hooain
Użytkownik-
Postów
2 026 -
Dołączył
Treść opublikowana przez hooain
-
Do rozpoczęcia i częstej rozmowy z rodziną o swoich problemach będziesz niestety zobowiązana, chociażby z powodu myśli samobójczych. Myślę, że mama już Cię w pewien sposób rozumie skoro korzystałaś z porad psychologa i psychiatry i zgodziła sie na kolejną wizytę. Jest tutaj wiele ludzi, którzy przeżywają podobne rzeczy, w tym ja. Grunt to jakoś dotrybić te trzy tygodnie. Najgorzej jest przerwać terapię, bo z reguły dobre samopoczucie jest tylko iluzją, która pryska przy odpowiednio mocnym bodźcu. Ważne jest żeby efekt się utrzymywał, a na to nie ma innej recepty jak systematyczność. Trzymaj kontakt z mamą, opisuj jej dokładnie to co przeżywasz, żeby jak najdokładniej zrozumiała nature twojego problemu.
-
Nie czekaj na samoistne rozwiązanie się sprawy, nie pozwalaj też myślom żeby przekształciły się w czyny, bo szkoła to tylko jeden z wielu elementów życia, które stoi przed Tobą otworem. Nie pozwól, żeby echo problemów z przeszłości zadecydowało o twoim życiu. Nie musisz tego dusić, od tego są emocje by je uzewnętrzniać. Zawsze są jakieś osoby, które czekają na rozmowę i oferują pomoc. Szkolny pedagog, wychowawca, psycholog?
-
Słuchaj, moim celem nie było poniżenie Ciebie, ale uświadomienie Ci pewnej prawdy. Tak samo mogłabym Ci zarzucić, że uważasz, że potrzebuję dowartościowania się poprzez krytykę. Prawda jest zgoła inna - próbuję nakreślić schemat rozwiązania sytuacji w jak już mówiłam subiektywny sposób. Jestem tylko jednym z wielu atomów tej całej układanki, który kilkoma wysnutymi zaznaczam - przez niepoprawny umysł - zdaniami wywołał niepotrzebną spinę, będącą wynikiem nieprawidłowego i zbyt osobistego zinterpretowania ich przez Ciebie. Odnośnie twoich przekonań, przekonań powtarzam takich, jakoby władza była złem koniecznym ograniczającym człowieka, których to (poglądów) namiastkę ukazałeś w jednym z postów a które odebrałam na swój sposób, zaznaczyłam, że to moja osobista ocena, której, tu następuje cytat: nie powinieneś brać do siebie. Nie odpowiadam za to, że nie posłuchałeś. Próbowałam znaleźć alternatywne wytłumaczenie twoich problemów, które IMO oscylują wokół spraw bardziej społecznych i zahaczają o sposób identyfikacji swojej osoby w motłochu. Uderzyły mnie jedynie sprzeczności w twojej wypowiedzi. Nie patrz na to forum przez pryzmat mojej osoby. Nie chcę już insynuować tutaj pewnej analogii do postrzegania życia przez szkła drobnostek. Cóż no.. przeszkadza mi to, że jest Ci źle bo sens jest taki żeby było dobrze.
-
Forum odniosło się do tego co napisałeś, a przedstawiłeś niestety tylko pare strzępów, które każdy z nas zinterpretował jako standard ubrany w teksty typu: życie to bezsens, chce się zabić bo nie mam perspektyw etc. Reakcja w tym wypadku jest przewidywalna, sens to wyszukać plusy i uderzyć nimi jako odpowiedź łechtająca czyjeś smutne ego. Zrozumieliśmy Cię tak jak to opisałeś. W kolejnym poście luźny odbiór podpowiada, że czujesz się wyjątkowo przez swoje cierpiętnicze usposobienie, kreujesz siebie jako dekadencką osobliwość biernie walczącą w imię swoich szczeniackich przekonań. Subiektywna ocena, której nie powinieneś brać do siebie, bo mam zły dzień. Mówię szczeniacka, bo prawda jest taka że władza twoje wynurzenia, moje wynurzenia i nasze problemy ma w swoim tłustym władczym tyłku i czas sobie to uświadomić, wiec jakieś górnolotne pierdy opisujące uciemiężenie "psychicznej" jednostki w państwie są w pewien sposób wspomnieniem kochanego modnego romantyzmu. Narzekanie w tym przypadku jest próba ulżenia sobie w tym sajgonie, ale nic nie da. Leczenie nie daje efektów, bo może twój problem nie wiąże się tak drastycznie z psychą. Leczysz się a nie chcesz się leczyć, bo to Cię ogranicza. Więc gdzie sens? Może szukanie pomocy u tych, o których mówisz, że robią z ciebie marionetkę systemu i przesadna wrogość, która utrudnia bytowanie i jest pewnym paradoksem jest kolejnym, a może jedynym nieuświadomionym problemem? Idziesz do cyca matki, która karmi Cię trucizną. Świadomie ssiesz jakiś szajs, później stwierdzasz, że wszyscy chcą Cię wyujać. Teraz wszystko jest przyziemne.
