Nic się nie zmieniło. Od ostatniej opisanej tutaj sesji każda kolejna była na podobnym płaskim poziomie. Gadamy o wszystkim i o niczym. Nic z tych spotkań nie wyciągam. Nie interesują mnie nawet polecane przez nią pozycje filmowe i serialowe. Uznała, że jeśli picie, palenie i jaranie mnie w jakimś stopniu uszczęśliwia, to można tak to zostawić. Czy naprawdę muszę stoczyć się na dno, żeby się ocknąć? Zadaniem psychoterapuety powinno być uchronienie mnie przed tym, wskazanie innej drogi, a nie przyzwalanie na samounicestwienie. Powinna być mądrzejsza ode mnie. Ostatnio zadałam jej pytanie związane z nią, jej odczuciami i była całkiem wylewna. Lubi się szczycić jak każdy. Zaproponowałam jej ograniczenie ilości spotkań, ciekawe czy pamięta i czy mi przypomni, czy ja się w ogóle pojawię, ale w jaki sposób tu zrezygnować... Osobiście, przez sms czy olać całkowicie? Ryzyko zawodowe. Rok tam chodzić? Może ja już nie chcę gadać o niczym.