Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

marekt

Użytkownik
  • Zawartość

    61
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. marekt

    Wątek do wykrzyczenia się

    złość to niesamowicie wyniszczające uczucie. Zwłaszcza na siebie. Dopóki będziesz na siebie wściekła to na pewno się to nie skończy.
  2. marekt

    Wątek do wykrzyczenia się

    Też tak myślę, dlatego wróciłem do dawki 1/3 tabletki. I tak, słuchanie siebie idzie mi coraz lepiej, a Trittico od początku traktowałem jako czasowy wspomagacz.
  3. marekt

    Co Wam dziś sprawiło radość?

    stanąłem na rękach (joga). Po kilku miesiącach prób, dziwnego podskakiwania w końcu stanąłem stabilnie. Ja, który od czasu podstawówki i przewrotów na WFie, gdy mało sobie nie skręciłem karku, miałem ogromy lęk przed każdą pozycją głową w dół, przed zrobieniem fikołka. Brałem zwolnienia z WFu, unikałem, bo się bałem. Niniejszym pokonałem ten lęk i tylko kwestią czasu jest gdy pokonam wszystkie inne 😀
  4. marekt

    Wątek do wykrzyczenia się

    kurde, trochę sobie narobiłem problemu. Ze dwa miesiące temu zrobiłem ogromne postępy w psychoterapii, w życiu, w okazywaniu uczuć. Poczułem się jak inny człowiek, wolny i zdrowy. Udało mi się to bez leków. Opisywałem to na forum. Potem bywało różnie, czasem trochę gorzej, ale ogólnie zacząłem wierzyć w przyszłość, w siebie, poczułem się niesamowicie zmotywowany. Ale paradoksalnie całkowicie zepsuło mi się spanie. Bardzo intensywne sny, sen przerywany, bezsenność. Nawet mnie to nie stresowało jak wcześniej ale było cholernie męczące. Poszedłem do psychiatry. Kazała mi brać Trittico. Zacząć od 25mg (1/3 tabletki), po tygodniu 50, a potem cała tabletka 75. Zacząłem brać. Faktycznie na sen działa to rewelacyjnie. Jest głęboki i spokojny. Niestety po przejściu z 25 na 50mg zacząłem się czuć coraz gorzej, przez ostatni tydzień miałem powrót wszystkich objawów i lęków jakie miałem przez ostatnie 2 lata jakby w pigułce. Do tego doszły zaburzenia równowagi, dziwne samoistne ruchy rąk itd. Czuję się cholernie skołowany, w środku mam chaos, czuję lęk i spokój naraz, dziwne uczucie. Biorę to jakieś 2,5 tygodnia, nie przeszedłem z 50mg na 75, zostałem na 50. Odstawiam to draństwo. W najtrudniejszych chwilach dałem sobie radę bez leków, dam i teraz. Czuję jakbym cofnął się w postępach o dobre pare miesięcy. Trudno, człowiek się uczy całe życie. Podpowiedzcie tylko proszę czy najpierw zejść z dawki 50mg na 25 czy od razu odstawić. Wizytę u psychiatry mam dopiero za 2 tyg.
  5. marekt

    Aktywność fizyczna

    najpierw się zmuszać, a potem organizm sam się zacznie tego domagać i zacznie to sprawiać przyjemność, zwłaszcza jak efekty zaczną być widoczne. Jak nie zacznie, to zmienić rodzaj aktywności.
  6. marekt

    Czy można się nie nadawać do terapii?

    Do mnie te argumenty nie trafiają. Po pierwsze to wszystko się kiedyś skończy. Gdyby przy rozpoczęciu terapii rezygnować z niej, bo kiedyś się skończy, to równie dobrze można od razu zrezygnować ze związku, pracy, w ogóle życia, bo wszystko się kiedyś skończy. A fakt, że coś jest za pieniądze nie oznacza, że od razu jest to sztuczne i nieprawdziwe. Z jednej strony nie do końca trafne jest porównanie psychoterapii do każdej innej usługi jak naprawa samochodu czy sprzątanie, bo wkracza jednak w rejony uczuć, przeżyć, rozmowy czyli coś co nam się nie kojarzy z usługami płatnymi, ale z drugiej strony, jeżeli psychoterapia jest wskazana, to znaczy że sobie do tej pory nie ułożyliśmy tych uczuć, przeżyć, relacji, które powinny być za darmo i potrzebujemy w tym pomocy. Nie widzę nic złego w tym, że ktoś za tę pomoc bierze pieniądze, a ktoś inny jest gotowy za to płacić.
  7. marekt

    Co Wam dziś sprawiło radość?

    piwo i burger
  8. marekt

    Aktywność fizyczna

    Ogólnie w dużym skrócie podobne zasady są przy ćwiczeniu Jogi. Otwieranie klatki, rozciąganie brzucha, oddychanie "do brzucha" itd. Ja ćwiczę jogę od zeszłego roku i uważam, że jest genialna.
  9. marekt

    Czy można się nie nadawać do terapii?

