hooain
Użytkownik-
Postów
2 026 -
Dołączył
Treść opublikowana przez hooain
-
dość szybkie wyjście z interakcji chemii i reszty szajsu.
-
sensownie Cię nie pocieszę, bo jestem w tym kiepska, a mood na dziś nie wzrośnie powyżej żałosnego nadawania apatycznych fal. dam stwierdzenie, że mam jednakowe odczucia kreowane jednak nie przeze mnie w czystej postaci, lecz przez szereg skomplikowanych myślowych zapętleń. niestety aktualnie "jakieś" istnienie jednostki wrażliwej polega na kreowaniu pewnej postaci. to, że jesteśmy ignorowani i szufladkowani jest właściwością społeczeństwa, nie nas w liczbie pojedynczej. przez pomoc innym podnosi się nasza wartość, więc będąc altruistą działasz również na swoją korzyść, niejako siebie uszlachetniasz. wybacz za filozoficzne pierdy, jestem na kacu.
-
odniosłam sprawe do osobistej sytuacji. pozdro
-
podaję hasło: okoń. ad. 1 Zależy jakie zabarwienie, celowość i okoliczności posiada działanie. ad. 2 Ta, moim zdaniem, sporą rozpiętość czasową potrzeba jednak do konkretniejszego zaobserwowania jakichkolwiek uderzeń że tak powiem nastrojowości wewnętrznej. ad. 3 Kolejne "zależy". Ostateczne stwierdzenie bierzmy z uwzględnieniem przyczyn. Osobiście: podczas depresyjnych momentów zjechała mi samoocena, ale czy to było obrzydzenie, nie sądzę. ad. 4 Subiektywnie: na pewno spłyca pozytywne, nasila negatywne w sytuacjach okazywania ich komuś. Kurewsko logiczne. ad. 5 Pozbawia motywacji tak.
-
baunsuje do tzw. komerchy, w przerwach głaszczę psa.
-
zbieg niekorzystnych okoliczności. uderzenie, jak w ryj, emocji. skok tłamszonego napięcia. potrzebowałam spokoju, jak zawsze, wybrałam najbardziej skuteczny, lecz najmniej poprawny sposób. -- 02 cze 2013, 15:00 -- stan na dziś: paranormal z chęcią skombinowania ostrych krawędzi. hesusie, zwiążcie mi rączki.
-
zrobiłam to. ponownie.
-
olanzapine łykałam na nadmierną podejrzliwość. pomogła również przy stanach lękowych, produkcji niszczących nieprawidłowych myśli, skutecznie odcinając kminy, jednak zbyt gwałtownie. po zażyciu było mocne wypalenie intelektu, na próbne matury poszłam zupełnie przyćpana, powolne myślenie, dobijająca senność, uczucie odrealnienia. Skoczyła waga + 6kg. coś za coś, plus za efekty przy ściszaniu kombinowania umysłu, minus za dość uciążliwe u mnie przygaszenie.
-
Problem: nie jestem akceptowana podczas jazdy z wybieraniem odpowiednich cech i składaniem osobowości adekwatnej do zachcianki. Działam zupełnie paradoksalnie, to głęboka autoagresja, która każe mi w tym tkwić. Odnośnie suchego tekstu, suchy tekst jest bardziej konkretny.
-
słucham jęków king krule na featcie. karmę ptaki, grzeję dłonie, powstrzymuje bełta.
-
myśle czy ruszyć dupe po kwetiapine i wejść w niereal z podkładem słodkiej chemii.
