-
Postów
160 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez Neśka
-
Rodzina chora - każdy na coś, kasy brak, tysiące długów, małe mozliwości. Ale pieniądze nie są najważniejsze - owszem, dopóki od nich nie zależy ludzkie życie! Wróćmy do bezpieniężnego handlu wymiennego;) beeee
-
Anna Maria Jopek, klasyka, folk - jedyne co na mnie działa, gdy mam melancholiczny nastrój.... Gdy jestem zła ostre, gitarowe brzmienia...za dużo, by wymieniać...
-
A ja tam uważam, że coś w tym jest, tylko w dzisiejszym pędzie życia ludzie tego nie zauważają.. Kiedyś otaczający świat był wyznacznikiem życia, dziś tą działkę przejęły media i stereotypy... Ale odnośnie księżyca przytoczę Wam coś.... Dawniej ludzie porównywali fazy księżyca do życia człowieka... tak, jak księzyca przybywa, jest "pełny", czyli dojrzały, a potem ubywa, tak człowiek dorasta, jest dojrzały, a potem się starzeje. Moment nowiu w ludowej wizji świata porównywano do śmierci. Nów trwa ok 3 dni.... tyle samo zmarły czekał na pochówek. Wierzono, że wtedy człowoek odradza się po to, by zacząć żyć nowym życiem - w zaświatach. Księżyc i człowieka różniło to, że fazy księzyca są cykliczne, a życie ziemskie człowieka jest jedno, więc nie jest nieśmiertelny. Poza tym księżyc ma wpływ na przyrodę, steruje pewnymi zjawiskami - dlaczego nie miałby miec wpływu na zachowanie cżłwoieka, skoro i my w pewnym sensie przyrodzie podlegamy...
-
wszystkie, ale stokrotki i konwalie zdecydowanie...:):)
-
Czytam o cczym piszecie i muszę napisać, co o tym sądze...nie będzie to wesołe i budujące, nie chcę tez byc nauczycielką, bo nia jest życie.... Miałam takiego samego chłopaka...złościł się, wychodził..Dla niego wszytsko było łatwe i proste, bo po prostu tego nie rozumiał. Prosiłam, błagałam, płakałam, ale było coraz gorzej. Były chwile, gdy przytulił, ale tu potrzeba ROZMOWY!!! Potrzeba tego, by ktoś wyszedł naprzeciw, pomógł! Chyba tego od niego oczekujesz, prawda? Czy myślisz, że jak mu wszytsko powiesz, to powie, że rozumie i powie Ci co , co powinnaś zrobić, by z tego wyjść? Nie wiem, czy mam rację, ale wydaje mi się, że chciałabyś, żeby tak zareagował.... Mi przez gardło przestało przechodzic słowo "nerwica", "depresja", bo czułam, że w jego oczach jestem żałosna... Dziś piszę Ci to, bo robiłam to samo, co Ty i skończyłam jeszcze gorzej...niestety. A tylko potrzebowałam wsparcia i zrozumienia, nie wiedziałam, że z tego powodu krzywdzą....A miałam tylko jego.
-
Tak jak napisała koleżanka - z dumą, choć ja przyznam, że czasami tylko ona pozostaje... a może aż?
-
Dokładnie.Zgadzam się.
-
Powiem Ci coś szczerze - narzekam na to, jak skonstruowany jest świat, ale czasem, gdy udaje mi się przytomnie pomyśleć, to dochodze do wniosku, że świat od zawsze jest taki sam, tylko ludzie się zmieniają... Mamy okropne czasy..... Ja straciłam wszystkich znajomych, dosłownie wszyskich - nie został nikt. Bardzo izolowałam się na studiach, nie zawarłam żadnej trwałej znajomości, byłam powietrzem. Zawsze sama, opuszczona, cicha...INNA! Tak jest do dzisiaj i przychodzą takie chwile, kiedy nie mam siły żyć, bo po co, jak nikomu na moim zyciu nie zależy.. Widzisz - to, jak zachowają się Twoi znajomi będzie świadczyć tylko o nich... Czasami pocieszam się, (a może tak jest naprawdę), że skoro tacy są, to ja nie chcę znac takich ludzi. PRzecież sama na pewno nikomu nie obrobiłabyś tyłka, nie odtrąciłabyś, gdyby ktoś potrzebował pomocy, prawda?? Zastanawiam się więc, czy lepiej mieć mało wartościowych znajomych - tylko po to, by jacyś byli, czy nie miec nikogo, skoro wokół nie ma odpowiednich... I wiesz, że nie wiem? Najgorsze jest, jak w ogóle można postępowac z człwoiekiem, jak śmieciem...jak można być obojętnym, dwulicowym... tego już nie zrozumiem, mimo, że wiem, iż takich ludzi jest masa.