    @Evia większość tego co piszesz mógłbym napisać ja o sobie. Tak samo bóle mięśni, głowy, szczęki, napięty kark itd wynikające z nierozładowanych napięć i emocji tłumionych latami. Tak samo postrzegam świat jak pole walki. Wynika to z wychowania, doświadczeń z dzieciństwa, otoczenia. Tak samo wszystko to rozumiem swoim rozumem, tak samo po jakimś czasie psychoterapii miałem poczucie że to nic nie daje, bo ja rozumiem co się ze mną dzieje, ale to rozumienie mi nie pomaga. Aż przyszedł taki moment, że moje rozumienie w końcu się poddało, bóle napięciowe były tak silne, że już nie dawałem rady. Na psychoterapii zamiast analizować i rozumieć zacząłem po prostu mówić, mówić, mówić. Zaczęły się ze mnie wylewać wspomnienia i emocje, które z nich wynikają, a których nigdy nie okazałem bo tak byłem nauczony. Przez kilka dni głównie płakałem. Potem zacząłem rozmawiać z ludźmi. Niemożność tłumienia tego dłużej w sobie była już tak silna, że musiałem o tym rozmawiać. Że ból głowy utrudniał mi pracę, powiedziałem o swojej nerwicy szefowi. Że na jodze miałem napięte wszystkie mięśnie aż do bólu i pani prowadząca to zauważyła, to też jej powiedziałem dlaczego. Ale najważniejsza była rozmowa z mamą. Pierwszy raz szczerze o moim dzieciństwie, jej problemach, lęku i stresie jaki wtedy czuła. I nagle poczułem, że nie jestem sam, że jak chcę to mogę rozmawiać, mogę mówić o uczuciach, umiem płakać albo śmiać się szczerze jak mam ochotę, że nikt mnie nie piętnuje za to że mam zaburzenia, że czasami jest mi gorzej. Pierwszy raz idąc do pracy poczułem że idę w bezpieczne miejsce a nie na wojnę. POCZUŁEM a nie ZROZUMIAŁEM. To jest zasadnicza różnica. Bo rozumiałem to już od dawna. Od tego czasu minęło kilka tygodni. NIe jest idealnie, czasami różne objawy wracają, ale to straszne napięcie i ból na razie nie wróciły. Zmienia mi się postrzeganie świata, zaczynam jakby słuchać swoich emocji i uczuć, a nie tylko rozumu. Dociera do mnie powoli jaki jestem, czego chcę w życiu i co lubię, bo do tej pory wszystko to tłumiłem po prostu działając tak jak uważałem że trzeba i co mi rozum podpowiadał. To nie jest proste, to jest początek drogi, ale już wiem, że potrafię i zamierzam się tego trzymać. Ja to widzę tak, że od urodzenia, przez różne trudne doświadczenia z dzieciństwa i młodości wypracowałem sposób życia, działania, reagowania. Polegający głównie właśnie na rozumie, zastanawianiu się co trzeba, a nie co chcę, wymyślaniu różnych zasad, tłumieniu emocji bo przecież one w niczym nie pomogą. I podejmowaniu decyzji na zasadzie żeby były jak najbezpieczniejsze i najmniej inwazyjne, a najlepiej żeby nic nie zmieniać bo zmian się bałem. Nie widziałem potrzeby okazywania uczuć, rozmawiania z ludźmi o tym co się czuje, a nie myśli. Zresztą i tak kontakty z ludźmi traktowałem z dystansem, bo przecież każdy to potencjalny wróg. I taki sposób reagowania sprawdzał się jakiś czas, pozowlił przetrwać trudne okresy z dzieciństwa, ale w dorosłości już coś zaczęło zgrzytać. Na początku oczywiście człowiek nie wie o co chodzi, więc próbuje używać tego samego mechanizmu: analizowanie, nowe zasady, tłumienie, rozładowywanie. Ale to nie pomaga, napięcie jest coraz większe aż przychodzi kulminacja, gdy po prostu cały ten mechanizm się poddaje. I nagle zaczynasz dostrzegać w sobie te uczucia, nazywać je, przeżywać, a nie tylko rozumieć. Do mnie dotarło jak bardzo robiłem sobie krzywdę takim sposobem życia i reagowania. Dociera do mnie, że nie jestem ronbotem, tylko wrażliwym człowiekiem, że nie potrzebuję zasad, wiedzy, walki z innymi, nie muszę umieć zareagować w każdej sytuacji, za to po wszystkich moich doświadczeniach z przeszłości, potrzebuję przede wszystkim akceptacji. Najpierw sam muszę zaakceptować siebie i mam ogromną potrzebę bycia zaakceptowanym. A z uwagi na właśnie taki sposób postrzegania świata jaki miałem moje małżeństwo jest w stanie agonalnym, a przyjaciół nie posiadam. I jest mi z tego powodu po prostu smutno. Nie czuję już złości, nie mam potrzeby walki, jest mi zwyczajnie smutno. Ale mam coraz więcej sił, żeby to zmieniać. Nie wiem czy się rozwiodę, czy nasz związek uda się naprawić, ale pierwszy raz w życiu mam poczucie, że mam czas próbować, że nie umrę jutro z bólu głowy, bo tym razem nie będę robił nic wbrew sobie.
  10. marekt

