-
Postów
2 356 -
Dołączył
Treść opublikowana przez nvm
-
1) Po orzechach nerkowca miewam wzdęcia. 2) Krople żołądkowe zapewne lepiej jest wypić w połowie szklanki wody, a nie w całej szklance. 3) Ból fizyczny skupia naszą uwagę i pozostałe problemy tracą na znaczeniu. Dlatego, gdy ból fizyczny ustaje, odczuwamy ulgę i radość. Jest też pewne "vacatio" zanim powrócimy do pełnego skupienia się na naszych "problemach". 4) Przeżywając różne bolesne sytuacje i doświadczając cierpienia, jednocześnie wyciągamy wnioski, które umożliwiają nam z czasem ograniczenie występowania tych konkretnych cierpienio- i bólo-gennych sytuacji. Z biegiem czasu zatem prawdopodobieństwo wystąpienia tych konkretnych rodzajów cierpienia maleje, bo uczymy się go unikać, nie pakować się w nie. Jednak nie ma gwarancji, że nie wpakujemy się w jakieś cierpienie nowe, którego jeszcze nie "rozpracowaliśmy". A tylko ten nie popełnia błędów, kto nic nie robi, więc może lepiej nic nie robić
-
A jakiż mógłbym być wówczas z siebie zadowolony i dumny ;] To chyba jednak z mojej strony po prostu pycha
-
pokonacstres.pl Tak. Zapewne masz rację. Dziękuję za tego posta. Przypominasz mi trochę moją wizję lepszego siebie, jaki mógłbym być w przyszłości. Jest we mnie pycha. Sporo pychy. Boję się śmierci swojego ego, tzn. utraty swojego wizerunku samego siebie i myślę, że to może być dla mnie kluczowy problem. Właściwie mógłbym przeprosić za swoje zachowanie cyklopkę i kosmostradę, ale jakoś mi tak głupio się teraz przyznać xD Wstyd mi po prostu Poza tym nie mogę obiecać, że znowu się tak nie zachowam. To są dla mnie silne i bolesne emocje, a tryb ochrony ego bardzo łatwo się u mnie włącza. Przypomina mi to trochę ten czarny kostium spider-mana. Ale niech będzie, przemogę się: cyklopko i kosmostrado: przepraszam. Macie rację, że nad-interpretuję i tak dalej. Robię to, aby ochronić swojego ego i z powodu pychy, która mnie zalewa. Stąd też mój avatar - sympatyzuję z takimi narcyzami, bo mnie wyrażają. Nie mogę jednak niestety obiecać, że znowu się tak nie zachowam... Nie mogę niestety również obiecać, że się z tych słów później nie wycofam... Oprócz ochrony mojego ego, chodzić może mi jeszcze o dezaprobatę, odrzucenie, ostracyzm społeczny i banicję. Ale odnośnie ograniczenia mojej wolności, to chodzi mi tu na przykład o zobowiązania - że powinienem na przykład coś zrobić, albo określoną ilość czasu poświęcić na coś; albo w określonym czasie znaleźć się w określonym miejscu; Albo jakieś zakazy i nakazy moralne, których powinienem się trzymać. Albo w końcu jakiś dyskomfort skłaniający i zmuszający mnie do zajęcia się czymś innym, niż to miałem w swoich "planach".
