yans
Użytkownik-
Postów
454 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez yans
-
Być może niepotrzebnie zabieram głos, ale co tam, trzeba pobudzać ludzkie umysły do spoglądania na życie z różnych stron, wbijać szpilę, wywoływać dyskusję z nadzieją, że jeszcze nie jest za późno a proces zakładania nam klapek na oczy jest odwracalny . Dotacje są - dodam że "moim zdaniem" by uniknąć linczu - czymś z gruntu złym, psującym gospodarkę. Wytłumaczenie jest bajecznie proste, aczkolwiek próżno go szukać np. w telewizji. Wolny rynek działa jak system naczyń połączonych, który nie potrzebuje udziału urzędników i sterowania by wytworzyć sobie mechanizmy obronne. To duży, żywy system, w którego "DNA" wpisany jest postęp i rozwój. Nie jest grą o sumie zerowej, przegrywają w nim co prawda od czasu do czasu niektórzy przedsiębiorcy (część społeczeństwa) lub pracownicy (również część społeczeństwa) - ale jedna grupa konsumenci - wygrywa i zyskuje zawsze (konsumentami jest całe społeczeństwo). Dlaczego dotacje są złem? Z dwóch powodów. Po pierwsze, ów organizm rozwija się dzięki selekcji naturalnej - firmy słabe, źle zarządzane umierają jak stare drzewa, a ich miejsce zajmują młode, mające większe szanse na sukces. Ten proces musi następować, bo dzięki konkurencji zyskuje konsument, czyli każdy z nas (w tym również ten pracownik czy przedsiębiorca który poniósł porażkę, bo dobrobyt ułatwia im kolejny strat). Dotacje faworyzują biznesy, które są skazane na porażkę, które - gdyby owej dotacji nie otrzymały - nie miały by szans wystartować czy utrzymać się na rynku. Jeśli bowiem biznes jest tak dobrze przemyślany, że na rynku obszedłby się bez dotacji to - wcale jej nie potrzebuje. Jeśli nawet nie mam kasy na start, to jeśli faktycznie mam dobry pomysł, znajdę kogoś kto własne pieniądze zainwestuje we mnie. Jeśli jest to pomysł z dużym ryzykiem porażki nikt by kasy mi nie dał. Ale właśnie słusznie! Wówczas tym bardziej nie zasługuję na pieniądze podatnika, bo je najprawdopodobniej zmarnuję. I tu dochodzimy do drugiego powodu - biurokracji i wad całego systemu dzielenia pieniędzy publicznych. Choćby wspomniana podatność na oszustwa. Czy możecie sobie wyobrazić by ktoś szukając prywatnego inwestora zdołał znaleźć pieniądze tylko dzięki samym koneksjom? Nie, bo tylko głupiec da swoją kasę komuś za ładne oczy. Tymczasem urzędnik - a jakże. Wszak pieniądz i tak z nie jego skarpety. Poza tym najlepszym sprawdzianem umiejętności prowadzenia przedsiębiorstwa jest... prowadzenie własnego biznesu. Jak się udam z pomysłem do kogoś takiego, to on wie dużo lepiej czy mam szanse na sukces, od jakiegoś dupka-doradcy z urzędu, co się na biznesie zna bo czytał w podręczniku na uczelni, a decyzję podejmuje na podstawie dyrektyw z Brukseli. Kraje z dużo wyższym od nas PKB i prawdziwie wolnym rynkiem (Australia, Nowa Zelandia, Hong Kong), nie znają pojęcia dotacji a grają nam na nosie.
-
Ja swoje słowa kierowałem przede wszystkim w stronę 8000p a nie generalizowałem. Sądzić innych podług siebie to oznaka przerośniętego ego. Nienawidzić innych za swoje problemy - również. Tak samo jak brak szacunku do siebie samego. Opinię pozwoliłem sobie zbudować na podstawie tego, co 8000p pod innym nickiem wypisywał w innym temacie. Tam nie zabierałem głosu, bo uważałem że coś takiego zasługuje na ostracyzm. Tutaj chciałem tylko podzielić się uwagą, że nie uważam by w jego przypadku to uroda, elegancja, nieśmiałość czy (wątpliwe) dobre ułożenie było przeszkodą w nawiązywaniu kontaktów z płcią przeciwną.