-
No dokładnie - moi znajomi stali się znajomymi tej osoby, co chciała mnie zniszczyć i skończyło się na tym, że mozna powiedzieć, iż pozostali tylko jego znajomymi... więc widzisz, tak to jest.
-
Oj, nie chciałam byś tak to zrozumiała... nie chodzi o to... Mi chodzi o to, że niekoniecznie niepowodzenia miłosne moga doprowadzić do stanu depresji i być jedynym ciężarem w zyciu... miłość nie daje wszystkiego, na brak miłości każdy reaguje inaczej. Ja miałam problem z odrzucaniem miłości, więc też wiem, co to znaczy kogoś nie kochać, gdy on mówi, że kocha... Wiem także, jak to jest być niekochanym przez kochaną osobę... I wiem, jak to jest być niszczonym przez osobę, która mówi, że kocha, a z dnia na dzień zabija Cię od środka...
-
Witaj, Jak jest prawdziwe uczucie, to uwierz mi - reszta nie jest taka trudna. Trudno jest jednak trwac w idealnym związku na odległosć. Nie chce Cię zniechęcać, chociaz ja sama nie wyrywałabym sobie włosów z głowy (może to dlatego, że dużo przeżyam w "tym" temacie). Wiesz, nie chcę oceniac, co do siebie czujecie, bo to wiecie tylko Wy, ale wydaje mi się, że człowieka naprawde da się poznac dopiero w realnym zyciu, realnych sytuacjach... Teraz to dopiero zrozumiałam, więc nie dziwie się, że ten chłopak może Ci się wydawać "tym", bo idealnie się rozumiecie... Na Twoim miejscu starałabym się go poznawać lepiej, spotykać się jak tylko to możliwe, ale równocześnie starać się nie angażować na maxa - podchodzić do tego z lekkim dystansem, ale tez nie odrzucać.... Szukaj jak najwięcej okazji, byście mogli sie nawzajem poznawać, nie tylko przez gg... Taka moja skromna rada!
-
Odkąd zaczęłam dorastać miałam przy sobie druga połówkę - czyli od 13 roku życia. Osoby się zmieniały, ale zawsze się "kochało"... i to niekoniecznie dawało szczęście. Nawet w miłości sa problemy i one też powodują, że człowiek choc jest kochany czuje się nieszczęśliwy... Wszystko zależy od tego, czego ktoś oczekuje od życia. Jednym wystarczy miłość, inni chcą oprócz tego na przykład się relizować albo chociaż życ normalnie. Bo miłość nie załatwia wszystkiego w zyciu - nią wyżyjesz przez okres zauroczenia, ale potem rozpoczyna się życie. Depresję mozna mieć z róznych powodów, niekonicznie z powodu braku miłości aczkolwiek jest to bardzo możliwe. Pozdrawiam.
-
Powiem Ci Lublinianko tak: jestem taka sama, jak Ty. Zawsze cierpiałam, gdy musiałam kogoś skrzywdzić. Byłam na kazde skinienie, ale bezinteresownie, bo ufałam ludziom i wierzyłam ,że wszyscy sa dobrzy.. Niestaty, prawda jest taka, że ludzi wrażliwych jest dużo mniej. Wystarczy rozejrzeć się w okół siebie.... Najgorzej jest zaufac tym niewłaściwym - ja tak właśnie zrobiłam. Wykorzytsano moje słabości i nawet pewna osoba powiedziała mi prosto w twarz, że zniszczy mnie psychicznie. Dziś jestem zniczulona na pewne bodźce i wiem, że robię źlę, ale boje się i nie potrafię ani zaufać, ani ocenić, czy warto danej osobie ufać... To jest okropne - daje bezpieczeństwo, ale i samotność. Staram się każdego dnia powtarzać sobie, że nie moge sie przejmować, bo zwariuje do reszty. Napisałam sobie nad łóżkiem : "Umiesz liczyć - licz na siebie" i staram się nie oddawać pewnych spraw w ręcę ludzi, którzy choć raz wyrządzili mi niezrozumiałą krzywdę. Owszem, są ludzie wartościowi i widzę to po tym forum, ale wiesz jak to jest - naprawdę rozumie tylko ten, kto przeżył to, co my. "Normalny" (wiecie o co chodzi) nie zrozumie przeważnie, bo niby jak? Dlatego cieszę się, że na tym forum można znaleźć zrozumienie mimo tego, że jesteśmy dla siebie pozornie obcymi ludźmi.. Widzisz - nie znamyy się, a każdy tutaj ma tyle ciepła w sobie, czyli nie wszyscy sa źli... Musimy w to uwierzyć! Pozdrawiam Cię serdecznie!
