Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

CarolFreeling

Użytkownik
  • Zawartość

    1
  • Rejestracja

  1. Ładna hipokryzja, nieprawdaż? Załóż konto tylko po to, żeby poradzić innym usunięcie swoich ;) Mimo to - zaryzykuję. To nie jest bowiem pomysł wyciągnięty z kapelusza podczas jakiegoś "eureka!" momentu, tylko spostrzeżenie które przewija się przez moje myśli cyklicznie (choć na szczęście bardzo rzadko) przez ostatnich kilka lat. Widzicie, jakieś 7-8 lat temu byłam tu stałym gościem. W realu dawałam się dymać depresji, a w necie znajdywałam pocieszenie i komfort otaczając się ludźmi z podobnymi problemami. Na obecną chwilę moja depresja ma skopany tyłek i potulnie kuli ogon w szafie - coś, czego na pewno nie osiągnęłabym gdyby nie decyzja o usunięciu konta tych kilka lat temu. Oczywiście nie jet tak, że tą jedną decyzją wygrałam swoją walkę; trwało to kilka lat, ale na metody których zaczęłam próbować po opuszczeniu forum nigdy bym się nie zgodziła będąc regularną "nerwicowniczką". Nie chcę też absolutnie demonizować samego forum - jako pewien etap w walce z zaburzeniami uważam że może być pomocne. Moja apelo-porada nie jest też na pewno uniwersalnym remedium - w końcu przewijają się tu nie tylko ludzie z problemami podobnymi do moich, ale też cierpiący na dolegliwości innego typu, których mechanizmy działania są mi nieznane z pierwszej ręki - jak na przykład nerwice różnego rodzaju. Nie będę więc udawać że skasowanie konta wyleczy każdego w przeciągu kwadransa - takie rzeczy zostawiam sprzedawcom oleju wężowego. Jeśli jednak od lat tkwisz w depresji, która "nie chce" minąć mimo wypróbowania tuzina leków i przeróżnych terapii, i nadal przychodzisz tutaj o tym rozmawiać - to może moja podpowiedź będzie właśnie dla ciebie. Do napisania tego posta zainspirowała mnie ostatnia wizyta na forum w trybie incognito. Było to około rok temu, wpadłam tu wtedy po ponad 5 latach nieobecności. Byłam już wtedy po skończonej walce i spokojna o swój los. Zajrzałam tu z ciekawości - ot, tak, żeby zobaczyć czy w 2019 ludzie nadal korzystają z internetowych forów w czasach grupek na FB i czy zauważalny jest jakiś wzrost postów od nastolatek które mylą chwilową chandrę z chorobą. Zeszło to jednak na dalszy plan, kiedy z lekkim przerażeniem zorientowałam się że bez trudu i specjalnego szukania natrafiam na posty użytkowników których kojarzę jeszcze z "moich czasów"! Zobaczyłam wpisy ludzi którzy mimo upływu lat nadal mówią w kółko o tych samych problemach, nadal wymieniają się doświadczeniami po różnych lekach, niektórzy nadal fantazjują o śmierci. Z jednej strony - to niby dobrze, bo znaczy że mimo tych fantazji nadal się trzymają na tym świecie. Z drugiej - jeśli wierzyć ich słowom, to przez te lata nic się u nich nie zmieniło. I nie zanosi się na zmianę. Przejrzenie ostatnich tematów również przywołało wspomnienia sprzed lat - nadal te same niekończące się debaty pomiędzy zwolennikami farmakologii a fanami terapii, ludzi wątpiących w skuteczność leczenia i osobników broniących przeróżnych metod na wyzdrowienie... Poczułam się jakbym po latach przyjechała do rodzinnego miasta w odwiedziny - niby na pierwszy rzut oka widać trochę zmian, odmalowane okienka i tak dalej, ale ludzie nadal są tacy jacy byli. Uciekłam czym prędzej, bo zauważyłam że sama po przeczytaniu kilku postów zaczęłam się mentalnie rozgaszczać, stare przyzwyczajenia i punkty widzenia zaczeły pukać do drzwi szafy w której na codzień trzymam je pod kluczem. Jedną z terapii które mam za sobą tyczyła się uzależnień. Ze zgrozą uświadomiłam sobie że wizytując forum natknełam się na... wyzwalacze. Posty które aż prosiły się o napisanie kilku pocieszających słów, tematy kuszące możliwością