-
To, że mówisz o sobie beztalencie nie znaczy, że nim jesteś, tym bardziej powinien Ci strzelić w głowe szotem porządnej dawki poczucia własnej wartości sukces jaki odniosłeś - rozpoczęcie studiów pomimo problemów, pasek w liceum - drobnostki a jednak sprawiają, że już jesteś lepszy od innych. Walczyłeś, wróć do tego. Swoją drogą patrzymy na siebie krytycznie, bo znamy teoretycznie swoją psyche i wnętrze, ale często to jest obraz zakrzywiony przez wyolbrzymianie. Nikt nie jest idealny, jestem po dwóch próbach jednak jakoś tłukę sie w życiu. Wyjdź i pokaż się z innej strony, nawet wymuszony uśmiech przyciąga, wypróbowałam chwilowo pomogło. Sama też próbuje załapać kontakt przez załosne wrzucanie tekstów na forum, bo a nuż ktoś pomoże. Pozdr
-
Skąd moja pewność, że to nie depresja? Należę do tych stabilnie niestabilnych. O ile w moim przypadku ze względu głównie na psyche, która w dużym stopniu jeszcze się kształtuje, nie można mówić o borderline, o tyle stwierdzono u mnie - po wcześniejszych, prawdopodobnie, chybieniach z nerwicą itp. - osobowość zmierzającą właśnie w tamtym kierunku. Wiek dyskwalifikuje mnie w kwestii jednoznacznego zdiagnozowania. Z każdym biegunem mojego nastroju jestem całkowicie zaznajomiona, a lęk w jakimś stopniu przed dwoma tygodniami również mi towarzyszył, bo jest wpisany w to z czym aktualnie się zmagam. Nie był jednak aż tak zintensyfikowany jak wczorajszego dzisiejszego i jestem pewna jutrzejszego poranka, nie dotyczył też konkretów, to jest coś w rodzaju: budzisz się i kminisz, że coś jest nie tak z tą pogodą, z tą wczesną porą, z tym pokojem, z twoim ciałem, z tym że leżysz w łóżku. Jedynie to budzi moje obawy - zmiana jaka zaszła z dnia na dzień rzecz jasna na gorsze. Chcę wierzyć, że reszta to zwykłe fanaberie.
-
Przez właśnie takie opinie przestałam odbierać uwagi psychologów jako coś wartościowego. Zresztą otwarcie od jakiegoś czasu twierdzę, że psychologia i psychiatria to ściema i szarlataństwo. Jest to mój subiektywny osąd, podparty "wrażeniem" jakie wywarli na mnie ci specjaliści. Mówiąc wprost zostałam przerżnięta psychicznie przez mądre ucho zbyt wielu osób. Co do depresji - jestem raczej przymułem, to nie depresja.
-
Jestem młodym szczylem, dlatego w okresie wakacyjnym zawsze starałam się wycisnąć ze snu jak najwięcej, budziłam się około godziny 12.00 z otwartą japą i przypuszczeniem, że przekimałam całe swoje życie. Od jakichś dwóch tygodni zmienił się całkowicie mój tryb funkcjonowania. Wstaję, jeśli biorąc pod uwagę moje przyzwyczajenia, dość wcześnie, bo ok. 7.00. Sposób przejścia w jawę jest też inny, jest "rześki", sen wydaje się być wtedy jedynie mrugnięciem. Pomyślicie: więc w czym problem? A no w tym, że towarzyszy mi wtedy straszny lęk, lęk paradoksalnie nasilający się w słoneczne dni, lęk przed słońcem, niekiedy chłodem, przed samą aurą jaka towarzyszy rannej porze. Budzę się i myślę, że to koniec wszystkiego, wstaję i czuję - mówiąc delikatnie - psychiczny dyskomfort. Leżąc, jestem w stanie podobnym do tego gdy, przepraszam za wyrażenie, zbiera się człekowi na bełta. Głowa pęka, brak apetytu, wrażenie ściskania w gardle i żołądku. Każdy poranek jest teraz dla mnie walką, podczas której oscyluję pomiędzy dwoma kiepskimi opcjami. Poranny lęk następnie w ciągu dnia słabnie, towarzysząc mi później już jako lekki niepokój. Kolejnym problemem są wyraźne marzenia senne, pomimo, jak już wspominałam, niemal nie zauważalnych teraz nocy i snu. Na dłuższą mete takie trybienie daje w kość, szczególnie gdy oczekuje się wypoczynku. Przytoczę może jeszcze słowa psychologa, który stwierdził, że braki z kontaktach z ludźmi odreagowuję w realistycznych snach. Ktoś doświadczył może czegoś podobnego?
-
Prawie miech z rispoleptem, kimam po nim jak suseł. Tyć nie tyję, nawet zrzuciłam pare kilosów, ale powodem była dieta. Mogę rzec jeszcze: lekkie otępienie mi towarzyszy, mam ciężkie powieki i zamulam ogólnie rzecz biorąc, mam również nieczęste zawroty głowy i problemy z równowagą. Tyle moich skarg i zażaleń. Jeśli już przytaczać przysłowia: nie taki diabeł straszny. Za uwagę dziękuję.
