malzenstwu rozwojowemu przyslugowalyby dwa pokoje z kuchnia). Chodzilam z chlopakiem ze 2 lata wtedy, znalismy sie dluzej. Uwielbialam wprost jego rodzine bo to byla rodzina z prawdziwego zdarzenia - taka, jaka chyba kazdy z nas chcialby miec. Czulam sie tam jak jedna z nich. Z chlopakiem roznie bylo, jakos szalenczo nie bylam zakochana ale w sumie OK. Moze czasem przeszkadzalo mi, ze mial takie napady zazdrosci ni stad ni zowad. Byly jednak wazniejsze sprawy. I gdybym przed wydaniem nam przydzialu na mieszkanie nie wyszla faktycznie za maz, to pewnie ucieklabym do Austrii i poprosila o azyl polityczny. A stamtad pieron wie gdzie. Bo wspolne mieszkanie z rodzicami i to w bloku, gdzie jest mniejsza powierzchnia i zero intymnosci. Wszystko pod kontrola. Pewnie dostalabym swoj pokoj ale wciaz by mi to wypominali (masz swoj pokoj, czego jeszcze chcesz). W dmu rodzinnym do czasu, gdy juz bylam zareczona - spalam w pokoju z rodzicami. Ustapili mi jednak z tym wolnym pokojem bo chyba im bylo glupio jak nagle tyle osob zaczelo mnie odwiedzac (rodzina, przyjaciele przyszlego meza). Wiem tez, ze nawet gdybym wyemigrowala to gryzloby mnie sumienie ze ich tak zostawilam i czulabym sie jak ostatnia egoistka - a tym bardziej, ze nie moglabym podjac zadnego kontaktu bez narazenia ich ma klopoty (to byly inne czasy, koniec lat 70 poczatek 80, gleboka komuna). I co? Pewnie myslicie, ze jak wyszlam za maz i mialam juz swoja rodzine to odpuscili? Alez skad! Maz byl wrogiem numer jeden, tesciow traktowali z gory (choc tesciowie byli dla mnie jak rodzice, tacy jakich zawsze chcialam miec) a ja oczywiscie dokonalam zlego wyboru ale to moj wybor, nie sluchalam ich to trudno. Przeprowadzili sie w kilka miesiecy po nas - zalatwili mieszkanie w tym samym bloku. Przesiadywali u mnie prawie tak czesto jak u siebie. Matka zaczela marudzic, ze jej tu zle, ze jak w klatce, a ze moglismy utrzymac dom tylko ja nie chcialam (jakbym miala do gadania wiecej, niz Zyd za okupacji na gestapo) - musiala miec winnego, odpowiedzialnego za jej niedole. Kilka razy dziennie slyszalam: moglismy miec dom, ogrod to przez twoja glupote zyjemy w klatkach, ludzie naokolo wszystko wiedza co robimy. Poza tym wypominali doslownie wszystko, co mi dali. Nawet to mieszkanie. Urzadzenie wesela (na spolke z tesciami, ktorzy wzieli pozyczke) i wiele innych rzeczy. Mysmy to kupili itp. Jakby to ze oni kupili znaczylo, ze jest ich a nie moje. Do dzis mam uraz do wypominania. Niestety, u meza te ataki zazdrosci pogarszaly sie. Bywalo ze urzadzal mi scene o nic, bo sobie ubzdural. Bo piec minut pozniej z roboty przyszlam czy na uczelni posiedzialam dluzej. Cos okropnego, odbiera spokoj. Nie mialam z kim o tym pogadac bo przeciez nie pojde do rodzicow, zaraz sie zacznie: widzialy galy co braly, moglas poczekac i nie wychodzic za maz tak wczesnie (mialam 21 lat, nie bylam w ciazy, chcialam tylko to mieszkanie osobne dostac i wyrwac sie spod ich kontroli) i gadanie po calej rodzinie znow. Do rodziny meza nie chcialam mimo ze byli mi bardzo bliscy. Dziecko urodzilo nam sie po prawie 3 latach po slubie. Obydwoje pracowalismy, mielismy pieniadze (tylko nic za nie nie mozna bylo wtedy kupic) mieszkanie. Jak nie napadaly go te zazdrosci to bylo calkiem w porzadku, dogadywalismy sie, jezdzilismy na wycieczki, campingi, chodzilismy na dyski i imprezy. Bylismy kilka razy za granica. Rodzice probowali sie wtracac ale bezskutecznie. Byli okropnie zazdrosni o tesciow bo widzieli, ze mam z nimi lepszy kontakt. A po 4 latach malzenstwa maz nagle zmarl (mial niewykryty problem ktory spowodowal nagly skok cisnienia). I rodzice wrocili do swoich dobrz znanych zwyczajow kontroli. Jakos tak niezauwazalnie wtarabanili sie w moje zycie. Zagarneli mojego syna. Bylo mi to troche na reke bo moglam wrocic na studia. Po pol roku od smierci meza zmarl ojciec. Matka do jej smierci obwiniala o to mnie. Ze gdyby wtedy nie przyszla do mnie rano (przychodzila codziennie) to ojciec by zyl. Przewrocil sie w lazience, dostal udar - lezal przez kilka godzin. Zmarl w szpitalu po tygodniu. Matka wierzyla ze mogl z tego wyjsc tylko lezal tyle godzin na zimnej posadzce to dostal zapalenia