-
Nie potrafię podporządkować postu, zakładam osobny. Coś mi się pieprzy z osobowością. W normalnych codziennych stosunkach interpersonalnych zaczynam włączać kontrolę samej siebie. Brak mi jakiejkolwiek autentyczności, czuje się spięta, bo manipuluję słowem i swoją sylwetką. W każdej sytuacji chcę sprawiać "jakieś" wrażenie. Wybieram wśród cech dane elementy, których używam wbrew sobie. Siedze w megazordzie i pociągam za dźwignie aktywując specyficzne osobowości i reakcje obserwując skutki. Jestem zupełnie zautomatyzowana. Brzydzę się sztampowością, boję się przeciętności - ten strach ma wpływ destrukcyjny. Jestem zmęczona tą farsą. Tępią mnie nieustanne sprzeczności, których przyczyną jest dążenie do niezdrowej szopki z moją psychą w roli głównej. Chce normy, chcę prostoty, nie potrafię wpleść jej w moje życie. W trakcie samokontroli mam problemy z wymową, co utrudnia mi przekaz moich aktorskich jazd. Mam tendencję do podświadomego obrzydzania siebie ludziom. Sytuacja: poznaje, najeżdżam nawet nie odczuwając spięcia i niestosowności, tłumaczę się z przytyku, nie pamiętam tłumaczeń, zostaję uświadomiona przez inną osobę, persona poznana stwierdza, ze jestem niemiła, czuję satysfakcję i wyższość połączoną z wyrzutami miękkiego dobrotliwego sumienia. Maskuję wrażliwość ku*wistością. Wrażliwość kojarzy mi się ze słabością, wrażliwość, oprócz artystycznych, metafizycznych doznań nie przyniosła mi personalnie korzyści. Staję się bardzo egoistyczna, potrzebuję uwagi jak szczeniak, potrzebuję przewodnika, który chwyci rozwydrzonego bachora za tłuściutką młodzieńczo rączkę i poprowadzi w zwykły real. Sentymentem darzę przedmioty, darzę je uczuciem, zatrzymuję zdjęcia pięknych ludzi, łechtam oczy ich ryłem. Zatrzymuję teksty pasjonujące, zatrzymuję wyrwane strony z bibliotek. Czytam o tym, co mnie niepokoi, wystawiając wrażliwość jak Boga na próbę. Tracę kontrolę. Pierdy z emocjonalnego bólu dziecka xxi wieku.
-
Odpowiedzialność w przypadku linczu wrażliwców. Miałabym ochotę. Ktoś chętny na karmienie kałamarnic moim ciałem podczas rejsu?
-
Omijając perwers, rozrzucałabym skarpety po mieszkaniu bez spięcia. Weźmiesz za mnie odpowiedzialność za ten post?
-
Duży plus dla Ciebie za pozytywne nastawienie.
-
W problemach, o których mówisz istotna jest rozmowa. Znajdź kogoś kompetentnego lub wobec kogo miałabyś zaufanie i podziel się obawami. Wiele problemów bierze się z przejściowego okresu dojrzewania i prawdopodobne jest to, że po jakimś czasie miną. Każdy jest wartościowy, to, że nie potrafisz poradzić sobie z pewnymi sprawami, nie czyni Cię zerem jak piszesz. Jak sama stwierdziłaś, towarzyszy Ci otępienie i brak koncentracji, być może to on powoduje nieumiejętność rozwiązywania prostych zadań. Na zdenerwowanie polecam pixy ziołowe, ładnie wyciszają.
-
Lecytyna. Informacje wbija w pamięć. Na naukę dobra.
-
Wbijam tutaj, żeby przekazać info, że to norma swoista nawet dla zdrowego człowieka. Temat zignorowałam. Całość działa na takiej zasadzie: boli cię głowa, szukaj w necie, masz raka mózgu. Tak samo było ze mną i z nadgorliwością zapędów hipochondrycznych, dlatego pytałam. Coś szepce przed snem, schizofrenii nie mam, doświadczam odreagowania umysłu, produkcji bodźców przy ich braku. Słyszałam je przy zasypianiu, gdzie notabene działanie systemu nie jest już tak zwarte i konkretne jak powiedzmy w godzinach najbardziej intensywnej pracy mózgu, więc omamy wzrokowe, słuchowe nie muszą być zaraz objawem czegoś poważnego, szczególnie gdy pojawiają się podczas powolnego wyłączania świadomości. Porównanie troche naiwne. W przypadku wątpliwości i gdy omamy pojawiają się często i o różnych porach dnia, warto jest porozmawiać z lekarzem, takie jest moje zdanie.
-
Brak konkretów właśnie powoduje spadek i zainteresowania samą terapią, i zaufania do specjalistów. Odnośnie tego czy psycholog faktycznie mnie słucha, był to pojedynczy przypadek, błąd z mojej strony, bo w przypływie frustracji uogólniłam. Jako stabilizator brałam absenor. Do momentu gdy próbowałam zejść łykając większą ilość. Efekty niezauważalne.
