Witam ponownie. Mam nadzieję, że nikt nie objedzie mnie za kolejny temat, ale staram się dociec kiedy i jak zaczynały się moje problemy, a ponieważ nie mam z kim o tym pogadać, więc umieszczam to tutaj z możliwością komentowania.
Otóż wszystko zaczynało się dziać w 1998 roku, kiedy zaczynałem (we wrześniu) 8 klasę szkoły podstawowej (przed cud reformami). Pamiętam dokładnie, że w ten dzień był w TV pokazywany pogrzeb Diany. Tego dnia czułem się wyjątkowo "dziwnie". I wieczorem dostałem "kręcz karku" - moje głowa odchyliła się do tyłu i nie mogłem jej opuścić w dół. Przyjechało pogotowie, dostałem jakiś zastrzyk, który "rozluźnił" mieśnie i jakoś przeszło. Lekarz stwierdził naderwanie, lub zerwanie mięsnia koło obojczyka. Po jakimś tygodniu zaczęły się cyrki. Najpierw "mroczki" przed oczami, później "przekrzywianie" się obrazu w prawo i zawroty głowy. Z rodzicami odwiedziliśmy całe "stada" lekarzy. Nikt nie wiedział od czego to. Wtedy bałem się chodzić do szkoły i zawaliłem cały pierwszy semestr. Pediatra sugerował wtedy nawet, że udaję aby nie musieć chodzić do szkoły. Po jakimś 1/2 roku wszystko jakby przeszło, ja poprawiłem wyniki i skończyłem szkołę. Nie dostałem się do upragnionego L.O u siebie w mieście (złe oceny z I semestru - niedostateczny z plastyki i dla kontastu dobry z jednak trudnego przedmiotu, jakim jest chemia) i na skutek decyzji ojca (bo nie wypada, aby mój syn kończył zawodówkę!) dostałem się do L.Z (Liceum Zawodowe) w Cieszynie. W pierwszej klasie nie działo się nic niedobrego, ale nie zdałem jej. Czułem się wtedy jak śmieć, ale rodzice przekonali mnie, że każdemu czasem coś nie wychodzi. Więc poprawiłem się i zdałem następnym razem bezproblemowo. W drugiej klasie (2000 rok) zaczęło się znowu coś dziać. Lęki, przekrzywianie obrazu, nieobecności w szkole. Dzięki upartości mojego nauczyciela historii (nie można się poddawać) miałem na koniec tylko dwie pały. Szkoła zgodziła się na komis (Fizyka i matematyka). Czułem się w tamte wakacje jakoś dziwnie, ale postanowiłem się zmobilizować i zdałem te 2 egzaminy. Byłem już w 3 klasie. Początek taki jak zawsze, ale już od listopada czułem się fatalnie. Ogromne zawroty głowy, problemy z koncentracją, mgła przed oczami i ogromne lęki. Po pierwszym semestrze 8 pał. To był już koniec. Czułem się fatalnie, a samotność bardzo mi dokuczała. Bałem się wychodzić z domu. Wtedy żyła jeszcze moja babcia, więc gdy się coś działo, wiedziałem, że nie jestem sam w domu. Wypisałem się ze szkoły, by po 2 tygodniach znów się do niej zapisać, do tej samej klasy, aby później ją powtarzać. Objawy przechodziły, ale pojawiła się depresja. Poprosiłem o pomoc swoją ciotkę, która jest psychiatrą. Po wszytkich badaniach wyszło, że jestem zdrowy. Myślano, że to choroba psychiczna. Ciotka jako, że nie powinno się leczyć rodziny skierowała mnie do szpitala psychiatrycznego w Katowicach Ochojcu. Byłem tam jedeń dzień, ciotka najadła się takiego wstydu, kiedy mnie "wyciągała", ale do dziś mam koszmary z tamtym miejscem. Kraty w oknach, pasy bo nie chciałem dobrowolnie zjeść Relanium 2mg i ta wyjątkowo wredna doktor W. (nie podaję nazwiska celowo). Kiedy wróciłem do domu