wyżalenia, wątki zachęcajace do przyłączenia się do debaty o wyższości dobropoczutexu nad uśmiechoxyną... Kiedy byłam regularną forumowiczką - nigdy nie patrzyłam na to w ten sposób. Nerwica kropka com była przecież moim drugim domem, użytkownicy - drugą rodziną. Wpadało się tu po wsparcie, empatię, pomoc. Obecnie widzę to inaczej. Nie przeczę, jeśli ktoś wpadnie tutaj na miesiąc-dwa, popisze o tym co leży mu na sercu i wróci do prawdziwego życia żeby z nowymi siłami powalczyć o swoje - to nie ma w tym forum nic złego. Ale zasiedzenie się tutaj na dłużej... to zupełnie inna rzecz. Podczas kilkunastu miesięcy spędzonych jako aktywna forumowiczka tych kilka lat temu nie udało mi się poczynić żadnych postępów jesli chodzi o moje leczenie. Owszem, znajdywałam pocieszenie i zrozumienie, ale zaraziłam się też unoszącym się tutaj poczuciem zrezygnowania, cynizmu wręcz w podejściu do choroby. "Terapia? Bzdury dla naiwnych. Poproś psycha o zwiększenie dawki"; "Życzę powodzenia, ja się leczę od 15 lat i żadnych zmian"... Skończyło się na tym że pod koniec forumowania miałam wysępione od lekarza 6 różnych leków przyjmowanych jednocześnie, oraz nastawienie "nic z tym nie można zrobić, ot, do końca życia będę brać prochy i jakoś tam jako zombie przeczłapię się przez następne kilkanaście lat i umrę". Daleka jestem od bagatelizowania depresji i innych podobnych zaburzeń. Nie rzucę na poważnie tekstem "idź pobiegać czy coś" (mimo że teraz widzę ile sensu się w nim kryje). Nie mogę jednak udawać że nie widzę problemów, jakie tworzy gromadzenie się w jednym miejscu ludzi którzy mają jednocześnie problemy zdrowotne oraz brak motywacji do podjęcia realnych, czasem radykalnych kroków żeby zmienić sytuację. "Towarzystwo wzajemnej adoracji" aż prosi się o użycie. Proszę nie zrozumcie mnie źle - nie chcę tym samym powiedzieć niczego złego o samych forumowiczach. Wszyscy praktycznie których tu spotykałam wydawali się fantastycznymi ludźmi. Jestem pewna że nikt z nich nie osiadł w tym depresyjnym zakątku celowo. Nikt nie miał w planach spędzenia reszty życia w stanie permanentnego przygnębienia. Ale forum - niestety - potrafi omamić. Zamglić pierwotny cel wizyty. Znam bardzo dobrze pragnienie szybkiego pozbycia się problemu. Tak jak wielu - chciałam poradzić sobie z depresją za pomocą garści pigułek i kilku tygodni ewentualnego czekania na działanie. Nie chciałam słyszeć o terapiach - wydawały się stratą czasu. Po co mam grzebać w swojej duszy i dociekać niewygodnych prawd? To świat jest przecież zły, niedobry, ja zaś nie chciałam się dostosować ani znaleźć w sobie tego, co wypaczało mi jego obraz; chciałam wężowego oleju który pozwoli mi przymknąć oko na niewygodną rzeczywistość. I mimo że wiele osób tutaj było świadome takich pułapek i przestrzegało przed nimi, podkreślając wyższość terapii nad farmakologią - dużo łatwiej było posłuchać się tych, którzy chełpili się latami łykania prochów i (zerowymi) efektami takiej kuracji. Zawsze zresztą pomogli w dobraniu odpowiednich leków, poradzili co wyprosić u lekarza - skoro im (wcale nie) pomaga, to mnie też musi, prawda..? Jestem pewna że forum dla dzieci z dworca ZOO wyglądałoby bardzo podobnie. Dużo łatwiej jest nowemu forumowiczowi uwierzyć w zapewnienia o szybkim remedium niż podejmować się trudów grzebania we własnej psychice. Porażki po używaniu takich metod skutkują goryczą, zniechęceniem, w końcu - cynicznym bombardowaniem cudzych wysiłków. Ileż to widziałam postów, gdzie ktoś chwalił się podjęciem nowej metody leczenia, które komentowane były tylko w stylu: "no, powodzenia... ja już tyle lat z tym walczę że to chyba nie ma sensu... wiesz, nie zniechęcaj się, ale nie wiem czy kiedykolwiek wynajdą coś skutecznego na to..." W