vintage, mam bardzo, bardzo podobnie. Zarówno z rodziną jak i z moją Wielką Miłością.
Rodzina to dla mnie (emocjonalnie) obcy ludzie. Osoby, z którymi można spędzić trochę czasu, ale broń Boże nie rozmawiać o niczym ważnym, głębokim, a już na pewno nie mówić o uczuciach. I to nie jest tak, że nie potrafię. Od paru lat próbuję rozmawiać na takie tematy z siostrą. Ale za każdym, naprawdę każdym razem, czuję, że zrobiłam źle, że przekroczyłam jakąś granicę i to był tylko i wyłącznie błąd.
W sprawach damsko-męskich zaś czasem już myślę, że nie mam uczuć. I trzymam się tej teorii dopóki nie natrafię na jakiś jego ślad w internecie... Oj tak, wtedy czuję, czuję całą sobą, aż do bólu. Prawdopodobnie jest jedyną osobą, którą potrafię kochać. Kilka smsów wymienionych z nim to dla mnie tak ogromny zastrzyk szczęścia, że mogłabym skakać z radości. Siedzę wtedy z telefonem w ręce, gapiąc się w ekran z uśmiechem na ustach w kształcie banana. Nigdy nie będziemy razem, nigdy nie będziemy nawet przyjaciółmi, czy znajomymi. Wszelkie odwyki też nie działają. Po roku całkowitego milczenia czułam cały czas to samo...