-
brałam od uwagę hipnagogię, ale jedynie przelotnie. nie zwróciłam uwagi jak to zwykle bywa.
-
Bladego pojęcia nie mam czy ma to jakikolwiek związek z objawami schizofrenii. Moje publiczne deliberacje zacznę od tego, iż już kiedyś zauważyłam dość interesujące "zjawisko" mające miejsce rzecz jasna w moim umyśle. Udaję się na spoczynek, wyciszam się, powoli walę w kimono i właśnie, podczas owego relaksującego pobytu w łóżku poprzedzającego senną podróż słyszę wśród dudniącej ciszy szepty, szumy, niekiedy ni to głośnie, ni to przytłumione, nawet gwałtowne słowa, które udaje mi się zrozumieć. Przychodzi to tylko wtedy, gdy nie docierają do mnie bardziej wyraziste bodźce, podczas po prostu nocnej ciszy. W związku z tym nasuwa mi się pytanie: czy ktoś z Was doświadczył kiedykolwiek czegoś takiego? Czy to normalne? Jestem hipochondrykiem, wrzucam już w świadomość jazdy związanie ze schizofrenią.
-
Kij z parkinsonizmem, ospałością, niepokojem, rozkojarzeniem etc. (zaczerpnięte żywcem z ulotki). Obawiam się bardziej zaburzeń jakiegoś rozwoju intelektualnego i transformacji w swoistego cyborga tj. spłycenia emocjonalnego. Mam najniższą dawke, łudzę się, iż codzienne sączenie nie zaszkodzi. Skoro skutki uboczne są możliwe, prawdopodobne, ale nie pewne.
-
Jak mówi stare polskie porzekadło: raz kozie śmierć. Żegnajcie żebra, kości policzkowe i zalążku talii (których zresztą i tak nie widziałam parę dobrych lat), żegnajcie pozostałości trzeźwego umysłu i żegnaj świadomości moja! Przy okazji tego dramatycznego rozstania z dotychczasową egzystencją: jak ktoś na swoim życiowym koncie ma jakieś doświadczenia z rispoleptem w syropku, niech dokona przelewu, bo szlag mnie trafia i trawią mnie wątpliwości.
-
Psychiatra przepisał mi rispolept (roztwór) 1mg/ml. Sporo naczytałam się o tym, że rispolept to wyjątkowy szajs, który cytuję: "pozbawia osobowości i robi z człowieka bezwolną istotę, takie zombie." No i stało się, podobny szajs mam teraz w portach, towarzyszą mi wybitnie wielkie obawy przed przyjmowaniem go. Tym bardziej, że nie mam pojęcia bladego czy konieczny jest lek na m.in. stany psychotyczne, schizofrenię, gdy ja teoretycznie zeswatałam moje ja z nerwicą. Zdaję sobie sprawę z tego, że małe dawki, jak wyżej wspominano, mają zniwelować natręctwa, jednakże czy warto narażać się na skutki uboczne? Śmierdzę amatroszczyzną, proszę o oświecenie w farmakologii. Dodam jeszcze, że zaczęłam przyjmować asertin 50.
-
Ciekawość i żarełko.
-
Czy samookaleczenia występują również w zaburzeniach nerwicowych?
-
Znaczy, że zostałeś potraktowany tak, jak traktowałeś innych. Zawsze zastanawiało mnie to, że przez kilka wydarzeń człowieczyna nabawić się może ostrego szajsu wewnątrz. Nie mów, że płacisz cene za swoje błędy, bo pogrążasz się bardziej (o ile twoje o sobie mniemanie jest kiepskie).
-
Graba, dokładnie. Piguł mi nie przepisano, łykam rozpaczliwie powietrze, bo dusi mnie życie niemal wśród kolaborantów. A co do przyczyn IMO: winię zbyt niską samoocenę i przewlekłą niepewność.
-
Też mam te jazdy i wiem jakie to uciążliwe, z tą różnicą, że ja wyłapuję drobne potknięcia, przejęzyczenia, przerwy pomiędzy kolejnymi zdaniami. Zawsze mam pewność, że współrozmówca kłamie, co automatycznie daje fale scenariuszy wykreowanych na jego niekorzyść. Każda nikła relacja z kimkolwiek otoczona jest otuliną podejrzeń i chyba niesłusznych oskarżeń, dlatego pogłębiam swoje samotnictwo. Ja m.in. z tego powodu udałam się do fachowca od czerepu, bo wiem że silnej woli nie mam i nad swoim umysłem kontroli najmniejszej nie posiądę. Cierpliwie czekam na rezultaty.
-
niech się stanie notabene jestem wśród swoich.
-
Saluton, witam. 17 lat na karku, choleryczny podlotek z nerwicą (natręctw) i stanami depresyjnymi. Organiczna powłoka jaką jestem tkwi na tym ziemskim padole i szuka jak alien cyberkontaktu ze znerwicowanymi, jestem samozwańczym imbecylem, dmucham w szklanki i poprawiam dywaniki. bless