ten sposób utrwalało się poczucie bezsensowności, bezcelowości jakichkolwiek wysiłków. Ktoś pisze coś nieortodoksynego, jak "hmm jest ładna pogoda, warto wyjść się nasłonecznić bo to pomaga na nastrój"? Widzę odpowiedzi - "ale jak ja mam wyjść jak nie mam siły wstać z łóżka..?" I co myślę..? Że mnie też ciężko wstać z łóżka, ale skoro innym też ciężko, to znaczy że nie tylko ja tak mam, wszyscy tak mają, to normalne, nie ma co z tym walczyć, zwłaszcza że jest miejsce gdzie można na to ponarzekać bez ryzyka że ktoś cię opieprzy, bo wszyscy cię rozumieją..! Wzajemne zrozumienie może być pomocą, ale może być też perfidną pułapką. Pułapką komfortu. Nie będę tutaj udawać że w którymś momencie doznałam jakiegoś oświecenia w tej kwestii; że pewnego dnia skasowałam konto, wyszłam na rower, gdzie słoneczko mnie uleczyło, a ptaszki odćwierkały odę do radości nad moją roześmianą głową. Nie ma tak łatwo, jak już mówiłam cudowne remedia na wyzdrowienie nie istnieją ;) Ale kiedy z pewnych względów na kilka miesięcy przestałam tu przychodzić, za to częściej konfrontować swoją sytuację z ludźmi w realu... Zaczęłam dostrzegać jak bardzo rozgościłam się w internetowej strefie bezpieczeństwa. Trafiłam tu żeby zdobyć informacje o tym jak się leczyć, a zostałam bo inni chorzy zapewniali bodźce których miałam gigantyczny deficyt. Zrozumienie, wsparcie, bezpieczeństwo, empatia... Ale niestety - kota można zagłaskać na śmierć. Kiedy zniknęłam z forum zaciągnięta na przeróżne terapie wbrew własnej woli, zaczęłam z oporami zgadzać się na formy leczenia które nie były łatwe i wygodne. Nie był to przyjemny okres. Odstawienie prochów i związane z tym problemy ze snem i wagą, przymusowy powrót do ludzi po miesiącach izolacji, indywidualne i grupowe terapie podczas których konfrontowałam swoje podejście do świata zarówno z lekarzami jak innymi uczestnikami. A przede wszystkim - coś, czego obawiałam się najbardziej: niezliczone godziny spędzone z własnymi myślami podczas bezsennych nocy. Analizowanie moich działań i emocji uczciwie, a nie życzeniowo. Konfrontacja z moim prawdziwym "ja", które było... nieidealne. Porzucenie dotychczasowych wzorców myślowych, spojrzenie na świat i moje w nim miejsce z perspektywy realnych możliwości, a nie wyidealizowanych życzeń. Nie było też magicznego "odrodzenia się na nowo", żadnego hollywoodzkiego happy endu, kamery na wysięgniku przechodzącej z detalu mojego tańca pośród kwiatów na szeroki plan beskidzkich pagórków. Nie było jakiegoś momentu granicznego, rozdzielającego czarno-biały okres choroby od kolorowych czasów zdrowia. Po miesiącach cierpienia i płaczu nadeszły miesiące obojętności, potem akceptacji, a w końcu - adaptacji. Zmian. Niezauważalnie zaczęły pojawiać się momenty małych radostek z błahych sukcesików, coraz rzadziej wpadałam w spirale natrętnego myślenia o tym jak bardzo jest mi źle i ciężko. Mogłam już wtedy w teorii wrócić na forum, ale... Podświadomie jakoś czułam że to już nie jest miejsce dla mnie. A w którymś momencie pojawiła się konkretna, przemyślana konkluzja: nie mogę tu wracać, żeby nie zawalić tego co już osiągnęłam. Było to około 2 lata po moim ostatnim wpisie. Świadomość tego, że poczyniłam postępy w poradzeniu sobie z problemami była już wtedy wyraźna i nie była automatycznie bombardowana przez moją podświadomość. Chciałam się podzielić sukcesami, ale powstrzymywała mnie pamięć o tym, jak przyjmowane były na forum posty ludzi wychodzących z depresji. Nie były przyjmowane wrogo, ale spora część użytkowników poza gratulacjami przemycała raport o beznadziei własnej sytuacji. "Cieszę się że ci się wiedzie. Eh, gdyby tylko mnie się udało..." - co odruchowo prowokowało do pocieszenia takiego delikwenta i przekierowanie