Wiem, że temat stary i nie ma sensu go odgrzebywać. Chcę jednak jawnie dołączyć do obozu zawistnych. No, może zawiść to za duże słowo. Nie życzę nikomu nic złego, nie sprawia mi przyjemności patrzenie na czyjeś cierpienie (no, chyba, że jak siostra się uderzy, czy zrobi sobie coś niegroźnego, ale tak wygląda nasze okazywanie miłości ;] ), a wręcz przeciwnie - jestem strasznie wyczulona na bezsensowne ranienie, brzydzę się na przykład kradzieżą, od razu widzę jak poszkodowana osoba ciężko pracowała, żeby zarobić na tę rzecz...
Ale nienawidzę też szczęśliwych ludzi. Niech skaczą uśmiechnięci po łące pełnej kwiatów trzymając się za rączki (a wokół nich latają ptaszki, motylki, biegają różowe kucyki). Tylko niech trzymają się z daleka ode mnie. Nie lubię rozpieszczonych dzieci. Nie lubię rozpieszczonych dorosłych dzieci. Dorosły kolega żalił mi się ostatnio, że pierwszy raz w życiu musi sam zmywać - to jest bardzo dobry przykład. Zazdroszczę ludziom tego, co wypracowali, zwłaszcza, gdy jest coś, co ja też mogłabym mieć, przy odpowiedniej ilości włożonego wysiłku i odrobinie szczęścia. Ja wiem, to nieładnie i nie uważam tego za powód do dumy, ale zaakceptowałam to w sobie. Za to uważam, że mam pełne prawo być zazdrosna o tych wszystkich, którzy dostali coś bez większego wysiłku - dom od rodziny, mieszkanie, inne dobra materialne, pieniądze, inteligencję, szansy życiowe... I tak jak ktoś już tu pisał - nie potrafię przyjaźnić się z takimi ludźmi...
Inna sprawa, to że faktycznie najczęściej ci, którzy swoje w życiu przeszli, są o wiele bardziej wartościowi...