-
no, jeśli ten porządny, nieśmiały, ładny i elegancki ma przy tym ego rozmiarów góry w Himalajach, to dziwnym nie jest że będzie sam.
-
Właśnie o tym chciałem napisać. Nieśmiałość trudno przekuć na przebojowość, dużo łatwiej na tajemniczość. Wiele kobiet pociągają zagadkowi mężczyźni, bo są ciekawsi od takich co to gęba się nie zamyka, mielą ozorem na lewo i prawo i wszystko o nich (łącznie z kompleksami i słabościami) wiadomo po pierwszej randce
-
Hej burek, wiesz, mamy dużo wspólnego. Też zdaję sobie sprawę z potencjału jaki we mnie tkwi jednocześnie nie potrafię na dłuższą metę wykrzesać z siebie energii, wystarczającej determinacji i dyscypliny by zrealizować swoje zamierzenia. Doskonale wiem JAK, mimo to ciągle stoję w miejscu. Na początek powiem Ci że jestem od Ciebie starszy kilka latek i będąc w Twoim wieku czułem się podobnie. Patrząc wstecz widzę u siebie ciągłe pasmo niepowodzeń i - paradoksalnie - determinację to tego, by coś z tym jednak zrobić. Parę razy zachodziłem już nawet gdzieś, ale potem znowu wracałem do punktu wyjścia. Ostatnio jednak znalazłem "nowe dowody w tej sprawie" i po raz kolejny próbuję znaleźć sposób na zmianę stanu rzeczy. Nie wiem na ile odkrywcze jest to, co napiszę, ale wyznam że jak na dość rozgarniętego człowieka nigdy wcześniej nie myślałem o tych sprawach w ten sposób i myślę że po raz pierwszy jestem bliski zrozumienia przyczyn czemu tak się ze mną dzieje. A znać przyczynę to pierwszy krok do znalezienia rozwiazania. Postaram się streszczać, choć mam tendencję do rozpisywania. =) Chodzi mianowicie o ideę pana i niewolnika. Jest bowiem udowodnione że niewolnictwo z ekonomicznego punku widzenia jest nieopłacalne dlatego też w kapitalizmie nie występuje. Zadowolony, uczciwie wynagradzany pracownik jest tańszy w utrzymaniu i wielokrotnie bardziej wydajny. Człowiek przymuszony do pracy naturalnie buntuje się przeciwko nakazom i ów gniew musi jakoś wyładować. W relacji dwóch równych ludzi można nakazu nie posłuchać, można drugą osobę zignorować, w relacji pan <-> niewolnik takiej opcji nie ma. Jedynym sposobem na okazanie buntu przez niewolnika jest sabotaż pracy. W miarę możliwości wykonuje on swoją pracę najgorzej jak tylko może. Jest to kwestia bezdyskusyjna, wpisana w naturę owej relacji (stąd m.in. wysoki koszt utrzymania niewolnika ponieważ musi być nadzorowany przez strażników niemal cały czas). Jak to się ma do naszego życia? Nasze relacje z rodzicami, nauczycielami w dzieciństwie, okresie kształtowania naszego charakteru, osobowości zbyt często przyjmują relację pan <-> niewolnik. Gdy nakazują nam się uczyć, wyjść z klasy, lecieć po zakupy, sprzątnąć pokoik itd itp nikt z nami nie dyskutuje, nikt się nie pyta. Jest czymś powszechnym (i przez to traktowanym jako normę) że dzieciom wydajemy komendy i oczekujemy ich realizacji nie pozostawiając miejsca na negocjacje. Przeto równie powszechny jest dziecięcy bunt, stawianie oporu. Dziecko też chce czuć się wolne i gdy się je zniewala, buntuje się. Relacja pan <-> niewolnik sprawia że dzieci również buntują się poprzez sabotaż (a co mają zrobić? Postawić