-
Chyba jestem w stanie, ale niestety nie potrafię.Tzn. mogę wyodrębnić kilka, które ostatnio zauważam (choć to tylko teoria!): "Mylisz się co do mnie!" "To ogranicza moją wolność. Nie mogę przez to robić tego, co bym chciał." Ale mam chyba poczucie, że w tamtym najbardziej stresującym okresie mojego życia było coś jeszcze. O, już wiem: Było: "Boję się Ciebie stracić. Nie mogę żyć bez Ciebie. Nie potrafię sobie wyobrazić takiego życia." (ale z tamtą myślą się w jakiejś mierze w końcu uporałem (choć może nie do końca), wizualizując sobie takie życie bez niej) "Boję się cokolwiek powiedzieć, bo się między nami znowu może popsuć. Ja będę się czuł winny, a Ty możesz znowu spróbować przeze mnie popełnić samobójstwo." Teraz jakiś stres powstrzymuje mnie przed wysłaniem tego posta. Obstawiam: "To skłoni ludzi do powiedzenia na mój temat jakichś bolesnych głupot, czyli krytyki, z którą nie będę się zgadzał. A ja źle się będę czuł takie wypowiedzi antycypując.Dobrze wiem, że przecież moje emocje nade mną wezmą w takich sytuacjach górę, bo za dla mnie za silne i za szybko się uaktywniają." "Ten stres ograniczy moją wolność. Nie będę mógł przez to robić tego, co bym chciał. Podobnie jak działa na mnie ból i dyskomfort fizyczny zresztą." Odnośnie pójścia do pracy i wszelkich innych zobowiązań (także takich jak pójście do psychologa): "To ograniczy moją wolność. Nie będę mógł przez to robić tego, co bym chciał." Odnośnie skontaktowania się z kimś - podobnie jak z wysłaniem tego posta.
-
O ile mi wiadomo, ani o jedno, ani o drugie. Chodziło mi o potrzebę zachowania spokoju ducha i jasności umysłu. I o to, że silne emocje (stres, adrenalina, nor-adrenalina), które intensywnie odczuwam temu nie sprzyjają. Więc się od silnych emocji staram odcinać. Silny przewlekły stres nie pozwala mi spać, jeść, wszystkiego mi się odechciewa (w tym żyć, jeśli jest odpowiednio silny) - dlatego staram się go unikać i wszystkiego, co do niego prowadzi. Być może z tą kontrolą źle się wyraziłem - chodziło mi o to, że straciłem kontrolę nad sobą i swoim życiem, bo byłem targany stresem, który mnie zaślepiał i odbierał mi rozum, spokój ducha i jasność umysłu. Wysławiam się tak, jak na daną chwilę potrafię.
-
Ja niczego takiego sobie nie życzę. Niczego od Ciebie nie oczekuję, nie żądam, ani nie wymagam. Rób jak uważasz. Więc nie zarzucaj mi, że czegokolwiek sobie życzę od Twojej osoby. Nie. Nie piszę "momentami niejasno i niekonsekwentnie". Piszę "momentami niejasno i niekonsekwentnie dla Ciebie". Może się znaleźć ktoś, kto takich problemów z czytaniem moich postów już nie będzie miał. Bon Voyage! Jakby to powiedział mój avatar: "I don't need anybody's help!" xD Piękne słowa, ale puste. Nie widzę dla nich praktycznego zastosowania w swoim życiu (a już zwłaszcza w kwestiach przedstawionych w tym temacie), czyli jak konkretnie miałbym je zaimplementować. Być może po prostu nadal nie do końca rozumiem o co Ci chodzi. A być może to Ty mi po prostu niesłusznie zarzucasz coś, co tak naprawdę mnie jednak nie dotyczy wcale (albo prawie wcale). Bzdura! To Ty nadinterpretujesz moje wypowiedzi, nazywając je nadinterpretacją ;] Gdybyś patrzyła obiektywnie, to byś zrozumiała, że to są tylko hipotezy, z którymi pozwalam się ludziom skonfrontować. Czyli po prostu nie rozumiesz o co chodzi tak naprawdę ;]
-
I jeszcze coś: uważam, że powinienem być tutaj w pełni sobą i otwarcie wyrażać swoje uczucia i emocje. Pozwolić im mówić za mnie. Jeśli to kogoś do mnie zraża, to droga wolna - oznacza to najprawdopodobniej po prostu, że dana osoba nie jest częścią rozwiązania. Tak samo uważam, że pacjent może być wobec terapeuty bezczelny i go dowolnie zbluzgać, jeśli to mu w duszy gra. Jeśli terapeucie to przeszkadza, to d... z niego a nie terapeuta
-
I jeszcze jedno - naprawdę? Naprawdę tego nie widzisz? Nie rozumiem, jak można tego nie rozumieć. Naprawdę nie dostrzegasz, że przypisanie ludziom jakiejś roli (nawet z dialogami!) i zaprezentowanie jej im, aby mogli się z nią skonfrontować, to właśnie świetny i bardzo efektywny sposób, aby ich lepiej poznać? To jest jak przedstawienie im swojej hipotezy, aby mogli się do niej ustosunkować. Oprócz tego ludzie czasem mogą kłamać, więc jeśli ja udam swoją pewność, to zmniejszę ryzyko tego kłamstwa (tak samo robi policja, przesłuchując przestępcę - przynajmniej na filmach ).
