Mam w sumie podobnie, ale nie że nie lubi, tylko nie chce mieć ze mną nic do czynienia, że wiecznie odstaję, nie mogę z nikim złapać wspólnego języka. Nie przeszkadza mi to przynajmniej.
Mój pies nie szczekał. Nauczyłam go komendy daj głos, to na smaczka potrafił szczeknąć, a tak był zawsze spokojny i przyjaźnie nastawiony.
Ciężko mi się jeszcze patrzy na psy, nic już nie widzę przez łzy zebrane w oczach. Tęsknię za moim czworonogiem, bardzo. I znów płaczę...
W końcu nie poszłam. Nie poinformowałam jej o tym, że nie przyjdę. Może sama zapomniała, trochę daje wrażenie roztrzepanej, mogła mi nie wyjawiać pewnych sytuacji, to inaczej bym na nią patrzyła i inaczej potraktowała. Czy godzina z nią zmieniłaby coś w moim życiu? Absolutnie nie. Czy rok takich godzin zmieniłby coś? Szczerze wątpię. Czy z nią czy kolejnym i kolejnym i kolejnym "specjalistą"... Dla mnie strata czasu.
Lepiej niż wczoraj, zdecydowanie lepiej niż przedwczoraj. Dalej jednak ciągnie mnie do autodestrukcji. Brakuje mi sportu, ale wciąż mam zepsute kolano.
Do tego wrócił mi apetyt... Nie wiem, czy to bardziej zasługa paro czy pregi, którą też całkiem rzuciłam, a wczoraj rano wzięłam jednak 75 mg, co pomogło mi załatwić kilka większych spraw. Dzisiaj bez pregi, nawet odczuwam spokój. Może tak jeszcze polawiruję, w razie potrzeb, dopóki całkiem już nie będę potrzebowała tych wspomagaczy.
Przyznam szczerze, że czytając o tych wszystkich skutkach ubocznych, latach stosowania i trudnego przyzwyczajania się do życia po odstawieniu leków, zdecydowałam, że nie chcę być zależna od kolejnego środka. Może jednak zbyt drastycznie podeszłam do tematu, rzucając całkowicie leki, dlatego czułam się gorzej niż zwykle. Wczoraj i dzisiaj wzięłam rano 10 mg paro, co zniwelowało zawroty głowy i wkurw. Docelowo jednak będę odstawiała.
Praca. Ale już nie taka udawana. Potrzebuję do tego czystego mieszkania. Przerąbana jest niemożność skupienia się w bałaganie. Rezonuję z otoczeniem. Staję się nim.