się?). Matka musi 10 razy wchodzić do pokoju i mówić "idź wyrzuć śmieci". Śmieci są w końcu wyrzucone, ale ile jest przy tym nerwów, chodzenia do pokoju dziecka, zaglądania itp? Mam 3 letniego siostrzeńca. Jego zapał, determinacja do banalnych spraw potrafią wzbudzić we mnie podziw. Kiedy tak się dzieje? Kiedy miast kazać mu coś zrobić, proszę go o pomoc. Kiedy daję mu do zrozumienia, że jesteśmy partnerami i robimy coś razem. Gdy daję mu wybór. " - Żeby iść szybko na spacer musimy sprzątnąć zabawki i pokroić chlebek dla kaczuszek. Pomożesz mi? Hmm, kto posprząta a kto zajmie się chlebem? - Wujek Ty idź przygotuj chlebek a ja posprzątam". Sprawa załatwiona. Chyba nie muszę Wam pisać, ile trwa sprzątanie zabawek, gdy ktoś mu każe po prostu posprzątać. Jak to się ma tego, że w dorosłym życiu nie potrafimy zrealizować swoich celów? Bo podświadomie je sabotujemy. Wychowani w relacji pan <-> niewolnik często nie znamy innej alternatywy i w naszej głowie też siedzi taki pan i niewolnik. Miast robić coś, bo chcemy, robimy bo dajemy sobie taką dyrektywę, rozkaz. Bez dyskusji, bez negocjacji. W efekcie wykonujemy pracę coraz niechlujniej, coraz gorzej, unikamy jej, odkładamy na później. Wszystko to oczywiście dzieje się poza świadomością, zwykle nie zdajemy sobie z tego sprawy. Życie jawi się jako seria czynności które muszę wykonać. Jak je zrobię, będę miał czas na to, co chcę zrobić. Uzmysłowienie, doświadczenie, zaakceptowanie prawdy, że nic nie MUSZĘ robić - wydaje się niemożliwe i wymaga ogromnego wysiłku. Spójrz burek na sprawę poprawy kondycji - ja ilekroć zabieram się za sztangę i hantle, najpierw jest euforia a potem osiadam na laurach. Najpierw jest przyjemność, potem przykry obowiązek. Wpierw OCHOTA, potem NAKAZ. Kiedy budzę się rano z myślą że muszę dziś trochę poćwiczyć to znak, że nie minie tydzień i przestanę pracować nad sobą. Nie masz podobnych doświadczeń? Tyle teorii. Praktyka? Póki co stoję na skraju lasu i widzę ślady zwierzyny. Zaobserwowałem, że nie potrafię wyzbyć się tego pana i niewolnika z mojej głowy. Przynajmniej na dłużej. Zauważyłem też, że mam problem z odpowiedzią na takie pytanie - co CHCĘ w danej chwili robić. Ze strachem odpowiadam zbyt często - że nic. Ale widzę pewną poprawę. Staram się nie popadać w przesadny optymizm, ale coraz częściej budzę się z przeczuciem, że są pewne rzeczy, które zrobiłbym z przyjemnością... Jeszcze na koniec dodam że ową koncepcję poznałem za sprawą pewnego filozofa, łebskiego faceta zza oceanu. Nie zgadzam się z nim w pewnych kwestiach, ale tu trafił w samo sedno moim zdaniem. nazywa się Stefan Molyneux, prowadzi własne internetowe radio, pisze książki, takie tam. Oczywiście nie ogłasza się on autorem owej teorii, ja sam zaś dysponuję nikłą wiedzą z zakresy psychologii więc być może są to dla wielu frazesy i banały. Zainteresowanych odsyłam do filmiku na tubie w którym - w szerszym zakresie niż ja - opowiada o tym zagadnieniu Oczywiście znajomość angielskiego obowiązkowa. Gdyby kogoś kto nie znał angielskiego a interesowała go treść całego "wykładu" hmm... można się zawsze skontaktować z facetem i jeśli zgodzi się na tłumaczenie i publikację na forum - mógłbym podjąć się przetłumaczenia. Ale tak jak wspominałem - nie wiem na ile może się to okazać odkrywcze dla innych. Mój św. Graal może się dla innych okazać plastykowym kubkiem do mycia zębów
