Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

marekt

Użytkownik
  • Zawartość

    74
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. ja zawsze miałem fioła na punkcie finansów. Odkąd zarobiłem pierwsze pieniądze to czułem w związku z nimi ogromną odpowiedzialność i presję. Przez wszystkie lata pracy zawodowej i coraz większych zarobków to się tylko pogłębiało. Obsesyjna potrzeba kontroli, przeliczania ile zostało do końca miesiąca dni, ile kasy, ile to jest kasy na dzień itd. I co się stanie jak zabraknie? Na pewno coś strasznego. Ile razy robiłem o to awantury mojej żonie. Że ja mam tak wszystko wyliczone, a ona śmiała coś kupić i mnie nie poinformować. A gdyby mnie poinformowała, to bym na 100% powiedział: "NIE. W tym miesiącu na pewno nas nie stać". Nieważne ile zarabiamy, że możemy sobie pozwolić na to czy na tamto, że są oszczędności, że odkładamy, dla mnie zarabianie i wydawanie to ciągłe balansowanie na jakiejś krawędzi oznaczającej życie i śmierć. Jedno potknięcie i spadnę, zostanę bez pieniędzy, umrę, tragedia, koniec świata. Pamiętam takie stany, gdy np. dowiedziałem się o jakimś nieplanowanym rachunku, o którym zapomniałem, albo wpadł jakiś inny wydatek nieplanowany w miesiącu, to uczucie jest takie jakby mnie coś wciągało, jakbym tracił grunt pod nogami. A jak jeszcze jest się odpowiedzialnym nie tylko za siebie, ale i za dziecko, to presja niesamowita. Niedawno zdałem sobie sprawę, że to właśnie to odbiera mi całą radość z mojej pracy. Bo samą pracę mam bardzo zgodną z moimi zainteresowaniami i dającą satysfakcję, ale fakt, że wiąże się ona z zarabianiem pieniędzy, czyli taką straszną odpowiedzialnością, sprawia że nie umiem się z niej cieszyć, tylko czuję presję. Powoli to zmieniam. Terapia, przeżycia ostatniego roku, ogólna stopniowa poprawa stanu i świadomość zmierzania w dobrą stronę wpływa także na ten aspek życia. Staram się odpuszczać, nie logować się ciągle na konto, nie pamiętać ciągle stanu konta, nie przemyśliwać co będzie jak zabraknie pieniędzy, nie przeliczać tego ciągle w głowie, nie kontrolować tak obsesyjnie. Bardziej cieszyć się z tego co sobie kupię niż, z tego że na koniec miesiąca zostaje konkretna kwota. Pieniądze to jest tylko, powiedziałbym, objaw. Nie mając poczucia żadnej wartości własnej, żadnej sprawczości, siły w sobie i wiary w siebie, poczucia bezpieczeństwa, człowiek szuka tego poczucia w sprawach zewnętrznych, np. w pieniądzach. Tylko że to nie ma końca: jak będzie starczać do pierwszego poczuję się lepiej, potem jak mi zostanie na koniec miesiąca X, poczuję się lepiej i bezpieczniej, jak mi zostanie na koniec miesiąca XX to już na pewno poczuję się lepiej, potem założę polisę na emeryturę, kupię mieszkanie na wynajem, ale będę miał mega poczucie bezpieczeństwa. Tylko że to niestety tak nie działa. Nie daje takiego poczucia, za to ogromną frustrację. Przez ostatnie pół roku moja żona nie pracowała, byłem jedynym utrzymującym rodzinę. Dla mnie duża presja, ale dałem radę więc chyba naprawdę ze mną coraz lepiej I kurcze nic się z tego powodu nie stało. Na życie starczało, na kilka dodatkowych wydatków trzeba było wziąć z oszczędności i, ale nawet nie tak dużo jak się bałem. Zdecydowanie odpuszczanie kontroli jest dobrą drogą... Też tak mam. Natłok myśli bywa tak ogromny i natarczywy, że myślisz, że nie da się go przerwać, że Ci przegrzewa mózg. Tymczasem da się. Od 1,5 roku ćwiczę jogę i medytację. Fakt że potrzeba do tego dużo samozaparcia (zwłaszcza na początku), ale to na serio daje efekty. Oczywiście nie od razu. Nadal nie potrafię "wyłączyć" myślenia i po prostu być, ale regularnie praktykując, skupiając się na swoim ciele, ruchach, oddechu, zaczynasz pomalutku odkrywać w sobie taką przestrzeń. Na oddech, na czucie, po prostu na bycie. Myśli nadal są, kłębią się, ale coraz częściej udaje się patrzeć na nie jakby z boku, mieć świadomość, że nie jestem tylko tymi myślami, jestem czymś więcej. To rodzi taki prawdziwy spokój i poczucie bezpieczeństwa wynikające z wnętrza. I nie trzeba już tak obsesyjnie kontrolować tych pieniędzy
  2. marekt

    Przełamywanie lęków

    ... bóle karku, napięcie szyi, szczęki. Tak. Doświadczamy. Dziś jestem pewny, że nawet moje diagnozowane i nieskutecznie leczone przez urologów "zapalenie prostaty" to po prostu somatyzacja napięcia w organiźmie.
  3. marekt