pluc (zmarl na niewydolnosc krazeniowa spowodowana posrednio przez zator w mozgu ale ona wiedziala lepiej). Zatruwala mi tym spokoj codziennie. Przebywala u mnie caly czas, tlumaczac to opieka nad wnukiem. Nie powiem - bylo mi z tym wygodnie... Ale jak zaczela mnie posadzac ze grzebie w rzeczach ojca pod jej nieobecnosc (znaczy ze jak ona jest u mnie i pilnuje dziecka a ja mowie, ze ide na wyklady - to ide do jej domu, mam klucz, i grzebie w tych rzeczach, chowam, wyrzucam itp) to przekroczyla granice mojej cierpliwosci. Znalam kogos, zaproponowalam zeby sie do mnie przeprowadzil. To mialo mi gwarantowac po raz kolejny odciecie sie od toksycznego rodzica. Wiedzialam ze ma juz swoje lata i ze moze potrzebowac pomocy z wiekiem, to mnie gryzlo - ale nie moglam tez pozwolic na takie traktowanie. I wpierd*lilam sie z deszczu pod rynne bo zwiazalam sie z bardzo toksycznym czlowiekiem. Ale to wyszlo na dobre dopiero po jakims czasie. Po kilku latach kuzynka zamienila sie mieszkaniami ze swoja corka - z dwoch mniejszych na jedno wieksze. I matka zaczela o tym przebakiwac. Ze w sumie to ona jest czesciej u mnie niz u siebie, ze moglibysmy o tym pomyslec bo dwoje dzieci a tu dwa pokoje tylko... Na poczatku jakos nie bardzo pasowal mi taki scenariusz ale po dokladniejszej analizie stwierdzilam, ze mieszkanie matki to w praktyce pustostan. I faktycznie mozna pokusic sie na wieksze. Kolejna idiotyczna decyzja w moim zyciu. Ktora wszystko cholernie skomplikowala zamiast uproscic. Doszla jedna, bardzo wazna sprawa zupelnie nieoczekiwanie i akurat w momencie tej przeprowadzki, a scislej zaraz po niej... Taka pieprzona ironia losu. Zamieniajacy mogli sie nie zgodzic na warunki, albo jakis papierek mogl byc nie do konca w porzadku, albo... Cos, co uniemozliwiloby te zamiane. Takie rzeczy to tylko w bajkach Albo w filmach, ksiazkach gdzie przedstawia sie jakby alternatywne swiaty bazujace na wyborze jednej z opcji... Jak spojrze na swoja przeszlosc - ja wciaz od tej matki, od jej paranoi, od jej manii kontroli - uciekalam. Wiazac sie z niewlasciwymi ludzmi.
-
Brainwash byl od poczatku bo jakzeby inaczej? Im wiecej leku w rodzicach, tym bardziej dysfunkcyjna rodzina. To nas tlumaczy ale nie usprawiedliwia. Trzeba nad soba pracowac. Jak cos uwiera - usuwac. Po to jest miedzy innymi to forum.
-
Psychiczne znęcanie się?
aardvark3 odpowiedział(a) na Filigranowa temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Wsparcie to podstawa. W takiej sytuacji osoba osaczona jest w stanie uwierzyc toksykowi w to, co on mowi. Bo jest zastraszona. Myslicie, ze ja nie bylam? W pierwszym przypadku: eks mieszkam u mnie. Typowy psychiczny przemocowiec od roku po slubie. Wtedy sie zaczelo. Mieszkal u mnie, potem zamienilismy mieszkanie na wieksze. Wspolnie. Straszyl mnie wiec, ze jak co do czego dojdzie to bede musiala sie dzielic. O odebraniu dzieci tez slyszalam. O naslaniu na mnie rodziny, braci, Ruskow, oblaniu kwasem, polamaniu nog itp. Raz nie pobil mnie tylko dlatego, ze ucieklam na korytarz. Tam to juz by nie kozaczyl bo a nuz ludzie uslysza. Ludzi przekabacal sukcesywnie na swoja strone. Moje przyjaciolki tez. Byly przeciwko mnie bo przeciez on taki fajny, przystojny, wyksztalcony itp (jak sie pozniej okazalo, przespal sie z kazda z nich ale to szczegol, k*wa bylam ja przeciez). Dopiero gdy pobil moja matke - wziela moja strone. Zreszta ciagle sie klocili i matka powoli zaczynala go nienawidziec. To sie czulo w tym, jak odnisili sie do siebie, robilo mi sie niedobrze jak tego sluchalam. Pieklo w piekle. W swieta tylko modlilam sie zeby nie bylo awantury w wigilie. Przy stole. Nie skladali sobie zyczen ostentacyjnie. Dostal za to pobicie 3 lata w zawieszeniu bo sprawa przez prokurature. Ewidentna wina, po pobiciu wykrecil zamek z drzwi zebysmy nie mogly wyjsc i wezwac pomoc (nie mielismy telefonu). W sadzie tlumaczyl sie ze to mnie chcial pobic bo mialam do niego pretensje, ze wywiozl z domu cenne przedmioty i sprzedal na wlasne dlugi. Nie twierdze, ze bylam swieta 100% bo nie bylam. Wsparcie przy rozwodzie to ja sobie kupilam - zaplacilam adwokata. Mialam swj maly biznes ktory podupadal i w koncu zbankrutowalam - czesciowo z wlasnej glupoty a czesciowo z naiwnosci. Podpisalam kredyt bratu przyjaciolki, on go nie splacal - dalej juz wiadomo... Stracilam wszystko, zostalam bez grosza a eksio sie smial. Pan na stanowisku w firmie - wspomne, ze ja mu te prace zalatwilam jak sie pobralismy. Mialam tam znajomosci bo pracowalam jakis czas. Wyksztalcony wyksztalciuch. Po rozwodzie nasze kontakty staly sie poprawne, powiedzialabym kolezenskie nawet. Dopoki nie poznal mojej kolezanki i nie zaczely sie najazdy na moje mieszkanie (ja juz bylam po slubie z moim drugim eks). Wyszlam ponownie za maz ale takich cyrkow jak on z ta moja byla kolezanka nie robilam. Nawet poznal mojego eks 2 i wypili sobie po piwku. Kulturalnie, bez uraz. Eks nr 2 - zaburzony psychicznie, agresywny ale tchorz. Zafundowal mnie i synom pieklo awantur bez powodu, o dowolnej porze dnia i nocy. Pretensje o to, ze deszcz pada albo o 9/11. Wydzwaniajacy na sekstelefony, jak nauczyl sie internetu to na portalach randkowych. Ale jak przyszedl wysoki rachunek za telefon to bylo na mnie ze wydzwaniam do Polski. Ze pomagam dzieciom. Ze staram sie o pomoc dla niepelnosprawnego syna. Zero wsparcia. Obietnic pelna geba. Przy ludziach och, jaki ideal! Jakby sasiedzi nie slyszeli jego wrzaskow - ale nawet jak slyszeli to dla niego byl dowod na to, ze zmarnowalam mu zycie i ze on sie tak przeze mnie drze. Znalazl moj rozpaczliwy mail do WomansAid - ktos mu pomogl wydrukowac i zrobil z tego sprawe przeciwko mnie (tzn nigdy nie pokazal komukolwiek ale tak twierdzil, ze ja dzialalam przeciwko niemu, chcialam mu zaszkodzic - a opisalam to, co sie faktycznie dzialo). Po moim wypadku bylam na wozku przez 4 miesiace - moglam zapomniec o jakiejkolwiek pomocy z jego strony. Bo ja to zrobilam specjalnie. Jakos sobie poradzilam. W domu brud, zimno bo nie bylam w stanie codziennie palic w centralnym. Poradzilam sobie. Nie bylo innego wyjscia. Nikt w Polsce nie wiedzial co przezywam. Potrzebowalam jeszcze jakiegos czasu zeby pozalatwiac formalnosci. Dopiero po kilku latach moglam sie uwolnic. Nie bylam u siebie i balam sie ze wszyscy wezma jego strone a ja stane sie persona non grata. Trafilam na wczesniej wspomniana fundacje pomocy ofiarom przemocy domowej. To mi wiele pomoglo bo zrozumialam, ze to nie ja sobie wymyslam, ze to nie ja jestem przyczyna takiego stanu. I niczemu nie jestem winna. Nic zlego czy niewlasciwego nie zrobilam i nie zasluguje na takie traktowanie. Minelo jeszcze troche czasu zanim wnioslam o separacje i wyprowadzilam sie na moich warunkach. Nie bede wyjasniac dlaczego nie zrobiam tego wczesniej choc powinnam - teraz to widze. Co sie stalo to sie nie odstanie. Wina obarczam moj wlasny lek i to, ze jestem DDD. Ze nie umiem sie odpowiednio bronic, musze miec wszystkie atuty w reku,. nie wystarczy jeden czy dwa. Bo sie boje, ze ktos te luzne polaczenia wykorzysta przeciwko mnie. Nie moglam wrocic do Polski z kilku powodow - mlodszy syn tutaj rozpoczal edukacje i nie byloby sensu przenosic go do polskiej szkoly (problemy w pisaniu i czytaniu po polsku, moglby opuscic przez to rok), kwestia utrzymania i pracy - wiadomo jak jest; a mam jeszcze pod opieka dziecko niepelnosprawne wiec sytuacja sie komplikuje; corka byla w liceum, chciala isc na studia. Moglam jej pomoc z zagranicy - nie byloby nas stac na studia gdybym mieszkala w Polsce. Teraz dziewczyna robi powazna kariere naukowa w skali swiatowej. Tylko dzieki temu, ze nie wrocilam do kraju gdy mialam w domu pieklo; moglam tylko uciekac raz na czas do Polski i spedzac tu miesiac czy dwa. Niestety, mlodszy syn musial zostac w domu - co jest moim wielkim wyrzutem sumienia do dzis. Nie umiem sobie tego darowac. Choc stanowisko eks2 wobec niego bylo - jak sie wydawalo - najbardziej pozytywne z nas wszystkich. Ale skad ja mam wiedziec co sie dzialo pod moja nieobecnosc? Syn sie nie skarzyl, nic nie mowil ale moze tez dlatego, ze wiedzial iz ja i tak nic nie moge zrobic? To sa tylko domysly. Chce to napisac poniewaz sa to rowniez moje koszmary. -