-
potrafię ruszać uszami =)
-
Hmm... Jestem typem kinomana co lubi wracać do pewnych filmów co jakiś czas. Od lat już nie śledzę co tam nowego w kinach w Japonii można obejrzeć, ale lubię wracać do klasyki anime: - Jin Roh - bo wygląda jak (rewelacyjna) ekranizacja tego typu prozy s-f, która nigdy nie trafia na ekrany w Hollywood; - Steam Boy - za rozmach i steampunkową estetykę której tak mało w kinie; - Wings of Honneamisae - za ciekawą historię, za banalne przesłanie, za fascynację pionierstwem astronautyki, za klimat; - większość - jak nie wszystkie - filmów Miyazakiego - za oryginalne, wciągające historie, za baśniowe, fantazyjne światy, tak odmienne od tego do czego przywykliśmy, wreszcie za kunszt animatorów (większość twórców anime idzie na łatwiznę, ale nie w Studio Ghilbi). znawcom anime żadnego z tych filmów nie trzeba polecać, ale - jak kto do tej pory nie widział a jest ciekaw - niech sięgnie po coś dobrego, prawda?
-
ja - z miejsca, w jakim się teraz znajduję w swoim życiu - obieram drogę małych kroków, sny o potędze zostawiam do realizacji na później. Zatem zacznę tak: 1. Przestanę obgryzać paznokcie. 2. Stworzę swoją stronę internetową - oczywiście taką kopiącą w cztery litery. 3. Otworzę działalność (ew. znajdę pracę za granicą ale... to mało prawdopodobne i wolałbym mieć własny biznes) 4. Wrócę do regularnego biegania, przerobię wraz z kumplem-sąsiadem część piwnicy na mini siłkę a w konsekwencji - zrzucę trochę tłuszczyku i nabiorę sylwetki bom srodze niezadowolony z tego, jak wyglądam. 5. Zacznę wcześniej chodzić spać i wstawać o świcie (w tej chwili kładę się 2-3 i śpię do 9-10).
-
Z tym brakiem komunikacji i zrozumienia nie może być aż tak źle onegdaj, myślę że w swych obserwacjach i przemyśleniach ani nie jesteś szczególnie oryginalny (bez urazy) ani odosobniony. Wiele z tego co napisałeś przemawia do mnie, bo przypomina mi własne spojrzenie na życie sprzed lat (a i teraz w jakimś stopniu). Ba, niektóre fakty z Twojego życia (fascynacja pisarstwem, rzucenie studiów i parę innych) wypisz wymaluj wzięte z mojego. Oczywiście różnic znalazłoby się dużo więcej - ale ja nie o tym. Czytając Twoje słowa zauważam że piszesz o szczęściu, które chciałbyś zdobyć, jednocześnie nie wiedząc czym to szczęście miałoby być. Może, jeśli zechcesz pójść w dyskusji w tę stronę, napisz czym właściwie byłoby osiągnięcie tego szczęścia dla Ciebie? Bo mnie zastanawia dlaczego należy je w ogóle gonić i czemu jego brak ma być powodem do życia w smutku, pozbawionego sensu? Wiesz, na sporo spraw spoglądam podobnie jak Ty, ale gdy Ty chcesz w związku z tym wyjść wcześniej z seansu, ja szukam sposobu (znalazłem?) by wytrwać do końca. Tej potrzeby odczuwania szczęścia próbuję się wyzbyć (z niezłym skutkiem). Dziś zapytany o czym marzę powiem że szukam raczej spokoju ducha. Akceptacji siebie