-
Hmm...chyba nie przeczytałaś wszystkiego w tym temacie, bo inaczej byś tego zdania nie napisała. A więc taką rolę mi przypisujesz, zamiast mnie poznać?Co konkretnie Twoim zdaniem źle zrobiłem tutaj? Emocje to są po prostu odczucia w ciele. Odczuwam je intensywniej, bo mam wrażliwy układ nerwowy. Emocje zawsze dotyczą tego, co się dzieje w naszej głowie. Ani drugi człowiek, ani zewnętrzny świat, same w sobie na to nie wpływają. Zawsze chodzi o naszą interpretację, czyli o to, co się dzieje w naszej głowie. Nie musisz sobie kpić z emocji, które targały moje ciało i mój umysł. Przyjmuję do wiadomości, że tak miałaś. To Ty nie jesteś prawdziwym człowiekiem? Tego, co czuje drugi człowiek, nigdy się nie dowiesz. To zawsze będzie tylko jakaś Twoja projekcja, czyli będzie pochodzić z Twojej własnej głowy. Choćbyś na rzęsach stawała. EDIT: Gdyby ktoś chciał mnie nieco lepiej zrozumieć, to niech wie, że wykazuję większość cech osobowości unikającej: stałe napięcie i niepokój, - TAK poczucie nieatrakcyjności indywidualnej, - NIE koncentracja na krytyce, - TAK niechęć do wchodzenia w związki, - TAK ograniczony styl życia – zapewnianie sobie fizycznego bezpieczeństwa, - TAK unikanie kontaktów społecznych z obawy przed krytyką, brakiem akceptacji, odrzuceniem - TAK Teraz - jeśli chcecie - możecie to wziąć pod uwagę i lepiej zrozumieć moje zachowania, także w tym temacie. Choćby moją koncentrację na krytyce. EDIT 2: Aha - i uważam, że mówienie komuś w takim kontekście "Twój wybór" jest okrutne i może świadczyć o braku zrozumienia.
-
Nie, nie jestem psychologiem. Ale zabolał mnie (wyczytany między wierszami) zarzut, że nadmiernie ufałem swojemu modelowi cyklopki, podczas gdy miałem do tego modelu dystans, a to był tylko świadomy strzał. Czyli zarzut, że jestem jakimś zaślepionym idiotą ;] A co do wolności...dla mnie wolność, to przede wszystkim wolność od zobowiązań i przymusu. Tobie zapewne chodzi o to, że żyję w klatce, bo ulegam swoim lękom i żyję w ograniczonej strefie komfortu. Rozumiem takie spojrzenie, ale to jest inny rodzaj wolności. Ja przez wolność rozumiem tutaj niezależność, nie byciem ograniczonym przez jakieś sytuacje, zobowiązania i przymusy zewnętrzne. To lekceważące stwierdzenie, że jestem w klatce, również mnie zabolało. Jak chcesz i potrafisz, to możesz analizować, dlaczego konkretnie mnie to zabolało. Ja nie wiem. EDIT: Wolę z góry założyć jak najgorsze zamiary, niż się potem przejechać i rozczarować ;] Moje uczucia reagują same w taki, a nie inny sposób. Ja nie chcę ich negować. Wolę je tutaj po prostu otwarcie wyrazić. Dzięki temu - jeśli się mylą - możesz je przekonać. A tak, bym to niepotrzebnie kisił w sobie.