jeszcze przez miesiąc bałem się, że pójdę na pasy, że po mnie przyjadą. Depresja się nasilała. Zaczął się nowy rok szkolny. Kiedy poszedłem do nowej klasy i zrozumiałem, że już dawnych kolegów nie mam i nie będzie ich już (a byli to wyjątkowi ludzie) załamałem się. Zażyłem 300 tabletek nasennych. Niestety (a może stety) babcia szybciej wróciła do domu z targu. Odratowali mnie. Poszedłem do psychiatryka i pomogło mi to. Poznałem bardzo miłego pana Zbyszka i bardzo "sympatycznych" i mądrych lekarzy. Podczas swojego pobytu tam wyciszyłem się i przeczytałem książkę "Potęga Podświadomości" Josepha Murphego. Bardzo mi to pomogło. Ale nie potrafiłem już wrócić do "normalnej" szkoły. Zapisałem się więc do szkoły eksternistycznej. Po roku (znowu w wakacje) depresja znowu wróciła. Znowu chciałem się zabić. I znowu nie wyszło. W międzyczasie ciotka, która była i nadal jest kimś bardzo ważnym zerwała ze mną wszelkie kontakty. (A mieszkamy 40 kilometrów od siebie). Bardzo mnie to zabolało. Ale jakoś żyłem. W 2004 zmarła moja bacia (ze starości). Czułem się wtedy fatalnie. Nikt nawet mnie nie zapytał jak się czuję po jej śmierci, a przed jej pójściem do szpitala powiedzieliśmy sobie wielu złego. Niestety nie zdołałem jej już przeprosić. Dodatkowo ojciec (bo to była jego mama) chyba w złości powiedział, że babcia zaczęła czuć się źle po moich próbach samobójczych i to moja wina, że umarła. Bo gdyby nie moje wybryki, to nadal mogłaby żyć. Jak się wtedy czułem, chyba nie muszę pisać. Nadal mam ogromne poczucie winy z tego powodu. Ale jakoś się układało. Do tamtego roku. Miałem ogromne problemy aby zmotywować się do skończenia szkoły. Aż do września tamtego roku. Wtedy to umówiłem z ciotką. Potraktowała mnie jak śmiecia. Nie miała nawet czasu by ze mną porozmawiać. Dowiedziałem się od jej mamy (a mojej drugiej babci) jak jej mąż motywuje ich syna do nauki. "Ucz się synku, bo inaczej skończysz jak Krzysiek. W wieku 22 lat bez przyjaciół, bez dziewczyny, bez żadnych perpsektyw. Całowicie zależny od innych". Coś we mnie pękło. Postanowiłem, że skończę szkołę i udało się. W listopadzie (bo we wrześniu miałem do zdania 5 egzaminów) skończyłem szkołę, ale nikogo to nie obeszło. Nikt mnie pochwalił, za to zaczęli mówić, że też mi sztuka. Taki rodzaj szkoły skończyć. Poczułem się ogromnie wypalony. Dziś nawet nie wiem, czemu kończyłem tą szkołę. Chyba dlatego, że wydawało mi się, że jak będę miał to "średnie" to rodzina zacznie się do mnie odzywać i inaczej mnie postrzegać. Pomyliłem się i to bardzo. Wtedy też znowu "to" dało o sobie znać. Pojawiły się zawroty głowy, uczucie nierealności, nadciśnienie, itd. Po jakimś miesiącu wszystko przeszło. Ale nadal czułem się fatalnie. W maju miałem urodziny i bardzo liczyłem na to, że ciocie zadzwoni z życzeniami i przyjedzie w niedzielę, tak jak to zawsze robiła. Niestety, nawet nie zadzwoniła. Wtedy coś we mnie pękło. Poczułem się jak śmieć, jak ktoś kto nie istnieje. I samo się już potoczyło. Zawroty głowy, przekrzywianie obrazu, lęki, drętwienie ust, uczucie tracenia przytomności. Znowu przyszły myśli samobójcze. I jakoś to nie chce przejść. Wszystko jest nie tak, jak miało być.