    Przełamywanie lęków

    czasem do przodu, czasem do tyłu. Najważniejsze to odpuszczać i starać się nie przejmować i nie nakręcać. I dziękuję za pamięć
  4. marekt

    Przełamywanie lęków

    odpiszę z "lekkim" opóźnieniem, bo ostatnio rzadko tu zaglądam. Na to pytanie nie ma łatwej odpowiedzi Idę do przodu, wychodzą ze mnie nieprzeżyte emocje, zmienia mi się sposób patrzenia na świat. Czasami się cofam, nie śpię, boję się, potem to mija. Zmieniam podejście do siebie, przestaję się na siebie złościć, wymagać za dużo, zaczynam być dla siebie dobry, odpuszczać sobie, akceptować, poświęcać sobie czas bez poczucia winy, rozpoznawać swoje uczucia, potrzeby i to, co moje ciało mi mówi. Na dobre zakochałem się w jodze i pracy z ciałem, oddechem, emocjami. Coraz lepiej dostrzegam jak 37 lat mojego życia i tłumienia wszystkiego w sobie pozostało w moim ciele i jak nadal tam siedzi. Konkretne emocje w konkretnych miejsach: karku, szyi, szczękach, brzuchu, kroczu. Pracuję nad tym, przeżywam, czasem się cofam i znowu kumuluję. Zdarzają mi się czsami "powroty do przeszłości". Czyli mam kilka lat, leżę w nocy w swoim pokoju i cholernie się boję, to są ogromne emocje, strach nie do opisania, to jest tak wyraźne, że czuję zapach tego pokoju, a w dotyku fakturę łóżka, potem to mija, a ja czuję się lżejszy. Według mojej terapeutki przeżywam żałobę po mojej zmarłej siostrze za moją matkę, która to wszystko skumulowała w sobie i przekazała mnie. Może tak być, ogólnie staram się coraz mniej nad tym zastanawiać, rozumieć, mam ochotę płakać i się bać to płączę i się boję, mam ochotę się śmiać to się śmieję. Acha, i zacząłem chodzić boso. Uwielbiam to! ;). I nie biorę żadnych leków.
  5. marekt

    Przełamywanie lęków

    to nie pomogę, ja jestem z okolic Krakowa. Dziś wiem, że najlepsze co mi się w życiu przytrafiło w ostatnich latach to poznanie mojej terapeutki. Tylko że jak do niej szedłem pierwszy raz, to nie miałem pojęcia co się ze mną dzieje, czego mam oczekiwać, czym jest psychoterapia, ani nie sprawdziłem żadnych informacji o niej. Po prostu miałem szczęście. Wiele decyzji w życiu rozważałem zbyt długo, zastanawiałem się zbyt długo i wcale nie były najlepsze, a wychodzi na to, że czasami najlepsze są te wybory szybkie i spontaniczne. Potrzebna jest odrobina szczęścia i zaufania, że będzie dobrze.
  6. marekt

    Przełamywanie lęków

    nie masz kogoś, kto mógłby Ci polecić terapeutę? Skąd jesteś?
  7. dla mnie to był chyba rok przełomowy. Mimo, że kilka razy "umierałem", to z drugiej strony również zrobiłem ogromne postępy i doświadczyłem uczuć dla mnie całkiem nowych. Oczywiście to nie jest trwałe. Są okresy gorsze, są lepsze, stare lęki wracają, ale z każdym kolejnym dniem i pozytywnym odkryciem mam więcej siły na ich przełamywanie. Powoli "odkrywam" swoją przeszłość z wczesnego dzieciństwa, czyli sprawy, które z jednej strony są oczywiste, a z drugiej tak jakby nagle mnie atakowały i je dziś dopiero przeżywam i cała układanka w mojej glowie składa się w logiczną całość. Czasami zamykam się w pokoju i trzęsę się ze strachu, płaczę, atakują mnie jakby takie fale emocji, które mną targają. Demony z dzieciństwa, sprawy nigdy nie przeżyte, nie przegadane z nikim, stłamszone i trzymane w sobie. Teraz wychodzą. I dobrze. Już się ich nie boję, wiem, że muszę je przeżyć, że właśnie to jest droga w dobrą stronę i pierwszy raz od wielu lat wiem, że kolejny rok będzie lepszy, a nie gorszy. Czego sobie i wszystkim życzę. Acha, no i w tym roku kupiłem sobie nowy samochód, ma 200 KM i strasznie lubię nim jeździć.
  8. marekt