-
Nie wiem, jaka jest Twoja interpretacja. A manipulacja to jest coś, czym często się posługujemy odruchowo i nieświadomie. Choć istnieje też oczywiście bardziej wyrafinowana jej forma, używana z wyrachowaniem. Ja na przykład posłużyłem się manipulacją w stosunku do cyklopki. Zarzuciłem jej coś, czego nie byłem wcale pewny. Czasem po prostu jest to dla mnie łatwiejsze niż dokładna i rzetelna komunikacja. Wymaga mniej wysiłku i energii. Zdaję sobie również sprawę z tego, że prawdopodobnie w ostatnim poście dokonałem pewnego przeniesienia swoich negatywnych emocji względem mojej eks na Ciebie (podłożyłaś się z tym schematem - "Chciałam, ale mi się odechciało", a to wywołuje u mnie bolesne wspomnienia). I uważam, że - na forum psychologicznym - to dobrze. Dobranoc. EDIT: Jeszcze jedno. Moja reakcja może też się brać z tego, że początkowo wziąłem Cię za faceta (Może domyślnie przydzielam każdemu płeć męską, dopóki nie pojawi się coś, co temu zaprzecza; nick był pod tym względem neutralny, avatar również; formy żeńskiej użyłaś dopiero później). A facetów postrzegam jako z reguły mało empatycznych, bagatelizujących wszystko, lekceważących cudze cierpienia, lubiących złośliwości i płytkich. I przez taki pryzmat mogłem też tamtego pierwszego posta przeczytać.
-
Rób, jak uważasz. Nie musisz w ten sposób manipulować moimi uczuciami ("Chciałam zrobić dla Ciebie coś dobrego, ale zawaliłeś sprawę, więc mi się odechciało. Teraz żałuj."). Czułem się w ten sposób wielokrotnie w swoim związku i nie zamierzam już nigdy więcej takiemu emocjonalnemu szantażowi ulegać. Nie zamierzam Cię błagać o rozmowę. A jeśli Ci się rzeczywiście odechciało, to pewnie sama wzięłaś do siebie za bardzo moje słowa ;] W takiej sytuacji nie chciałaś wcale rozmawiać i dyskutować ze mną - tylko z jakąś Twoją wyidealizowaną wersją mnie; tu nigdy nie chodziło o mnie, tylko o jakiś Twój mojej osoby obraz; ja nie mam z tym nic wspólnego. Wątpię. Ja to odebrałem raczej na odwrót. Na naszym ostatnim spotkaniu to ona zdawała się właśnie nie liczyć z moimi uczuciami. Traktowała mnie jak zwykłego kolegę, znajomego. Może spotkała się ze mną z nudów. A może chciała mnie znowu wykorzystać. Później do niej zadzwoniłem. Chciałem usłyszeć od niej już tylko ostateczne potwierdzenie, że między nami już nigdy nie będzie tak jak dawniej, a potem o niej zapomnieć. Prawie się udało, ale nie chciała przez telefon odpowiedzieć na to, mimo iż nalegałem. Umówiliśmy się, że spotkamy się następnego dnia. Jednak później do mnie dotarło, że następnego dnia ona może jakoś mnie sobie znowu owinąć w okół palca, a ja się już nigdy wtedy od niej nie uwolnię. Bałem się, że może być jakąś sadystyczną manipulantką. Więc od razu przystąpiłem do dalszej części planu. Owszem, mogła mieć lekki żal, związany z tym, że ją wówczas "olałem", Jednak nie sądzę, żebym już wówczas był dla niej na tyle ważny, aby się tym jakoś bardziej przejmowała. 2 miesiące później do mnie zadzwoniła, ale telefon automatycznie odrzucił jej połączenie. I to był już koniec. Podejrzewam, że jej uczucia do mnie dzisiaj są raczej bliskie obojętności.
