Ja może nie wolałabym być w ciągłym dołku, jednak jeśli jednego dnia mam super nastrój, a następnego czuję się jak śmieć i jak przez mgłę przypominam sobie jak to było dnia poprzedniego, czuję się jak na życiowym roaller coasterze. Kiedy wróciłam z Chorwacji, powiedziałam sobie, że chcę być szczęśliwa, ale nie skakać pod sufit ze szczęścia - po prostu, że chcę się czuć bezpiecznie, wiedzieć, że zawsze mogę liczyć sama na siebie i że mogę też liczyć na małe grono najbliższych osób. Jednakże, od czasu powrotu nie mogę złapać z powrotem kierownicy w ręce, są dni, kiedy wydaje mi się, że już ją złapałam, że ten wyjazd mnie wzmocnił i że mój stosunek do świata stał się również doroślejszy i mądrzejszy. Ale później zdarzają się drobne sytuacje, które się nawarstwiają jedna na drugą i następuje erupcja uśpionego wulkanu w postaci siedzenia o 5 rano w łóżku bez zmrużenia oka i czucia jak łzy mi ciekną po obu policzkach. Szczerze? Mam tego dość. Chciałabym normalnie żyć, normalnie, znaczy stabilnie... a nie w czarnej dziurze.