Jejku jak mi dobrze w domku...
Katar lekko zelżał, ale dalej buzuje w nosie i lekko boli głowa.
Wyspałam się (dzięki Ci Panie za dar Stilnoxu), obudziłam się z przytuloną kicią, słonko się lekko przebijało przez roletę....
Spokój..., cisza..., kawa...
A wczoraj wieczorem udało mi się popracować... Jestem typem, który idzie na L4, ale po drodze od lekarza wpada do biura i zabiera papiery...
Przy okazji pożegnałam się z W., którego nie będę widzieć do połowy stycznia
Może to dobrze. Nie wiem, co zrobić z uczuciami, które zakiełkowały, ale wiem jedno.
Nie jestem gotowa na kochanie kogoś.
Bo dla mnie zakochanie to automatyczne tortury, analiza szans, każdego zachowania, nagłe zmiany nastrojów i wielkie emocje z byle powodu. Nie, nie zaaplikuję sobie teraz takiej dawki adrenaliny. Na to nie mam siły. Nie chcę być zakochana. To mnie zmiecie z powierzchni ziemi...
Póki co muszę się ogarnąć, odpocząć... Zająć się prezentami.
Dobrze, że poszłam na wczorajszą sesję, niespodziewanie uspokoiła mnie ona.