-
Tak. Mieszkam z rodzicami i mam oszczędności. Ale parę dyskomfortów jednak jest: Brak ubezpieczenia zdrowotnego Jakaś lekka praca (parę godzin w miesiącu) dałaby mi zadowolenie; wczoraj na przykład byłem w nastroju do poszukania jakiegoś szybkiego, lekkiego zlecenia, ale akurat padł mi net ;] Jednak już wówczas chciałem to zrobić kierując się swoją wewnętrzną radością, ale wbrew swojemu lękowi (podobnie zresztą wygląda moje pisanie postów na tym forum). Zyskałbym w ten sposób aprobatę rodziny i znajomych Miałbym jakieś dochody, a więc i moje oszczędności by się wolniej uszczuplały ;] No nie był ;] Może z wyjątkiem początku ;] Ona pewnie by się z taką opinią nie zgodziła A może mam po prostu Syndrom Sztokholmski xD Tak. Jednak odciąłem się w ten sposób od części samego siebie, co zrozumiałem dopiero po latach. Zamknąłem część swojego serca. Jeśli chcę być kiedyś całkowicie wolny, to muszę mieć na tyle "siły i mocy", by odzyskać poczucie kontroli nawet w obliczu takiego zagrożenia, jakim jest ona. Inaczej całe życie będę się bał, że kiedyś dojdzie do powtórki sytuacji. To jest chyba jedyny sposób na to, by raz na zawsze pozbyć się swoich lęków. Warunek: musiałbym tym razem być na to naprawdę gotowym. Myślałem raczej o czymś takim: "Wszystkiego najlepszego z okazji walentynek. Dużo zdrowia!". Gdyby doszło między nami do jakiegoś wznowienia kontaktu, to ja raczej myślę o niej w nieco inny sposób niż dawniej. Bardziej przyjaźń, bliska osoba, niż romantyczne zakochanie. Ale nie mogę przewidzieć przecież, jakie emocje uderzą mi wówczas do głowy i serca. Na chwilę obecną tego nie czuję. Jeśli będę się czuł tak jak teraz, to na pewno jej nie wyślę tych życzeń. Jednak były takie chwile, kiedy pchała mnie w tym kierunku jakaś wewnętrzna radość. Dzisiaj zrobiłem coś strasznego, przerażającego i szalonego - nie dość, że odblokowałem ją na telefonie, to jeszcze dodałem ją do listy kontaktów. Zrobiłem zresztą dzisiaj więcej szalonych rzeczy - zadzwoniłem do pewnej dawnej, bardzo dobrej koleżanki; oraz do takiej jeszcze jednej koleżanki; a także zadałem pytanie do psychologów na portalu abczdrowie.pl. Te wszystkie działania płyną z tego samego źródła: jakaś taka jakby wewnętrzna radość; na drugiej szali jest lęk. Nie ma potrzeby mnie obrażać ;] Nie wyciągaj pochopnych wniosków z tych literek, które napisałem. Jak już mówiłem, nie ma potrzeby mnie obrażać ;] No chyba, że jest.
-
Nie napisałaś. Dopowiedziałem sobie, tworząc jednocześnie w głowie model Twojej osoby, na podstawie dotychczasowych danych (a wiele ich nie mam); czyli trochę bawiłem się w dr House'a - zawsze najwyżej możesz mnie przecież wyprowadzić z błędu ;] Ja, żeby nigdy nie czuć się tak jak kiedyś, unikam wszelkich silnych emocji, bo one mnie dezorientują. A dodam, że ja odczuwam wszystko prawdopodobnie o wiele intensywniej niż inni ludzie (mam prawdopodobnie bardzo wrażliwy układ nerwowy). Żeby trochę lepiej zobrazować "powagę" sytuacji dodam, że mój lęk przed utratą kontroli objawia się między innymi brakiem pracy, choć mógłbym takową łatwo podjąć. Nazywam tak jak potrafię. Daj mi lepsze słowa zamiast tego, to może rozważę ich używanie ;] A co do Twojego problemu, to jeśli rzeczywiście to było irracjonalne, to może są to obsesyjne myśli? Zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne? Unikam silnych emocji. Przykład: mógłbym podjąć pracę, ale źle się czuję na myśl o tym, że by mnie to ograniczało i ciągle odczuwał bym emocje, ograniczające moją wolność. Inny przykład: chodzi mi po głowie wysłanie na walentynki życzeń do mojej byłej. Jednak wówczas mogłoby dojść do wznowienia kontaktu, zacząłbym odczuwać silne emocje i w związku z tym stracić poczucie kontroli nad sobą i swoim życiem. Stracić jasność umysłu i spokój ducha. Tak. Ale "szansa" to za mało.