MNir zas najbardziej utkwil w pozytywnej pamieci okres przedswiateczny. Owo oczekiwanie na cos wspanialego, na niespodzianke (ktora ma zawsze w marzeniach wydzwiek pozytywny), na jakis cud moze? I atmosfera, zapach choinki (naturalnej), snieg za oknem, odlegle swiatla w mroku, gdy wyszlam przed dom spogladajac w ciemnosc i myslalam: moze tam, w tych swiatelkach, jest ukryte szczescie? Rzeczywistosc byla pewnie jak u wielu z Was - wspolne zasiadanie do stolu czy wogole wspolne spedzanie czasu to oczywiscie awantura. Na codzien mozna uciekac jedno przed drugim ale w swieta nastepuje konfrontacja. Wszelkie wspolne domowe obiady itp kojarzyly mi sie z awantura, wzajemnymi pretencjami, upominaniem mnie: jak siedzisz, jak jesz, jak to, jak tamto, wybrudzisz sie i kto to bedzie pral... Ale przeciez byl ten drugi swiat - swiat marzen i odleglych swiatel. I byla choinka ktora mnie zawsze fascynowala. Niestety, sama nie potrafilam wprowadzic atmosfery swiat ani ich zorganizowac tak, zeby byly niezapomniane. Z wielu przyczyn - ale chyba glowna to ta, ze nie wiedzialam jak. Nikt mi tego nie pokazal, nie dal przykladu. A sama zwyczajnie nie potrafilam tak z siebie. U mojej kuzynki wciaz jest zywa tradycja - w pewnym sensie podoba mi sie to ale jest mi obce. Oni zawsze wspolnie siadaja do stolu. Celebruje sie swieta, rodzinne uroczystosci. Ale w jej rodzinnym domu tak bylo. Ona nie rozumie, ze mozna inaczej - tzn przyjmuje do wiadomosci ze ja mam inny styl zycia ale nie rozumie dlaczego. Uwaza, ze ja bylam trudnym dzieckiem i przysparzalam rodzicom mnostwo problemow bo moi rodzice tak to przedstawiali, moja opinie uwaza za przesadzona i nieprawdziwa. Tzn wie o tym, ze matka miala paranoje; wie ze bylam przesladowana w podstawowce - ale z jej punktu widzenia to margines. Jak to mowia: syty glodnego nie zrozumie. Teraz to te swieta sa calkiem do dupy. Przychodza znajomi pieczeniarze i spedzamy ten czas razem. Nie jest zle ale jako tako. W tym roku zaprosilam znajoma i sasiadke na drugi dzien swiat. Gdy jezdzilam do Polski, bylam sama z synem, rzadko corka z narzeczonym byli wtedy w domu ale jakos ta namiastka swiat dala sie wyczuc. Bylo fajnie, sympatycznie, wszystko robilismy wspolnie. Do Polski na swieta nie jezdze odkad mieszkam tu sama bo nie chce mlodszego syna samego na swieta zostawiac to raz a dwa: bilety sa drogie. W Krakowie zawsze chodzimy na zywa szopke w wigilie, nie jestem wierzaca ale taka tradycja. I kiermasz swiateczny na Rynku. Spotykam sie z przyjaciolkami, zawsze pierwszy, drugi dzien swiat spedzamy razem. Z eksiem spedzilismy dwa swieta wspolnie i to mi wystarczylo. Stres, awantura bez powodu oczekiwanie kiedy bedzie nastepna. Zero szacunku do tradycji, do czegokolwiek. Na szczescie to juz przeszlosc. Prezenty? Nie licze na nic, chyba ze sobie sama cos kupie (i pewnie tak bedzie). Ze znajomymi uzgodnilismy, ze tylko jakies drobiazgi. Jestem zreszta taka osoba, ktorej nie daje sie prezentow, od dzieci dostaje takie "bez wysilku". Nie wymagam choc jest mi czasem przykro. Ale tego nie okazuje. Skad wiec ktokolwiek ma wiedziec? Ja sie po czesci wstydze oczekiwac prezentow od innych, jest to dla mnie krepujace - tak, akbym chciala kogos wykorzystywac i miala wymagania. Tego w dziecinstwie nie bylo mi wolno - wymagania jakiekolwiek byly tabu. Moglam co najwyzej prosic, blagac i upokarzac sie w tych prosbach i wtedy mogly zostac rozpatrzone.
-
U mnie zas na proby przypomnienia bylo zakrzykiwanie i wypominanie mi moich przewin - prawdziwych lub nie, mniej lub bardziej waznych, niesubordynacji urastajacej do rozmiarow zbrodni - i wpedzanie w totalne, wszechogarniajace poczucie winy oraz niewdziecznosci. Matka, rodzice przeciez tyle dla mnie zrobili a ja jak wogole smiem nawet tak pomyslec (niezgodnie z ich linia) jak smiem podwazac ich zaslugi, jak smiem miec wlasne zdanie (to ostatnie to moj dodatek osobisty)? Dyskusji nie bylo - ba, nawet nie bylo najmarniejszych szans na nia bo matka jak nie miala argumentow to sie darla jak zacieta plyta, potrafila powtarzac jedno zdanie kilkanascie razy w kolko az mnie sie znudzilo przekrzykiwanie i na zasadzie "madry glupiemu ustapi" - ustapilam. Ona uznawala, ze to jej wygrana. I na tym wszelkie proby rozmowy sie konczyly. Dzienniczek uczuc... Jestem przytloczona po powrocie z tzw wakacji (bo dla mnie