uwagi z własnego leczenia na pocieszanie innych. Wiem, że zabrzmi to brutalnie, ale w miarę własnych postępów zaczęłam rozumieć "normalnych ludzi". Wiecie, tych którzy nie myślą całe dnie o sambójstwie albo nie trzęsą się ze strachu przed wejściem do autobusu. Tych, którzy bagatelizują cudze problemy, machają ręką, trywializują albo wręcz demonizują jeśli powie im się o "problemach z głową". Zrozumiałam, że żeby "żyć normalnie" - nie można ustawicznie taplać się w dołujących myślach i problemach, czy to swoich czy to cudzych. Tak samo jak nie da się "żyć normalnie" w grupie alkoholików czy narkomanów. Nie czujcie się dotknięci rzekomym zestawieniem z takimi grupami - chodzi o mechanizm działania a nie społeczne konotacje. Narkomani spędzają całe dnie dyskutując o dragach, ćpając i bombardując próby wydostania się z tej grupy przez jej członków. W końcu czyjś sukces to dowód na to, że się DA. Podobnie zaczęłam postrzegać to forum. Widziałam że jest spora grupa stałych bywalców, którzy przejawiali bardzo podobne zachowania. Po sobie zaś widziałam że jestem na to bardzo podatna, bo miałam deficyt pozytywnych relacji w codziennym życiu i niedobór pocieszaczy połączony z pragnieniem niemierzenia się z sednem danego problemu. Więc zamiast otworzyć się w realu na kogoś kto by mnie stymulował w ramach znajomości, budować własną wartość jakimiś działaniami, to wolałam trzymać się z "wami", zjednoczona przeciw "temu podłemu społeczeństwu które nie rozumie cierpień osób chorych psychicznie"... Zamiast pogodzić się z tym, że żaden człowiek nie będzie nigdy skrojony wedle moich wyfantazjowanych wytycznych i pogodzić się z tym, że trzeba naumieć się tolerować cudze niedoskonałości i skupiać się na plusach zamiast wpadać w obsesję na punkcie minusów - preferowałam wygodne, bezosobowe kontakty przez internet. Nie chciałam nawet nikogo tutaj poznawać osobiście, nigdy nie pojechałam na forumowy zlot bo nie zniosłabym gdyby w realu ci moi towarzysze niedoli okazali się tacy jak inni ludzie. Jeszcze okazałoby się że mają jakieś cechy poza nerwicami i depresjami i mogą być tak samo rozczarowujący jak "inni"... i tak samo nieprzydatni w rozwiewaniu czarnych myśli. Tak więc trzymałam się w tym postanowieniu dobrych kilka lat. Jak pisałam, odwiedziłam forum incognito w zeszłym roku. Moje wrażenia już opisałam. Przyznam się że obawiałam się nieco czy jak w przypadku alkoholika który po latach abstynencji pozwolił sobie na kielicha u ciotki na urodzinach - nie będę miała ochoty na powrót. Na szczęście okazało się, że nie. Okazało się wręcz bardzo brutalnie. Podczas tej wizyty w 2019 po półgodzinnym przeglądaniu postów natknęłam się na info o śmierci jednego z userów. Nie znałam go, ale po przeczytaniu tego - zamknęłam przeglądarkę. Czułam że gdzieś podświadomie zaczynała do mnie pukać ochota na zagłębienie się w dramat. Poszukać na forum - kim był? Jak umarł? Co mówią inni użytkownicy? Musiałam to uciąć. Nie mogłam pozwolić na to, żeby znów dać się wciągnąć. Włączyłam jakiś serial, zrobiłam kolację, zajęłam się czymś i... i tyle. Następnego dnia nie obudziłam się z pragnieniem założenia konta na nowo. Pomyślałam tylko chwilkę nad tym, jak bardzo mi żal tych kilku znanych sprzed lat nicków, które nadal widziałam aktywne. W głowie zamknęłam temat w momencie gaszenia porannego papierosa. Co ja więc tak właściwie tu robię TERAZ? ;) Po wszystkim tym co napisałam może się wydawać że właśnie spektakularnie przegrałam z własnym rygorem; że zabrało to trochę czasu, ale nawrót do nałogu w końcu nastąpił. Cóż, wróżką nie jestem, ale jestem przekonana że nie skończy się to spamowaniem tematów za kilka tygodni :P Dziś zwyczajnie nie mam czego tutaj szukać. Wiadomo, życie to nie