    Przełamywanie lęków

    @alicja_z_krainy_czarów masz bardzo dobre nastawienie przed psychoterapią. To już jest połowa, jak nie więcej, sukcesu. Powodzenia
  9. ja pamiętam, przy jednym ze swoich najgorszych stanów podczas początku brania depralinu, wpadłem na pomysł wypicia piwa, bo może się trochę uspokoję. Dostałem tylko jeszcze gorszej jazdy. To co Ci teraz najbardziej potrzebne to się uspokoić. To co się z Tobą dzieje, te lęki, duszności, czarne myśli, to są TYLKO objawy. One przejdą, wrócą, zmienią się, osłabią, nasilą. One nie są najważniejsze. Nerwica zapewne nie jest spowodowana tym, co ostatnio przeszłaś, tylko tym jak na to zareagowałaś. A zareagowałaś tak jak jesteś nauczona, jak Twój ogranizm nauczył się reagować i jak reagujesz w innych sytuacjach. A to znowu spowodowane jest Twoją przeszłością, dzieciństwem, jakąś traumą, jedną dużą albo wieloma mniejszymi. I po to jest psychoterapia, żeby to zrozumieć i próbować zmieniać. Wtedy zmienią się też Twoje reakcję w stresujących sytuacjach. A teraz najważniejsze co Ci potrzeba to się uspokoić i zaufać. Jak zaczęłaś brać leki, to bierz dalej, zaufaj psychiatrze, to jest normalne, że objawy raz się nasilają, raz odchodzą. A jeśli uznasz że jednak nie dasz rady to idź z tym znowu do lekarza.
  10. chodziłaś, ale jak długo? Na kilka spotkań, na dłuższą terpię, która nie pomogła?
  11. marekt

    Przełamywanie lęków

    @alicja_z_krainy_czarów mam podobnie jak Ty. Moja nerwica nie jest spowodowana jakimś jednym konkretnym wydarzeniem, tylko całą przeszłością, dzieciństwem, tym jak podchodziłem do życia. Wydaje mi się że to wynika z kilku czynników, które się ze sobą zbiegły: genów, stosunku do mnie rodziców, który był na początku mojego życia kierowany głównie ich traumatycznymi przeżyciami (przez to zamiast miłości i spokoju otrzymałem dawkę lęku, stresu i pewnie dystansu), doświadczeń z okresu dorastania, które często nie były najszczęśliwsze, a mój wiecznie wystraszony i zestresowany ogranizm wszystkim tym się bardzo przejmował. Życie w stresie i napięciu było dla mnie tak naturalne i oczywiste, że dopiero niedawno zacząłem odkrywać, że większość ludzi tak nie ma i że tak się nie da żyć. To wszystko da się przełamywać, tylko to trwa, potrzeba czasu i cierpliwości.
  12. może być od leku, może być kolejna somatyzacja Twojej nerwicy. Czytając kilka stron wstecz tego wątku widzę że się strasznie miotasz z tymi objawami. Normalna sprawa. Posłuchaj: jeśli nie masz zdiagnozowanej jakiejś choroby psychicznej, to na 99% to co się z Tobą dzieje wynika z Twojej przeszłości, przeżyć, wychowania, tłumionych emocji, relacji z ludźmi, trudnych przejść itd. Jednego albo kilku tych punktów. Wypracowałaś sobie jakiś sposób życia, reagowania, przeżywania i on właśnie przestaje działać. To jest jak tama, która zaczyna pękać. Na początku jest panika i człowiek próbuje za wszelką cenę łatać dziury w tej tamie myśląc, że jak pęknie to świat się zawali. A jest odwrotnie, trzeba pozwolić jej pękać. Objawy mogą być bardzo różne, ja przez ostatnie dwa lata przechodziłem między innymi: problemy żołądkowe, bóle w klatce, bóle głowy o tak różnej postaci i nasileniu, że można by książkę napisać, bóle pleców, sztywnienie karku, szyi, węzłów chłonnych, bóle zębów, szczękościsk, problemy urologiczne, zaburzenia wzroku. Wszystko z nerwicy. Wiem że to jest cholernie trudne, ale trzeba uczyć się ignorować te objawy, nie przejmować i dążyć do ustalenia ich faktycznej przyczyny. Fizycznie zapewne nic Ci nie jest, a to co się dzieje świadczy wbrew pozorom o tym, że ficzynie jesteś zdrowa. Organizm tak reaguje na stres. W momencie zagrożenia wydzielają się chormony, adreanlina, kortyzol, dzieją się różne rzeczy w ciele przygotowujące Cię do walki albo ucieczki. Problem jest, jak ogranizm żyjący w ciągłym stresie jest ciągle w fazie walki lub ucieczki. Na tym polega nerwica. Na ciągłym lęku, stresie, który jest w głowie, a wszystkie objawy, to tylko skutek tych lęków. i stresu Leki mogą Ci pomóc na chwilę, złagodzić objawy, stłumić,ale nie nastawiaj się, że pomogą w dłuższej perpektywie. Pomóc możesz sobie tylko Ty sama, psychoterapią, zrozumieniem przyczyny, akceptacją i zmianą. Wiem że to jest łatwo napisać/powiedzieć, ale uwierz, sam jestem przykładem że to działa.
  13. złość to niesamowicie wyniszczające uczucie. Zwłaszcza na siebie. Dopóki będziesz na siebie wściekła to na pewno się to nie skończy.
  14. Też tak myślę, dlatego wróciłem do dawki 1/3 tabletki. I tak, słuchanie siebie idzie mi coraz lepiej, a Trittico od początku traktowałem jako czasowy wspomagacz.
×