    Co na dzisiaj,czyli "dziennik"psychoterapii

    Przemawianie do siebie nic nie da. Po prostu blokada i obrona w Twoim organiźmie tego czego unikasz, tych emocji jest jeszcze zbyt silna. Bo pewnie posilałaś ją przez większą część życia. U mnie pomogło zmęczenie i osłabienie tej blokady. Kilka wydarzeń w krótkich odstępach czasu, które sprawiły że byłem cholerenie zmęczony i już chyba nie miałem siły się bronić sam przed sobą. A zaczęły się od wyrwania ósemki, które to mam wrażenie zadziałało na mój układ nerwowy jak porażenie piorunem. Od kilku spotkań na terapii mówię tylko to co ważne, przeżywam to co było kiedyś, nazywam swoje emocji i ciągle odkrywam coś nowego. Coś we mnie pękło. Ale zanim to się stało to ból fizyczny (głowy, karku, szyi, szczękościsk) był tak silny, że umierałem kilka nocy z rzędu.
  11. marekt

    Powrót do pracy/aktywności zawodowej po kryzysie

    Czego szczerze życzę Tobie i wszystkim zmagającym się z takimi problemami. Najgorsze, że na to nie ma recepty. Trzeba to po prostu poczuć, przeżyć, nie wiem, dopuścić te emocje i nie bać się ich, nie bać się reakcji innych. Zawsze miałem świadomość że miałem słabe dzieciństwo. Raz przez nadopiekuńczość i stres rodziców, dwa przez otoczenie i doświadczenia. Ale nie miałem pojęcia jak bardzo to zaważyło na moim życiu. Ile emocji się we mnie zgromadziło, z którymi nie umiałem sobie radzić, więc je tłumiłem, trzymałem w sobie, aż w końcu same się uwolniły. Przy okazji generując fizyczny ból niemalże nie do zniesienia. Na pewno to nie koniec. Objawy wracają, zmieniają się, codziennie czuję się inaczej. Ale to co przeżyłem daje mi ogromną motywację. Zmienia się też moje postrzeganie świata, zaczynam czuć się w nim lepiej, bezpieczniej. Ale to raczej dopiero początek drogi. Na pewno też mocno zaczynam widzieć sprawy, które przez ten swój sposób życia, postrzegania świata i reagowania zepsułem, zaniedbałem. Niektóre chyba są już nie do naprawienia I jeszcze słowo o psychoterapii. Zacząłem chodzić jakoś tak na początku zeszłego roku, jak mi się zaczęły dziwne objawy. Wtedy nie miałęm pojęcia co się ze mną dzieje. Przez ten czas przeszedłem długą drogę. Czytałem opinie o terapeutach, o tym jakie są nurty, jak wygląda terapia innych i były momenty, że miałem coraz więcej wątpliwości, myślałem żeby szukać kogoś innego. Moja terapeutka ma podejście takie mocno wycofane, nic nie narzuca, nie ustalamy żadnych celów, nie pomaga za bardzo, w ogóle mało mówi. A ja potrzebowałem efektów i poprawy swojego stanu już, teraz. Dzisiaj wiem, że to jest najlepsza terapeutka jaką mogłem trafić. Dzięki takiemu podejściu, że sam długo dochodziłem do tego co ważne, dziś mam poczucie, że to jest moje, nie na siłę, że sam dałem radę osiągnąć to co osiągnąłem. I że dam radę dalej. Ona niby mało ingeruje, ale jak mówi to zawsze coś takiego, co dawało mi temat do przemyśleń na długi czas, co było takim bodźcem, nazwaniem tego czego ja nie umiałem nazwać, albo nie rozumiałem, co nagle powodowało takie małe drobne "olśnienia". I tak rzeczy mi się powoli w głowie układały. Jeszcze sporo musi mi się ułożyć, ale dam radę, mam czas
  12. marekt

