mnie też się kiedyś wydawało, że moje stosunki z mamą nie wymagają terapii, broniłam jej, stawiałam na piedestale, wkurzałam się na terapeutkę, kiedy mi wmawiała, że na pewno czuję złość do mamy. myślałam, że po co mam ją na siłę wydobywać, skoro jest zakopana pod dywan. i tak mi jest dobrze, ale to dobrze było pozorne. ja też miałam w miarę unormowane życie. pracę, znajomych. i co? teraz mama nie żyje i się okazało, że pretensji, żalu i złości mam mnóstwo, a moje życie kuleje.
chcę się przyjąć tą złość, wyrazić, a nie chować...
nie twierdzę Agnieszko, że u Ciebie musi być tak samo, tylko tak mi się skojarzyło.