-
Hmm...ja nie wiem, co Ty wiesz, ale ja to odebrałem jako: "Wielkie mi halo. Histeryzujesz z byle powodu. Jaaa to mam prawdziwe problemy, a nie takie duperele jak Ty. Chciałabym mieć takie błahostki jak Twoje, zamiast swoich problemów. Dupę ludziom niepotrzebnie zawracasz.".
-
Dziękuję. Bardzo mi pomogłaś xDPewnie lekceważysz moje przeżycia, bo ich nie rozumiesz. I dobrze. Życzę Ci, żeby tak pozostało.
-
Gdy byłem w związku, który dość szybko się popsuł, byłem targany tak silnymi emocjami, że moja percepcja stała się strasznie zawężona, a ja praktycznie utraciłem spokój ducha, jasność umysłu, oraz kontrolę nad sobą i swoim życiem. Nie potrafiłem trzeźwo myśleć, ani znaleźć wyjścia z sytuacji. Życie było dla mnie mordęgą i nieznośną torturą. Choćbym wówczas wygrał milion w totka, nic by mi to nie dało. Po ponad 2 miesiącach tych tortur, w końcu doszło u mnie do przebłysku świadomości, który pozwolił mi na wykonanie prostego ćwiczenia myślowego - wyobraziłem sobie dalsze życie bez niej i to mi pomogło. Już się tak nie bałem jej stracić, w związku z czym byłem gotów jej utratę zaryzykować, poprzez lekkie się od niej zdystansowanie. Wtedy najgorsze miałem już za sobą, choć nadal miała nade mną ogromną władzę. Z czasem między nami się coraz bardziej rozluźniało, powstawał między nami coraz większy dystans. Trudno mi podać konkretną datę, w której nasz status z "w związku" zmienił się w "to skomplikowane". Nawet, gdy już nie byliśmy razem, nadal miała nade mną wielką moc; moc rosła w siłę, ilekroć się spotykaliśmy lub doszło do jakiegoś nawiązania kontaktu. W pewnym momencie uznałem, że ja tak już dłużej nie mogę funkcjonować. W końcu się wykaraskałem i odzyskałem spokój ducha dzięki temu, że ją całkowicie usunąłem ze swojego życia (nie, nie da się zidentyfikować zwłok - żart xD). Zablokowałem ją na telefonie i w innych miejscach. Prawie zupełnie uniemożliwiłem jej kontakt ze sobą. Dzięki temu odzyskałem poczucie kontroli nad sobą i swoim życiem. Jednak... ...to był precedens. Nie poprzestałem na tym. Pokochałem to bezpieczeństwo i kontrolę. Później się coraz bardziej wycofywałem z różnych rzeczy, które wzbudzały u mnie zbyt silne emocje. Bo nie chciałem ponownie utracić kontroli i doprowadzić do kolejnego koszmaru. Ciemna strona mocy stawała się we mnie coraz silniejsza, muahahahaha...ekhm...na czym to ja...a, tak... Co z tym zrobić?
-
A zatem zalecasz mi zachowawczość i nie ryzykowanie? Wtedy by mnie nie było na tym forum i bym tego nie pisał.