odpoczynku wielkiego nie bylo, tylko zmiana miejsca) - roboty w sroc. Syn zostawil prania tyle co batalion piechoty, w domu jeszcze karaluchow nie ma ale "koty" kurzu w katach juz widac. Swieta za pasem a tu zadnych dekoracji jeszcze nie ma. Wszystko ku*wa na mojej glowie. I tym jestem zmeczona. Ledwie sobie radze. Syn tlumaczy sie (glupio) egzaminami a gra do rana na kompie. Nie kaze mu robic nie wiadomo czego ale prosze od miesiaca o umycie podworka karcherem i o zniesienie choinki plus ozdoby ze strychu. Oraz o zalozenie lapek na myszy. Zaraz musze isc na zakupy bo w lodowce swiatlo i troche smrodu (nie moge zlokalizowac przyczyny). Troche boli mnie noga bo stanelam na czyms ostrym we wtorek na plazy. Nic powaznego, odkazilam. Na wakacjach nie odpoczelam, zmeczylam sie tylko. Od niedzieli calkowicie stracilam powera. Musze wyjezdzac sama. Tylko wtedy odpoczywam. -- 13 gru 2013, 15:31 -- Umyl. Na odpierd*l sie ale umyl. Jakosc gleboko w dupie schowana. OK, OK, juz sie nie czepiam. Mialo byc zrobione - jest. bedzie zrobione tylko jeszcze nie wiem kiedy Choinke z przyleglosciami moglby zniesc dzisiaj to bym juz ubrala, zrobila ozdoby okienne i takie tam - byloby z glowy. Jak ja ku*wa nie cierpie liczyc na kogos i byc zalezna od czyjegos widzimisie bo zawsze wychodze na tym jak Zablocki na mydle, najczesciej w konsekwencji sama to robie ale ze strychu nie jestem w stanie niczego wiekszego wytaszczyc. Zgodnie z zasada: jesli nie mozesz wroga pokonac to sie do niego przylacz, smrod w lodowce zabilam francuskim serem plesniowym (mniam!) i polowa swiezego pstraga (na kolacje). Humor mi sie poprawil zdziebko ale w chacie nadal jak po przejsciu hordy tatarskiej albo kilkudniowej imprezie z uzywkami. Z wolna ogarniam pranie i odwieczny problem: tyle mozna wyprac ile sie powiesi w goscinnym pokoju, w pracowni juz nie wstawiam suszarki bo nie ma sie gdzie ruszyc (ta opcja tylko pod moja nieobecnosc). I nadal pelny kosz...
-
Moglabym sie pod tym podpisac... Zabawa to cos spontanicznego - u mnie bywalo roznie, mialam okres ze dobrze sie bawilam, potrafilam byc spontaniczna do pewnego stopnia. Teraz niestety... Nie umiem z siebie tego wykrzesac. Mam tendencje do zamykania sie w sobie - ale licze, ze to tez jest przejsciowe. Jako dziecko i "mlodziez" bylam spontaniczna poza domem (szalu nie bylo bo tez mialam blokady ale na ile potrafilam, tzn mam na mysli ze byla we mnie spontanicznosc), potem toksyczne zwiazki wzmacnialy traumy z dziecinstwa (bo taki przeciez ich sens i zasady dzialania, wybieramy takich a nie innych partnerow wlasnie dlatego) - i na dzien dzisiejszy jest jak jest. W niedziele bylam na tradycyjnym targu regionalnym w Vega de San Mateo i tam rynku, w samym centrum zawsze rozstawiaja markize, gra zespol i ludzie sie bawia, wszyscy, mlodzi, starsi, dzieci - i to jest takie spontaniczne, takie naladowane pozytywna energia (az sie czuje!) - a ja nie potrafilabym (przynajmniej nie teraz) dolaczyc do tych ludzi. Jak to wspominam to jest mi przykro i zal ze nie mialam na tyle odwagi by bawic sie z tymi ludzmi, cieszyc sie zyciem.
-
moje zas ma zerowe poczucie bezpieczenstwa i jest przerazone. Boi sie niemal wszystkiego. Niewiele pomaga - nie wierzy w zapewnienia, ze zaopiekuje sie nim, ze nie pozwole by ktokolwiek je zranil. Twierdzi wtedy, ze sa to obietnice bez pokrycia bo sama o siebie zadbac nie potrafie i nadal jest we mnie lek. Boi sie ze nawet bez przyczyny moze zostac zranione przez ludzi, swiat zewnetrzny. Nawet jesli na to nie zasluzylo swoim postepowaniem. Nie wierzy nikomu i niczemu. Ale wie ze trzeba te wiare udawac zeby nie zwrocic na siebie uwagi ani nie rozzloscic tych, ktorzy moga zranic. Teskni za spontanicznoscia ale w ostatniej chwili, gdy odczuwa nieodparta potrzebe owej spontanicznosci - gwaltownie sie wycofuje i bacznie obserwuje, czy ktos nie zauwazyl przypadkiem. Bardzo pragnie byc kochane, wyjatkowe dla kogos, zeby ktos sie nim zaopiekowal i zatroszczyl - ale boi sie, ze jak to wyartykuluje narazi sie na cierpienie, zostanie zranione a moze nawet ukarane za takie pragnienia. Chce byc wazne dla kogos. Chce byc kochane i akceptowane bezwarunkowo. Nie chce tego ode mnie.