-
Jest ktoś z POWIATU ŻYWIECKIEGO?
-
Ja tez witam!!! No widzisz Toshiro, gdzie przypadki zaprowadzają ludzi Czasem w miejsce dobre, czasem złe, ale prypadek trafienia na to własnie forum jest jak najbardziej pozytywny!!! Pozdrawiam!
-
W takim razie ja też wszystkich witam.... ciesze sie, ze bede mogla dzielic z Wami problemy i pomagać, jak tylko będę w stanie. Dzięki za wsparcie !!!!! :)
-
Serdecznie dziękuję Wam za porady... Wiem, że nie jedna tak mam, że każdy tutaj ma podobne lub dużo gorsze problemy, ale chyba wiecie , jak ciężko jest żyć ze śwaidomością bezsilności. Będę obserwowała to forum, bo widzę, że jest tu bardzo silna grupa wsparcia, a to już choć na chwile pomaga. Dziękuję Wam...postaram się zmobilizować, by coś z tym zrobić, bo tak nie można żyć...Najgorsze jest to, że leków się boję jakichkolwiek, a mam manię myślenia o tym, co będzie potem, a nie o tym co jest teraz... Mocno pozdrawiam Was wsyztskich :)
-
Ja może nie z Bielska, ale z okolic na południe od Bielska - z Żywca dokłądniej :)
-
A ja tak czytam ten post i mój podziw przeplata się z .... "użalaniem" się nad sobą.... tak bardzo chciałabym mieć tyle siły... tak bardzo chciałabym porządnie dać sobie w tyłek, ale boję się tego, że....nie dam rady oczywiście. Nie wiem czemu tak jest, że nawet się nie próbuje, a już się boje - nienawidzę tego, a tak trudno jest mi się przełamać. Cieszę się jednak, że cuda się zdarzają (bo dla mnie to niemal cud)... obecność takich ludzi na forum naprawdę pomaga. To niewiarydone, że ludzi z problemami podobnymi do mnie jest tak wielu... Myślałam, że tylko ja mam takie problemy... i to było straszne! Sama świadomość, że jest inaczej dodała mi otuchy... każdego dnia staram się wmawiać sobie, że może będzie jeszcze lepiej... dziękuję Jacku za posta :) Pozdrawiam.
-
U mnie sytuacja podobna jest jak u Ciebie...ja niestety zawaliłam studia i teraz znowu zawaliłam sprawę, by iść na inny kierunek, więc kolejny rok stracę...miło jednak, że komuś się udaje...pozdrawiam :)
-
Witam... potrzebuje się wygadać. Postaram się, by było krótko i treściwie, choć to wszystko jest tak zagmatwane... Zaczęło się jakieś 3 lata temu, ale chyba ma podłoże jeszcze dawniej. Obecnie mam 20 lat. Nigdy nie byłam typem samotnika, bo wychowałam się w miejscu, pełnym rówieśników. Zawsze jednak różniłam się trochę-przynajmniej tak mi się wydaje. Miałam niezrozumiała dziś dla mnie samodyscyplinę...Od dziecka bardzo dobrze się uczyłam, podobno byłam uzdolnionym dzieckiem...aczkolwiek nie miałam możliwości, by się rozwijać. W podstawówce zawsze byłam w centrum zainteresowania, co nie przysparzało mi pewności siebie, bo co dziwne byłam bardzo nieśmiała. Zawsze prymuska, poukładana, grzeczna...ale mimo wszystko byłam osobą lubianą, bo wszystko od dziecka robiłam tylko dla siebie- nikt mnie do niczego nie zmuszał. W gimnazjum poznałam swojego chłopaka, starszego o 3 lata – ja miałam wtedy 13. Pamiętam, że wtedy miałam kłopoty z własną samooceną, bo jemu podobał się inny typ urody, niż mój (wiecie jak głupio gadają nastolatki). Wtedy też zaczęłam krytycznie patrzeć na siebie. Rozstaliśmy się po 3 latach z wielkim hukiem, bo mnie oszukiwał. Kolejne 