    Powrót do pracy/aktywności zawodowej po kryzysie

    opisałem co ostatnio przeżyłem w wątku o sukcesach. Dokładnie tutaj: https://www.nerwica.com/topic/2290-nasze-male-i-wielkie-sukcesy/?page=117&tab=comments#comment-2365522 Patrząc na to na spokojnie myślę, że po prostu moje tłumione przez lata emocje już się we mnie nie zmieściły i znalazły ujście. A wiele spraw, których miałem świadomość umysłem po prostu do mnie dotarła i je przeżyłem. Oczywiście nie jest idealnie. Od dwóch dni pewne objawy wróciły. Wczoraj robiłem różne badania na dolegliwości, które ostatnio miałem i chyba tak się zestresowałem czekając na wyniki, że mój ogranizm od razu zaczyna działać tak jak umie najlepiej, czyli generując lęk. Ale teraz już jest inaczej. Wiem, że jestem zdolny czuć się normalnie, wierzę że ta normalność wróci, pewnie jeszcze jest coś co muszę sobie uświadomić, przeżyć, wyrzucić z siebie, wypłakać, zmienić. Ostatnio pewne rzeczy po prostu mnie uderzały znienacka, pewnie teraz też tak będzie. Jedną z tych spraw jest właśnie praca. Do niedawna miałem wątpliwości, że może to ona jest jedną z przyczyn mojego stanu. Teraz już wiem, że nie jest. To jest dokładnie to co lubię i chcę robić, co daje mi poczucie tworzenia czegoś potrzebnego, daje wyzwania intelektualne i satysfakcję. Problem wynika z tego, że nie umiałem się odnaleźć wśród ludzi. Całe życie odbierałem jako walkę, cała moja młodość to był lęk: przed pójściem do szkoły, gdzie byłem źle traktowany, potem przed dojazdami pociagami na studia, gdzie mnie kilka razy napadnięto i okradziono, przed pójściem na rower, gdy kiedyś mnie po prostu napadli, ukradli go i wracałem pieszo. Mieszkałem w niefajnej okolicy i tak po prostu było. I dużo drobniejszych wydarzeń, które sprawiły, że się bałem. A bałem się przede wszystkim facetów, bo to od nich zawsze spotykały mnie nieprzyjemności. Całe życie lepiej się dogadywałem z kobietami. I mimo że jestem już dorosły, że mój umysł ogarnia, że życie to nie ciągłe zagrożenie, a każdy facet to nie wróg, to tak naprawdę nigdy to do mnie nie dotarło i tego nie poczułem. A w pracy siedzę w dużym pokoju z samymi facetami. I podświadomie zawsze byłem spięty, niby jest fajnie, ludzie fajni, atmosfera miła, ale we mnie zawsze był ten niepokój, poczucie zagrożenia, że nie mogę być sobą, że nie mogę okazać słabości, że jak coś mi się dzieje, to muszę to kamuflować, nie poddawać się, walczyć. Tylko że siła na walkę mi się skończyła. Poddałem się, wziąłem na rozmowę mojego szefa, powiedziałem mu że mam nerwicę, że mogę się dziwnie zachowywać, że czasami mogę nie dać rady pracować itd. Do tego zbiegło się to z innymi wydarzeniami, pierwszą poważną rozmową z matką, postępami na psychoterapii. W efekcie pierwszy raz w życiu poczułem się dobrze w świecie, dobrze sam ze sobą, dobrze z innymi. Poczułem że życie to nie walka, praca to nie walka, że nie idę na wojnę tylko w bezpieczne miejsce, że jak się gorzej poczuję to nic się nie stanie, ludzie to zaakceptują. Co innego to wiedzieć, a co innego poczuć. A jak mam spokojną głowę i w pracy mogę skupić się na pracy, a nie na dolegliwościach to daje mi ona sporo satysfakcji i lubię ją. Co więcej, chyba jej nawet potrzebuję, bo pozwala skupić myśli na czymś konkretnym, rozwiązywać problemy, odnosić drobne sukcesy. To był pierwszy taki poważny sukces od półtora roku, od kiedy zaczęły mi się na poważnie różne objawy. Taka pierwsza jaskółka normalności. Strasznie tego potrzebowałem. Wiem, że to nie koniec, ale to przeżycie mnie niesamowicie motywuje. Rozpisałem się, ale nie umiem krócej. I masz rację. Negatywnymi motywacjami za dużo się nie osiągnie. Tylko nie ma prostej recepty jak to zmienić. Jak się nie bać. Z tymi poniedziałkami to ja miałem odkąd pamiętam. Już w szkole podstawowej w niedziele wieczorem łapał mnie stres przed poniedziałkiem. I tak mi zostało na całe życie. Aż dziś mój organizm doprowadził ten lęk do absurdów. Zmienić to i zacząć odczuwać inaczej jest niesamowicie trudne.
  13. marekt