-
Prezenty robie sobie od dawna bez wyrzutow sumienia (mialam je kiedys niemal na kazdym kroku jak cos dla siebie zrobilam bo znaczylo to, ze zaniedbalam kogos innego ergo: jestem potworna egoistka i nie zasluguje na nic dobrego). Jestem wlasciwie jedyna osoba od ktorej de facto dostaje te prezenty wiec tym bardziej Mialam urodziny akurat na wakacjach wiec zrobilam sobie prezent, a jusci! I to az dwa! Mimo wszystko jednak bylo jakos smuto, ze nikt inny nie wysili sie odrobinke i nie pomysli o jakims prezencie dla mnie, ze nie jestem wazna dla kogos na tyle chociazby (wiem, wiem - teraz to jest zwykle uzalanie sie nad soba ale czyz nie czujemy tak czasem?). I gdyby nie fejsbuk to nawet zyczen bym nie dostala. Tzn corka wyslala smsa, syn nie bo mowi, ze nie mial kredytu, byl przed egzaminami itp... Ale jak czegos ode mnie potrzebuje to wie gdze mnie szukac. I to jest troche przykre... Mniejsza zreszta z tym, samo zycie. Dzieci to nie jest partner, maja prawo odbic i miec wlasne sprawy, nie maja obowiazku pamietac o rodzicach - zreszta nikt go nie ma. Moja matka byla jaka byla ale zawsze pamietalam o jej urodzinach, imieninach itp i zawsze mialam dla niej jakis prezent. Ona zreszta tez. O dzieciach pamietam zawsze. OK, na oslode - moja wieloletnia przyjaciolka do mnie zadzwonila. I kuzynka. Nie pogadalysmy bo mialam tam fatalny zasieg (z internetem bylo to samo ale po co komu net na wakacjach?)
-
Albo ze se jaja robi (jak np skomlementuje), niestety, tego nie udaje mi sie jakos usunac, powraca ale juz bardzoej jestem swoadoma, ze to niekoniecznie ma zwiazek z terazniejszoscia. -- 13 gru 2013, 09:21 -- Konkluzja? Gdzies wewnatrz kwesionujemy wlasne prawa do wielu rzeczy. Czy zasluguje na pochwale? Naprawde? Czy to co zrobilam/em nie jest za malo zeby mnie chwalic? Ale jesli nawet przyjme te pochwale to czy nie bedzie to ze szkoda dla ochrony samego siebie? Bo ktos to wykorzysta? I albo wysmieje, albo zaatakuje, albo...?
-
poranek zaczelam od radiowego Griega i tak mi zostalo... potem w samochodzie zarzucilam Straussa a teraz sobie tego slucham smety niedzielne
-
Psychiczne znęcanie się?
aardvark3 odpowiedział(a) na Filigranowa temat w Problemy w związkach i w rodzinie
@Autodestrukcja - u mnie bylo dokladnie tak samo. Zaprogramowanie na toksyczne zwiazki bo przeciez w zdrowym funkcjonowac nie bede. Sama bedac dysfunkcyjna zreszta. Tylko, ze ja sie w glebi duszy pieronsko buntowalam. Nie umialam przyjac tej dysfunkcji. Nie godzilam sie na nia. Czulam, ze na to nie zasluguje, ze to nie tak mialo byc. Tylko, ze nie nauczono mnie metody dzialania wprost - a raczej nie-wprost. Za bycie wprost w dziecinstwie zawsze mi sie dostawalo. Nauczylam sie manipulacji, przemilczen, ukrywania - i w rezultacie strachu przed informowaniem co naprawde czuje. Jak sie nie mowi to nie istnieje komunikacja wiec skad ktos ma wiedziec co mi dolega? Bylo mi zle ale nie umialam o tym mowic. OK, jak juz zaczynalam mowic - to bylo zdziwienie, nie wierzono mi bo jakze to tak? I stawalam sie "persona non grata". Nie mialam nikogo po mojej stronie - czego mi zreszta od dziecinstwa brakowalo. Kogos kto stanie w mojej obronie (wtedy, kiedy ja nie umialam jeszcze sie bronic) kto pokaze jak to sie robi. Ale mimo wszystko udalo mi sie dwukrotnie wyrwac z takich zwiazkow. Uwolnic. Pomogl mi troche przypadek a troche moja wlasna zaradnosc. Bylam zastraszana, zreszta zastraszyc mnie mozna bylo wyjatkowo latwo. I mimo wszystko - uwolnilam sie. Dlatego ak te swoja wolnosc cenie. Wolnosc i spokoj. To daje mi gwarancje, ze nie wpakuje sie w kolejne lajno. Zreszta mam juz coraz mniej czasu (i szans) i o to nie zabiegam. Nie mam parcia na zwiazek mimo iz przydalby sie ktos - ale ktos wlasciwy. Jaka mam gwarancje? Zadnej. Odpuszczam wiec. Na portalach randkowych same Amerykance zreszta I czasu mi tez szkoda... Samej jest dobrze choc czasami doskwiera chociazby brak jakiejs pomocy, wsparcia, dzielenia obowiazkow i radosci. Ale koszty tych "atrakcji" skutecznie mnie odstraszaja od jakichs radykalnych dzialan. Nie zarzekam sie. Ale nikogo na sile nie szukam. Nie mam nawet rozwodu tylko separacje rozwod moglabym otrzymac od reki bo czas ustawowy minal ale szkoda mi kasy Status mam jasny i przejrzysty bo rozdzielnosc majatkowa itp zadnych zobowiazan ktorejkolwiek ze stron. Lubie jasne sytuacje. kiedy wiem na czym stoje. To daje mi poczucie bezpieczenstwa. -
Niezle, fakt. -- 01 gru 2013, 19:16 -- I skonczyl sie moj ulubiony serial... (Broen/Bron 2 - Most nad Sundem)
-
malpka bubu - zdrowie i spokoj najwazniejsze! -- 02 gru 2013, 07:05 -- Tak na chwilke i z doskoku bo moge zniknac na kilka dni - jade na wakacje i nie wiem jak bedzie z internetem na poczatku. Moge wiec troche pomilczec. Na razie!