ciągły festiwal i nie zawsze jest różowo, ale od lat niczemu nie udało się mnie "uszkodzić". Od lat nie przyszło mi na myśl żeby w chwilach jakiegoś zwątpienia czy przygnębienia wbić tutaj i się pożalić i poszukać pocieszenia. Nie myślcie tylko że to znaczy że o was jakoś źle myślę :) Raczej - nie czuję potrzeby zawracania wam gitary :) Powodem dla którego odwiedziłam forum anonimowo po ponad rocznej przerwie od ostatniej wizyty jest... koronawirus :) Ciekawiło mnie co na jego temat myśli forum bądź co bądź zaznajomione z takimi tematami jak depresja czy izolacja. Weszłam, poczytałam, upewniłam się że miałam słuszne przeczucia, oraz... znowu zobaczyłam wiele ksywek które pamiętam sprzed lat. Daleko mi do misjonarki. Nigdy nie czułam powołania do naprawiania świata. Do tego w ostatnich latach dużo lepiej zrozumiałam ludzką niechęć do nieproszonych porad. Mimo to - postanowiłam napisać ten elaborat. Czy ktoś z was z niego skorzysta? Nie mam pojęcia. Zorientowałam się jednak w trakcie jego pisania, że to dla mnie swego rodzaju epilog. Piszę to nie tylko dla was, ale też ewidentnie również dla siebie. Niechaj będzie to symboliczna klamra, spinająca okres mojej walki. Jeśli komuś pomoże - doskonale. Jeśli nie - przynajmniej będę miała swoje poetyckie katharsis. Odjeżdżam na metaforycznym kucyku w stronę zachodzącego słońca, zostawiając za sobą przesłanie do czytelnika. Otóż więc mój drogi dawny współtowarzyszu niedoli: jeśli tkwisz w pułapce poszukiwań łatwego rozwiązania, szybkiego lekarstwa, uniwersalnego eliksiru szczęścia... to najwyższy czas się z niej wyrwać. Nie jest to nic łatwego, ani przyjemnego, możliwe że potrzebna będzie w tym pomóc osób trzecich, ale jeśli naprawdę chciałbyś żeby twoje życie wyglądało inaczej niż obecnie, to trzeba pomóc takiej zmianie. Nie ma uniwersalnej metody, każdy przypadek jest inny, ale jedno jest pewne: zasiedzenie się w komfortowej grupce wsparcia nie jest rozwiązaniem. Pocieszanie nie stymuluje, nie zachęca do walki. Komfort jest wygodny, daje wymówkę dla braku wysiłku. Nie mówię, że usunięcie konta magicznie cię uzdrowi. Nie mówię, że każdy kto wpadł tutaj na chwilkę żeby się wygadać jest zgubiony. Ale jeśli od lat narzekasz na to, że twoja sytuacja się nie zmienia, to - spróbuj zacząć od dobrowolnego wyjścia z tej strefy komfortu. Odpocznij od głaskania po główce. Daj sobie skopać tyłek. Mierzi cię kiedy słyszysz porady o wyjściu na dwór? Wydają się małostkowe, nie mające szansy na zdziałanie czegokolwiek w twojej sytuacji? To zasmakuj przekory! Wyjdź na dwór wbrew własnej chęci na apatię! A kiedy wrócisz do domu i okaże się, że to nic nie pomogło - nie loguj się tutaj, żeby na to ponarzekać. Nie daj okazji na to, żeby tuzin osób utwierdziło cię w przekonaniu że to co zrobiłeś nijak ci nie pomoże. Bo o ile ciężko w to uwierzyć będąc w samym środku depresyjnych cierpień - to właśnie takie małe popierdółkowate zwycięstewka pomagają koniec końców zburzyć zbudowaną w duszy palisadę odgradzającą cię od "zdrowego" świata. Nie szukaj taranu - hoduj korniki... PS. Powtórzę, że nie chciałam nikogo tym postem obrażać. Jeśli czujesz, że się on ciebie nie tyczy, albo zmagasz się z innymi problemami niż zmagałam się ja i pobyt tutaj autentycznie ci pomaga - to tylko i wyłącznie życzę powodzenia, ba, wręcz przepraszam jeśli kogoś nieumyślnie dotknęłam! PPS. Obojętne czy zdecydujecie się tu zostać czy stąd zawinąć - wszystkim tutaj życzę jak najszybszej wygranej z problemami, jakiekolwiek by one nie były! PPPS. Nie podam jaki miałam wcześniej nick ani nie pozdrowię nikogo w szczególności, bo nie chcę przyprawiać nikogo o niepotrzebne zaangażowanie, przypominanie sobie o czym rozmawialiśmy, itd. Myślcie o sobie a nie o mnie :)
×