-
Większość ludzi jest lekkomyślna, beztroska, pochopna, hedonistyczna i stosuje heurystyczne algorytmy zachłanne. Podejmuje lekkomyślnie działania, których potem żałuje. Z drugiej strony większość ludzi, mając takie lęki, ulega im po prostu i wpadają przez to w zaburzenia obsesyjno-kompulsyjne. Zatem to zależy jak patrzeć.
-
Gdy czuję jakiś lęk, to moja odruchowa automatyczna reakcja to: "Muszę się teraz koniecznie dokładnie zastanowić, czy na pewno postępuję w tej chwili dobrze! Być może istnieje jakaś bezpieczniejsza, a zarazem również w miarę akceptowalna alternatywa i wówczas to ją powinienem wybrać!". Lepiej jest w takich sytuacjach: zrobić to, do czego mnie namawia lęk, czyli się zastanowić; (bo lęk może sygnalizować, że to nie jest najlepsze rozwiązanie) czy też może po prostu zaakceptować ten lęk, zignorować go i robić dalej to, na co mam ochotę (bo lęk to tylko jakaś irracjonalna reakcja organizmu, którą nie powinienem się zbytnio przejmować)?
-
Gdybym ja mógł coś zmienić w rzeczywistości, to byłyby to przede wszystkim 2 następujące rzeczy: 1) Jeśli piekło w ogóle istnieje, to chciałbym, żeby było i pozostało puste - po wieki wieków, amen. Nawet szatanowi i demonom nie życzę losu, jakim jest cierpienie, nie mające nigdy końca. 2) Po drugie, chciałbym całkowicie wyeliminować z tego świata zbyt silny ból fizyczny (na przykład według subiektywnych odczuć), aby już nikt więcej nigdy nie musiał go doświadczać. Po trzecie, gdyby złota rybka, tudzież nameczański smok mi pozwolił: 3) Od tej chwili całkowita eliminacja trwającego zbyt długo zbyt silnego i niechcianego cierpienia psychicznego (np. również według subiektywnych odczuć). Nie bardzo wiem, jak zagwarantować punkt pierwszy. Co do punktu drugiego i trzeciego, to myślałem o Projekcie Księżycowe Oko - Nieskończone Tsukuyomi (dla wtajemniczonych). EDIT: Uważam też, że psychicznie ja w swoim życiu nacierpiałem się tyle, że chciałbym aby to wystarczyło, aby już inni tak cierpieć nie musieli. Trochę bez sensu by było, gdyby jeszcze ktoś musiał przechodzić przez to samo. Chciałbym, żeby to, czego ja już doznałem, było wystarczające także dla innych osób. Chyba tylko wtedy tamto moje cierpienie nie będzie już takie zupełnie bezsensowne ;]
-
Jak uważasz ;] Potencjalna korzyść jest taka, że mogłabyś być bardziej rozluźniona, gdybyś pewnych rzeczy nie "musiała" już chronić. Co do Twoich reakcji, to ok, spoko. Mam dla Ciebie coś, co Ci się może bardziej spodobać:
-
Chodziło mi po prostu o strach, jako o naturalną, automatyczną, odruchową reakcję organizmu. Ja na przykład taki strach po prostu antycypuję, tudzież pojawia się wówczas lęk przed strachem. Moją jest chyba piekło i fizyczny ból.Tylko, że ja nie mówiłem nic o reinkarnacji. Mówiąc o wcześniejszych przeżyciach miałem na myśli po prostu wcześniejsze, ale w TYM życiu. Na przykład ja po nieudanym związku doszedłem do wniosku, że związki to zło i nie są wcale potrzebne do szczęścia, a inni zupełnie bezsensownie i głupio się w coś takiego pakują xD Mógłbym wówczas intelektualne i filozoficznie to uzasadniać, i tak dalej, ale taki dr House pewnie by mnie rozgryzł i doszedłby do tego, że to wszystko wynika nie z chłodnej intelektualnej analizy, tylko z bolesnych własnych doświadczeń ;] Inny przykład jest w pewnym starym