i rzeczywistości takiej, jaką jest. Wiesz, gdy spoglądam w przeszłość w poszukiwaniu uczucia "szczęścia" znajduję takie rzeczy jak spanie w hamaku, nudę na boisku przed domem z kolegami, poranne rozmowy sąsiadek słyszane przez otwarte okno podczas niedzielnego wylegiwania się w łóżku. Takie banalne chwile, ale wiesz, beztroskie, odprężające, często dzielone z kimś innym, bez słów, jakby się czas zatrzymał. Odkąd zdałem sobie z tego sprawę, widzę że i dziś w moim życiu są takie chwile, więc gdy się zdarzają napawam się nimi jak narkoman. Dlatego tak dziwi mnie, że los żulika podajesz jako przykład najgorszej możliwej formy egzystencji. Całkiem serio napiszę że jeśli by dane mi było czuć ten spokój i akceptację wewnętrzną siedząc codziennie lekko odurzonym alkoholem na ławce w parku i głupio uśmiechać się pod nosem na widok starego kundla uparcie aportującego patyki to wolałbym to, niż dom, kasę, żonę, dzieci przysłonięte za to stresem, lękiem, złością, tłumionym gniewem, liczeniem pieniędzy oraz ciągłym podglądaniem i porównywaniem się z innymi. Żyjemy w takich czasach że osobista przyjemność i "szczęście" mają być naszym głównym celem. Zapominamy, że człowiek może dążyć do zupełnie innych celów - siła, odwaga, wiedza, by wymienić kilka. Piszę o tym bo zastanawiam, czy i dla Ciebie taka hmm... zmiana priorytetów nie byłaby dobrym rozwiązaniem. Wiesz, zamiast szukać szczęścia, sensu życia i innych abstrakcyjnych pojęć których (moim zdaniem) odnaleźć się nie da stawić czoła rzeczywistości - że nasze życie jest przede wszystkim cierpieniem i że się wkrótce skończy. I że póki się na to nie godzę, szarpię z tym i tupię nóżką to czuję się jeszcze gorzej. Wiesz, ciągle nie rozumiem jak to jest że jednym ludziom owa świadomość daje chęć życia, a innym odbiera...
-
A co z deficytem serotoniny w mózgu który powiązany jest z objawami depresji i/lub stanów lękowych? Wydaje mi się, że póki co zbyt mało wiemy o przyczynach powstawania takich zaburzeń by mówić tylko o nastawieniu do świata jako jedynej ich przyczynie.
-
Terapia, jak sama nazwa wskazuje, ma leczyć, pomagać. Ty czujesz się gorzej - póki co. Czy oznacza to że masz złą terapeutkę? Niekoniecznie, chociaż z tego co piszesz, wnioskuję że może tak być. To że czujesz się źle podczas terapii jest dość typowe - wszak po niektórych lekarstwach też czujemy się czasem fatalnie. Potem jednak przychodzi poprawa. Błędem jest traktowanie psychoterapii jako źródła pociechy i ukojenia. Co mnie niepokoi to fakt, że nie sama doszłaś do wniosków na temat swojej postawy tylko terapeutka Ci je w pewien sposób "narzuca". Będąc terapeutą byłbym bardziej powściągliwy po dwóch miesiącach spotkań. Celem terapii (w moim odczuciu) jest pomoc w uświadomieniu sobie samemu prawdziwego podłoża problemów a potem wsparcie w ich rozwiązywaniu. Tylko znajdując samemu prawdziwe przyczyny kłopotu, potrafimy je (z czasem) zaakceptować i/lub usunąć. Skoro Twoja terapeutka po 2óch miesiącach feruje wyrokami i stwierdza że "w tej sprawie nic nie poradzimy" to... nie rozumiem jaki jest właściwie cel Twojej terapii. Jeśli bowiem jest