-
Ostatnie zdania idealnie odzwierciedlają to, czego nie jestem w stanie przekazać w poście. Jestem ostanio bezradna, doświadczam demencji w wieku dziewiętnastu lat, czuje intelektualne zacofanie, emocjonalny regres, nie wiem jakich jeszcze słownikowych pro terminów użyć, żeby utwierdzić się w przekonaniu, że jednak trzymam nieustannie średni, standardowy poziom. Wiem, że to nie jęczarnia, ale płyną myśli po wieczornej kwetiapinie. Mam takie zdanie po wielu rozmowach z różnymi psychologami. Nie wiem czy trafiam po prostu na niewłaściwy towar, czy to ja jestem ciężka w obróbce. Być może oczekuję zbyt wiele, a oczekuję konkretów, nie rozmów typu: ok, siedzisz tutaj, mów o zeszłym tygodniu i obudź mnie za kilkadzieścia minut. Tak mniej więcej wyglądały moje terapie z nfz. Spróbowałam prywatnie: kobieta kazała mi się kłaść na kanapie i wprowadzała poraniony umysł w medytacje, coś mówiła później o wychodzeniu, nie wiedziałam kiedy dźwignąć morde, żeby pokazać, że "wyszłam" od początku, po wszystkim stwierdziła, że jest pod wrażeniem tego jak głęboko "weszłam" w medytacje.
-
Seronil działa prawie cztery miesiące. Psychiatrze wspominałam o wahaniach, przy okazji dzieliłam się autentykiem, że po pierwszych kilku tygodniach z dominacją pozytywnego nastroju, zaczęłam czuć "tesknotę" za chandrą, jakieś patologiczne maso, sentyment do przygnębienia, okaleczeń, które w amoku dawały jednak iluzoryczne, chwilowe wytchnienie. Zdaję sobie sprawę z tego, że to tekst wyjątkowo paradoksalny i zwyczajnie tępy, ale nie jestem w stanie rozróżnić, co tak właściwie pochodzi ode mnie, a co jest spowodowane stanem chorobowym. Dążę do radości, staram się walczyć a lecę w umartwienie. Psychiatra stwierdził, że to norma w "lżejszych uzależnieniach", że minie. Mam wrażenie, że stan się jedynie pogłębia, a zmiany nastroju stają się ostrzejsze. Terapia teoretycznie jest możliwa, ale blokuje mnie przeświadczenie, że dam sobie radę sama. Zresztą mam coraz mniejsze zaufanie do psychologów. Fluoksetyne rozumiem odstawiłaś po tym?
-
Problem: zaczęłam zażywać Seronil, jako nowość po nieskutecznych zupełnie szotach sertraliny, paroksetyny, trazodonu itp. Podczas pierwszych tygodni na dropsach nastrój utrzymywał się na wysokim poziomie, jednak jednocześnie czułam jakby konieczność utrzymywania niespontanicznego, narzuconego uśmiechu. W sytuacjach towarzyskich utrzymywał się on zakrzywiając mój obraz, obraz siebie od wewnątrz z nieustannym spięciem i uczuciem naciągania ust przez niewidzialne haki, i obraz zewnętrzny, czyli niejako fałszywość, którą prezentowałam znajomym. Nie moge powiedzieć, że seronil nie podniósł mi morale, była motywcja, była energia, był pozytywny kopniak. Teraz wróciły moje smęty: ciągłe wrażenie bezsensu, nieuzasadniona płaczliwość, myśli samobójcze. Wszystko intensywne jak przedtem. Równie intensywne są też nieuzasadnione napady niezdrowej euforii, która zjeżdza w dół po jakimś czasie od pojawienia się przechodząc w apatie. Przykład: jade samochodem, nastrój w normie względna neutralność, w momencie zaczynam się śmiać, czuje przypływ energii, specyficzną siłę w mięśniach. Śmiech słabnie po krótkim czasie, przechodze powoli w nostalgie. Zostałam przeanalizowana przez siebie w różnych ujęciach. Nie wiem czy to wypalenie, czy przyzwyczajenie organizmu do leków. Dominują myśli samobójcze, wrażliwość nie radzi sobie ze sprzecznościami, czuje że jestem sterowana przez pasożyta, który kradnie moje personalia, wróciłam do samookaleczeń. przepraszam za chaos w tekście.
-
podpisuję się również.
-
Dlatego przy następnej wizycie poproś psychiatrę o rozmowę z mamą.
-
Więc może najwyższy czas by się dowiedziała? Terapia razem z mamą nie jest złym pomysłem, jeśli w grę wchodzą kłótnie uniemożliwiające prowadzenie "normalnych" rozmów na ten temat. Może fachowe podejście do sprawy psychologa lub psychiatry uświadomi Wam, że o wiele prościej jest pokonywać problemy razem i dojdziecie w ten sposób do względnego porozumienia. Wytrzymałaś miesiąc to wytrzymasz też jutro, spróbuj skoncentrować się maksymalnie na nauce, by zająć czymś myśli. Pozdrawiam