Haha... Ostantio chodzilam jak motorek. Otwarta na życie, na ludzi, gotowa nie jeczec. A teraz znowu jestem w tej mojej beznadziejnej sztuce teatralnej i nie chce nic z tego co chcialam gdy bylam w neutralnym nastroju. Moze ja sobie uroilam dgzies podwiadomie ze ja musze ciagle grac ducha rzucajacego sie po pudelku zapalek. Ja nie wiem... Rano jeszcze na neutralu dojrzalam do tej mysli ze musze zaczac brac leki. Po poludniu w ciagu minuty poczulam wstret do wszystkich ludzi, do siebie. Nie chce tych wyidealizowanych marzen. Chce tylko spokoju.
Nerwica to taki moj kochanek musze poswiecac dla niej wszystko. Bo ja ją bardzo kocham. Za ta ze jest fascynujaca i inna niz wszyscy. Gdybym stracila ja stracilabym szanse na kontakt z czyms niezwyklym.
Mam dwa rozne poglady . Wspolne jest to ze nic nie chce robic, a ja juz cos robie to i tak zaraz dostaje nerwica po lbie. Za szybkos ie poddaje? Dziwnie bo calkiem myslenie mi sie wtedy zmienia. Czego ja chce?