-
Kotka to juz mam upatrzonego (bron Boze z jakichs hodowli - dachowca chce zwykjlego nie jakiegos dziwologa ) - po moim dawnym kocie (zyje sobie w najlepsze w poprzednim domu). Tylko ze te koty sa na pol zdziczale i moze byc problem ze schwytaniem i pozniejszym oswojeniem. Ale zebysmy wszyscy tylko takie problemy mieli... U nas wiele osob oglasza sie ze wyda kocieta za darmo w dobre rece. Ja zreszta tez tak robilam z nadmiarem kociego przybytku bo w sumie mielismy ich ok 7 ale jak sie mieszka na wsi to koty maja raj. A hodowalam swinki miniaturowe i w szopie bylo siano, sloma, pasza wiec koty strzegly obejscia przed gryzoniami wszelkiego autoramentu. Najgorsze jednak bylo to, ze z zimna krwia mordowaly ryjowki (w Irlandii wystepuje tzw pygmy shrew, ryjowka etruska, jakie to jest malenstwo - a jak glosno piszczy gdy czuje niebezpieczenstwo!), ktore sa bardzo pozytecznymi ssakami. I wyploszyly mi wszystkie ptaki z ogrodu! Ale cos za cos. Teraz tez sie martwie o ptaki bo oswoilam sobie kilka i nawet latem, jak sa otwarte drzwi do ogrodu - to sobie wlatuja.
-
Psychiczne znęcanie się?
aardvark3 odpowiedział(a) na Filigranowa temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Dzieki za zaufanie in spe Bede sie dzielic swoimi doswiadczeniami jak sobie kiedys obiecalam - jak wyjde z tego gowna to bede pomagac innym, ktorzy chca sie uwolnic. Tylko, ze najlepsze jest wlasne doswiadczenie, nie zawsze "by proxy" dziala tak, jak by sie chcialo. Pamietam tyle razy ludzie z zewnatrz, z zasady obiektywni - ostrzegali mnie przed tym czy owym a ja i tak swoje wiedzialam. Oberwalam, za ktoryms tam razem do mnie dotarlo. I wiem, ze porady to dobra rzecz ale nie mozna wymagac zeby ktos je przyjmowal i juz. Filigranowa jest na najlepszej drodze do takiego wlasnie oberwania od zycia w tylek. To jej wiele wyjasni i pomoze choc bedzie bolalo. A my? Coz, mozemy tylko pisac o swoich przemysleniach. -
Psychiczne znęcanie się?
aardvark3 odpowiedział(a) na Filigranowa temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Fakt, nie zmieni sie. Ale co do wypowiedzi - nie tylko tresc ale takze forma ma znaczenie. Szczegolnie w takich sytuacjach. Ja, Ty - wiemy ze on sie nie zmieni. Moze ujme to inaczej, po swojemu - jak kiedys tlumaczylam na forum problemow w zwiazkach (chyba tym na kafeterii): przyjmij do wiadomosci jaki on jest. A jest zlosliwy, agresywny, wulgarny, nie szanuje cie, pozbawiony empatii... Po prostu spojrz na niego nie poprzez pryzmat swoich o nim wyobrazen i nadziei - ale na trzezwo. Postaraj sie stanac z boku i to zrobic. Zobaczyc go takim, jaki jest na podstawie jego zachowania czyli niezbitych dowodow (a nie swoich marzen: bo ja chce zeby on byl taki czy inny, bo obiecywal itp - obiecam ci teraz 100 000 dolarow - uwierzysz? No to masz taki sam mechanizm z obietnicami tego typu panow. Oni obiecuja i na tym sie konczy. Slowa, slowa, slowa). I dopiero wtedy podjac decyzje - ja chce byc z nim pomimo to, jaki jest czyli jestem w stanie zniesc, zaakceptowac jego zachowanie jakie by nie bylo. OK, Twoj wybor. Albo: nie, nie moge byc z takim czlowiekiem. Zanim zrozumialam to, o czym pisze (co dotyczy mojego eks zwiazku) - musialam spojrzec prawdzie w oczy. Najpierw dopatrywalam sie w mezu powaznych zaburzen psychicznych (co by ulatwialo sytuacje bo jest taki gdyz jest chory itp itd - tzn nie ulatwialoby ale mnie byloby moze psychicznie lzej zaakceptowac problemy w moim zwiazku). To go w pewnym sensie tlumaczylo. Mial objawy podobne do borderline wiec zaczelam grzebac w roznych materialach na ten temat, potem za ciezkie pieniadze kupilam ksiazke na amazonie "Stop Walking on Eggshells" - to byla ksiazka plus zeszyt cwiczen. I jak wzielam te dwie rzeczy do reki to mnie oswiecilo. No zesz ku*wa jasna mater co ltd - to JA mam jakies ksiazki czytac, zeszyty wypelniac, stosowac sie do zasad zeby jasnie pana nie urazic bo zrobi chaje, ja mam wydawac prawie stowe na te ksiazki zamiast kupic sobie chociazby jakies perfumy czy cos dla siebie albo dla chlopakow, albo corce wyslac na studia - no zesz ku*wa ale zem sie wtedy spienila! To on ma problem nie ja. Agresor ma problem - a jego partner ma tez problem, bo jest z agresorem. A potem zaczelam dochodzic dlaczego zwiazalam sie z kims takim (zreszta mialam same toksyczne zwiazki w zyciu, z wyjatkiem jednego) - i po nitce do klebka a raczej im dalej w las tym wiecej drzew -- 01 gru 2013, 11:25 -- Nie z kazdym mozna terapia wstrzasowa... Czasem moze zrobic wiecej szkod niz pozytku. -
Mnie sie dzis w nocy szczur snil, siedzial sobie w mojej pracowni i nic sie nie bal a potem pies sie z nim bawil - ale to dlatego pewnie, ze walcze z myszami od tygodnia. Na razie spokoj bo zalozylam odstraszacze elektryczne. Tzn mam nadzieje ze dzieki temu beda sie trzymac z daleka. Ale mysle w najblizszej przyszlosci o kocie. Lubie koty i dobrze by bylo miec takiego siersciaka w domu ale musze miec czas zeby go tego i owego nauczyc. Pies moze go zdziebko pogonic na poczatku - dla zasady, bo krzywdy nie zrobi, bardziej chce sie bawic.