istotnie prawdą, że nie odczuwasz takich potrzeb/chęci (mam na myśli potrzebę bliskości drugiego człowieka) czyż nie to powinno być właśnie celem Waszych wspólnych poszukiwań? Znalezienie źródła i korekta tych zachowań? Na koniec dodam, że moim zdaniem bardzo ważne w terapii jest by ufać terapeucie. Bezgranicznie. W to, że nam pomoże. Z tymi wszystkimi bolesnymi często "odkryciami" podczas terapii dużo łatwiej sobie poradzić gdy się ufa, że terapeuta doskonale wie co robi i nam pomoże. Czy Ty tak się czujesz? Moja rada - przemyśl dokładnie czego oczekujesz od terapii i jaki ma być jej cel. Porozmawiaj o tym z terapeutką (czyż nie to robiłyście na samym początku spotkań?). Być może nie szukasz wcale terapii, a być może znalazłaś złego terapeutę. Pytasz o doświadczenia innych - ja zanim znalazłem odpowiednią pomoc odwiedziłem paru nieudolnych, kiepskich psychoterapeutów. Po paru spotkaniach - jeśli byłem niezadowolony - dziękowałem za współpracę. Szkoda kasy i czasu. Dzięki temu szybciej znalazłem kogoś, kto mi pomógł.
-
Myślę że można mnożyć przykłady zarówno na potwierdzenie tej koncepcji jak i przeciwko niej. Dlatego chyba nie warto tych słów traktować jak pewnej świętej reguły. Jest jednocześnie prawdą i jedno i drugie. Tak sobie myślę, że człowiek nie jest oderwany od okoliczności w których się znajduje, tylko tkwi w nich - więc oddziaływanie jest wzajemne. Sytuacja obnaża naszą naturę, ale i wpływa na nią, podobnie jak człowiek, postępowaniem (które wynika z jego natury) wpływa na wydarzenia i zmienia to, jak je postrzegamy. Przychodzi mi na myśl jeszcze, że dużo zależy od tego, na ile świadomie postępuje człowiek. Tam, gdzie postępujemy instynktownie, pod wpływem impulsu, bez namysłu, częściej odkrywamy nasze prawdziwe oblicze, gdy zaś mamy jakiś konkretny cel, czas na zastanowienie, gdy staramy się być świadomi swoich czynów, kalkulujemy - potrafimy ukryć (nawet sami przed sobą) naszą osobowość.
-
Witam wszystkich bardzo serdecznie. Skoro każdy tu w ramach powitania zakłada temacik to i ja tak zrobię. Do rejestracji skłoniła mnie przede wszystkim próba znalezienia odpowiedzi na kilka pytań które mnie od dłuższego czasu gnębią. Bez zbędnego rozpisywania wyznam że borykam się z paroma problemami których to forum dotyczy więc postanowiłem ich rozwiązania poszukać m.in. tutaj. Forum odkryłem jakieś dwa lata temu, kiedy zmagałem się z silną nerwicą lękową. Wówczas, jako bierny czytelnik miałem okazję przekonać się, że nie tylko ja miewam takie problemy. Pamiętam też jak desperacko szukałem wówczas ucieczki od lęku, wyjaśnienia tego, co się właściwie dzieje. Zarejestrowałem się, bo kto wie, może dzieląc się niektórymi doświadczeniami zdołam nawet komuś pomóc, tak ja wówczas pomagały mi posty tych, którzy najgorsze mieli już za sobą. Do tej pory właściwie nie interesowałem się psychologią, ale czuję że nie rozwiążę swoich problemów póki nie dowiem się dokładnie, co leży u ich podstaw. Żeby jednak nie błądzić po omacku, lepiej popytać tych, co wiedzą więcej, prawda? Tak więc mam nadzieję że się zahaczę tu u Was na dłużej. Pozdrawiam serdecznie.