    Nasze małe i wielkie sukcesy !! :)

    Ostatnio odniosłem prawdziwy sukces. Mój stan napięcia, bóle głowy i lęki były już tak intensywne, że coś we mnie pękło. Tak jakby ta bariera, która blokowala emocje przestała działać. Nie umiem tego dobrze opisać, mam wrażenie że te wszystkie złe i niewypowiedziane emocje z przeszłości mnie zaatakowały. Na dwóch spotkaniach z terapeutką tylko płakałem, samemu sobie przypominając i opowiadając o dzieciństwie. To się po prostu ze mnie wylewało. Mimo że wiele z tych rzeczy już mówiłem i miałem ich świadoość to mam wrażenie, że właśnie dziś przeżywam te emocje. Odbyłem też pierwszą poważną rozmowę z moją mamą. O śmierci jej pierwszego dziecka, o tym jak się bała i stresowała bedąc ze mną w ciąży, o początku mojego życia, gdy czuła tylko strach, który musiał się przełożyć na mnie. To wszystko nagle stało się dla mnie takie oczywiste, wręcz mnie uderzyło: lęk rodziców wpajany zamiast poczucia miłości i spokoju, potem nadopiekuńczość, lęk przed światem zewnętrzym od maleńkości, beznadziejna szkoła podstawowa, w której byłem tym gorszym i wyśmiewanym, niebiezpieczna okolica, w której się wychowałem i mnóstwo drobnych wydarzeń, które tylko podsycały mój lęk przed światem i powiększały zamknięcie w sobie. Potem było lepiej, bezpieczniej, ale wewnętrznie nadal żyłem w ciągłym lęku. I podświadomie odbierałem świat jako pole walki, wyjście z domu jak wyjście na wojnę, do tego nieumiejętność wyrażenia swoich emocji, strachu, brak prawdziwych przyjaciół. I nagle to pękło. Przez kilka dni głównie płakałem, potem rozmawiałem z mamą, potem rozmawiałem z kilkoma osobami mówiąc im o swoich dolegliwościach (między innymi z moim szefem w pracy, bo uznałem że powinien to wiedzieć). Nie umiem opisać swoich uczuć. Poczułem taką niesamowitą ulgę. Że świat nie jest taki zły, że nie jestem sam, że idąc do pracy nie idę na wojnę tylko w biezpieczne miejsce, że nie muszę nic udawać. To wszystko można wiedzieć rozumem, ale poczuć to to jest całkiem coś innego. Daleki jestem od pewności, że teraz już będzie tylko lepiej, ale to na pewno jest jakiś przełom. Poczułem coś całkiem nowego, czego nigdy nie doświadczyłem w dorosłym życiu: poczucie akceptacji siebie i świata. W sumie kilka prostych słów a znaczenie nie do opisania. Nawet gdyby zaraz wszystko co złe miało wrócić, to warto było przechodzić 1,5 roku różnych dolegliwości, ciągłego napięcia, bezsenności, próbowania psychotropów, bólów głowy żeby to poczuć. Ostatnie dni wstawałem rano bez lęku, to jest coś niesamowitego. I dopiero teraz widząc różnicę, uświadamiam sobie ogrom tego jak wcześniej się bałem. Ten stan trwa już dwa tygodnie. Nie jest tak, że jest idealnie. Organizm który przez 37 lat ciągle się czegoś bał nie przestawi się łatwo na inny stan. Ciągle te uczucia wracają, lęk przed jutrem, przed czymś co trzeba zrobić, załatwić. Ale po tym czego doświadczyłem mam w sobie coś nowego: uczucie takiego wewnętrznego spokoju i pewności, że dam radę. Na razie to jest małe, ale z każdym dniem rośnie. Pierwszy raz od kilku lat patrzę w przyszłość bardziej z nadzieją, niż ze strachem
  14. marekt

    Wątek do wykrzyczenia się

    różnie. Ostatnio przeszły, wcześniej jeszcze zmieniając się na ból szczęki i coś w rodzaju szczękościsku. Ale ostatnie dni jestem wolny
  15. marekt

    Wątek do wykrzyczenia się

    jak się mają Twoje bóle głowy?
×