-
aktualnie "Band of Horses" - The Funeral
-
Nie widzialam ale jakos dziwnie kojarzy mi sie z "Amistad" Luzno, bo jak juz wczesniej stwierdzilam - nie ogladalam Z opisow znaczy sie A dzisiaj rozwalilo mnie psychicznie "The Memory Keepers Daughter" ogladane ponownie
-
malpka bubu - poczekaj, moze sie jakos ulozy, to dopiero pierwszy dzien i masz prawo byc skolowana. Jesli nie bedzie zmiany na lepsze to znaczy, ze ta praca nie dla Ciebie (nic w tym zlego, nie kazdy moze kazda prace wykonywac) i trzeba szukac dalej. Inna rzecz, ze jak jest z praca sami wiemy i bierze sie, co popadnie... Bledne kolo sie zamyka. A jesli sie bedziesz zmuszac to wyjdzie tylko na gorsze bo odbije sie na Tobie i Twoim zdrowiu. Do pracy z ludzmi trzeba miec predyspozycje, niestety - i odpornosc na ich rozmaite humory (ktore nie zaleza od nas ani na nie nie mamy wplywu). U mnie zas po japonsku: jako-tako. Powinno byc hiper optymistycznie i wogole bo w poniedzialek jade na 10 dni na wakacje (w dupie mam swieta, zrobie cos, znajomi przyjda ale oni zawsze przychodza na sepa wiec niech sie ciesza tym co bedzie, wysilac sie nie zamierzam). Juz jestem spakowana, wszystko gotowe tylko podroz zejdzie mi od 6.30 do 15.30 (pociag, autobus, samolot). Potem na miejscu jakies zakupy i po dniu bo dzien teraz krotszy. Jade z synem, na wieczory przygotowalam sobie kilka ciekawych seriali do obejrzenia bo raczej nie wyjde a nawet by mi sie nie chcialo. Mnie to juz nie bawi. Wole sobie w spokoju posiedziec. Zreszta - cale dnie bedziemy w trasie to wieczorem tylko odpoczynek albo polazic po plazy przed snem - plaza jest jakies 1,5 km a to dla nas tyle co dla byka ziemniak
-
a dzisiaj na taka nutke mozna posluchac i pospiewac -- 29 lis 2013, 18:10 -- a tu tak na romantycznie
-
Psychiczne znęcanie się?
aardvark3 odpowiedział(a) na Filigranowa temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Sorry, ale nie podoba mi sie ta wypowiedz. Taki toksyczny chwyt ponizej pasa. Czesto miedzy innymi dlatego osoby doswiadczajace przemocy w rodzinie nie szukaja pomocy i wpadaja w bledne kolo bezradnosci: boja sie, ze ktos powie: widzialy galy co braly; sama sobie jestes winna - i ze bedzie oceniana, osadzana i w rezultacie wyjdzie na to, ze ona sama jest odpowiedzialna za te przemoc... Uwolnilam sie z przemocowego zwiazku, udalo mi sie. I droga wcale nie jest taka latwa. Dlatego rozumiem autorke topiku, jej chaotycznosc wypowiedzi i pomieszane, czesto sprzeczne emocje. Tak sie wtedy czuje. Raz jestes zdecydowana na radykalne dzialanie a wkrotce potem paralizuje cie strach. Ale zanim cos z tym zrobilam, zadzialalam zeby sobie pomoc - musialam do tego dojrzec. Mniejsza o szczegoly. Tez rozwazalam rozmowe z kims z zewnatrz i nie umialam zdobyc sie na odwage. Tzn raz - ale mialam niefart i trafilam na niekompetentna terapeutke ktora stywierdzila: moze wy sie do siebie nie nadajecie? Moze miala gorszy dzien ale mnie to utwierdzilo w bezradnosci i bezsilnosci. I kiedys trafilam na broszurke wydawana przez organizacje pomagajaca ofiarom przemocy. I tam bylo, punkt po punkcie, wyszczegolnione dlaczego osoby doswiadczajace przemocy nie zglaszaja tego faktu. Byl tam lek przez eskalacja przemocy przez partnera, przed osadem i ocena, przed krytyka, przed udowodnieniem ze to wina ofiary, przed stwierdzeniem: dlaczego teraz z tym przychodzisz nie moglas wczesniej itp a co z dziecmi... Lek przed skutkami ekonomicznymi (to mnie akurat nie dotyczylo bo bylam finansowo niezalezna, ale mieszkalam u meza, w jego miejscowosci i to on byl tutaj urodzony a ja "przyjezdna") itp. Lek przed tym, ze mi nie uwierza, ze pomysla ze przesadzam, ze chce go wrobic itp I w tej broszurce bylo zapewnienie, ze tutaj znajdziesz wsparcie, porade i pomoc i ze nikt cie nie bedzie ocenial ani osadzal. Uwierzylam i to byl pierwszy krok. Niestety, minelo kilka lat zanim zdecydowalam sie na separacje.