3 lata spędziłam w związku z kolegą z klasy. I wtedy wszystko się zaczęło... Zawsze byłam indywidualistką... interesowały mnie wzniosłe idee, chciałam pomagać innym ludziom. On był inny – przyziemny, materialista. Zrozumiałam to wcześnie, ale nie potrafiłam się uwolnić. Udało mi się po 3 latach... Przez ten okres straciłam wszystko...przyjaciół, bo jego nie akceptowali, a potem się porozjeżdżali, poczucie własnej wartości, bo zawsze wmawiał mi, że za dużo od siebie wymagam, szantażował mnie psychicznie. Rok temu poszłam na studia i wydawało mi się, że sobie poradzę, bo sprzeciwiłam się mu i zrobiłam to co chciałam ja... Ale ten rok skończył się tragicznie... Przypieczętowałam swoja samotność, bo nie potrafiłam odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Nie potrafiłam się dogadać z ludźmi, zaczęły się u mnie kłopoty z pamięcią, koncentracją. Początkowo wkuwałam, chciałam się uczyć, ale nie było rezultatów, bo zapominałam wszystko, choć na naukę poświęcałam 20 godzin dziennie. I poszło jak po sznurku...niezadowolenie z siebie, strach, lęk i całkowita bezradność. Nie potrafiłam się pogodzić z tym, że nie mogę. Uzależniłam się od jedzenia, bo nim zajadałam problemy. I te głupie uczelniane sytuacje, kiedy nawet w zwykłej rozmowie denerwowałam się, jak przez pójściem na egzekucję. Zaczęłam analizować swojej ruchy, kontrolować i poczułam, że szaleję. Rzuciłam studia, a moje życie polegało już tylko na spaniu. Były małe zrywy aktywności, ale wygasały i potem pojawiała się pustka...tak jest do teraz. Całe wakacje przespałam, przejadłam... nawet mycie zębów jest problemem. Nie musze pisać, co się ze mną dzieje, bo są to wszystkie typowe objawy depresji. Moim problemem największym było to, że przez cały poprzedni rok prosiłam by mój (dzisiaj już) „były” mi pomógł... prosiłam, by coś ze mną zrobił, mówiłam, że potrzebuje lekarza.. Nie byłam i nie jestem w stanie nic sama zrobić. Mówił, że za dużo się uczę, bo nie mógł mi uwierzyć, że ja tylko spię.... Szukałam pomocy na siłę – u rodziców, u niego, ale oni tego nie rozumieją.... Ostatnio zaczęło mnie kłuć serce. Boli wszystko – ciało i dusza. Mam wyrzuty sumienia nawet, gdy mówię o tym, co czuje. Próbowałam sama z tym walczyć, ale mam słabą wole, bo nie wierzę, że może być lepiej. Nie wiem, gdzie mam się udać, jak mam przede wszystkim poprosić o pomoc. Boję się, że jak pójdę do psychologa każe mi gadać, a ja wtedy czuję się tak sztucznie i czuję, że kogoś zamęczam, ale dla mnie to uczucie nie do zniesienia. Jak sobie z tym poradzić? Ja chcę żyć, jak dawniej i uwierzyć, że mogę żyć jak dawniej. Najgorsze są dla mnie objawy fizyczne, bo to one powoduję, że tak strasznie nic mi się nie chcę. Psychika siada, gdy nie mogę ich pokonać lub gdy coś przypomina mi o mojej bezradności... Proszę o wsparcie...
-
Dziękuję Wam wsyztskim za serdeczne przyjęcie...to juz dużo znaczy:)
-
Witam Was po prostu :) Trafiłam tu przez przypadek - jest to efektem moich bezproduktywnych godzin spędzonych na wpatrywaniu się w ekran monitora... Cieszę się, bo potrzebuje pomocy, chociażby wirtualnej (na otoczenie liczyć nie mogę, bo raczej go nie ma):( Tak więc pozdrawiam serdecznie :)