filmie "Dwunastu gniewnych ludzi", opowiadającym o obradach 12 przysięgłych. Jeden z nich ciągle upiera się przy winie oskarżonego i ciągle intelektualnie i inteligentnie to uzasadnia, ale na koniec filmu wychodzą jego prawdziwe motywy ;] To dobrze. Ale zrobisz, jak uważasz. Na przykład, gdy ja oglądałem ten filmik po raz pierwszy, zaczęło mi się zbierać na płacz i nie obejrzałem go do końca. A odnośnie agresji - dlaczego piszę, że to dobrze. Rozmawiałem całkiem niedawno z kimś przez internet. Po pewnych rzeczach, które napisał, źle się poczułem. Czułem agresję, złość. Ale pochodziłem z tym trochę, poczekałem aż to się rozluźni i dotarło do mnie, przed czym się bronię. Okazało się, że tak naprawdę czuję się poniżony, zawstydzony, skompromitowany i upokorzony. Pochodziłem z tym dalej, to się w ciągu kolejnych godzin coraz bardziej rozluźniało, a ja się czułem coraz lepiej. Gdy odpadło to (choć tylko częściowo, a jednak dość mocno odczuwalnie) - ta potrzeba ochrony własnego obrazu samego siebie, to pragnienie ochrony swojego ego - byłem bardziej rozluźniony i swobodny. Czułem się naprawdę dobrze, tak jak się dawno nie czułem, jeśli kiedykolwiek. Później oczywiście moje uwarunkowania wróciły w jakimś stopniu, ale uważam, że tamto było dla mnie dobrym krokiem do przodu i tamten człowiek bardzo dobrze zrobił, że mnie wówczas "zgnoił". Choć robił to w atmosferze życzliwości, co mogło mieć znaczenie. Ale agresja może też wynikać z poczucia bezsilności, że to i tak nic Ci nie pomoże, Twój problem jest dużo bardziej skomplikowany, a to tylko jakieś kolejne pierdoły. A jednak, mimo wszystko, później możesz daną rzecz przetrawić i jakąś mądrość z niej zaczerpnąć. Poza tym, możesz też nie chcieć po prostu gwałtownej zmiany swojego nastroju. Ale to Ty sama musisz zdecydować, bo możesz nie być gotowa na to, by mierzyć się ze swoją agresją. Możesz nie mieć w tej chwili do tego zasobów. Tego ja nie wiem, to jest Twoja ocena. Jeśli niczego Ci w życiu nie brakuje, to i też nie masz powodów niczego zmieniać, tylko dlatego, że ktoś Ci coś polecił. Choć z drugiej strony, zamykanie się przed czymś z lęku przed utratą status quo również może być zgubne i frustrujące. I jeszcze pytanie: Czy jesteś zadowolona z siebie i swojego życia? Czy ten temat nie jest jakimś wołaniem o pomoc? Czy chcesz coś zmienić? Czegoś Ci brak? Czegoś pragniesz? Czego chcesz, tak naprawdę? Czemu miał służyć ten temat? EDIT: Uważam, że agresja to po prostu postawa walki - działanie obronne. Starasz się wówczas coś ochronić - prawdopodobnie wizerunek samej siebie. Na przykład te słowa mogą spowodować ukryty lęk przed utratą wizerunku kogoś, kto nie przejmuje się swoim wizerunkiem i w związku z tym spowodować agresję, czyli postawę walki w odniesieniu do swojego własnego lęku.
-
Byron Katie - "Kłamstwa o miłości". Przeczytasz lub nie - zrobisz, jak uważasz. Ja jednak w dużej mierze wierzę, że nasz światopogląd bierze się z naszych wcześniejszych przeżyć. Taki Dr House na przykład rozpracowywał ludzi, pokazując im, że ich filozoficzne mądrości mają tak naprawdę podłoże w ich wcześniejszych bolesnych przeżyciach. Ten serial nie jest oczywiście jedynym, w którym taki motyw można zaobserwować. Jeszcze jeden filmik - zrobisz, jak uważasz: [videoyoutube=sLK7cBdQx-U][/videoyoutube]