Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Gołębiowa

Użytkownik
  • Zawartość

    10
  • Rejestracja

  1. Mogłabym na ten temat napisać książkę. Mam ojca alkoholika. Pije odkąd pamiętam. Ja, mama, brat na lekach. Mama straciła kompletnie zdrowie fizyczne, ja z każdym rokiem też mam coraz to nowe problemy. Jestem pewna, że przewlekły stres jest winowajcą. Brak poczucia bezpieczeństwa, brak możliwości rozmowy z ojcem o problemach, życiu... Nie nauczył nas niczego, wszystko jest zasługą mamy. Obecnie facetem w domu jestem ja. Przepycham rury, naprawiam różne rzeczy. Wspólne wyjścia sporadyczne, nigdy nie byłam z rodzicami na wakacjach. Nawet wyjście z ojcem do sklepu kończy się dla mnie wykończeniem psychicznym bo w trakcie musi się napić, szukać WC potem znowu napić i to jest najważniejsze. Nigdy nie miałam wyprawionych urodzin. Święta to dla mnie najgorsze dni w roku, mama jest tradycjonalistką i mimo wszystko stara się je obchodzić. W tej całej otoczce jeszcze bardziej boli świadomość, że ojciec i tak nie uszanuje naszej pracy, upije się, zrobi awanturę. Zero wsparcia z jego strony, kiedyś leżałam w szpitalu to po 3 dniach dopiero zapytał mamę gdzie ja jestem. Nie mówiąc i chorobach mamy, śmierci dziadków. Nigdy nie można na niego liczyć wręcz przeciwnie. Nie jemy przy jednym stole, niedzielę woli spędzać z kolegami przy alko. Wstyd czuję już tylko gdy spotkam go akurat na podwórku czy gdzieś i sąsiedzi nas widzą razem. Poza tym jestem świadoma , że nie jest to moja wina, że to on powinien się wstydzić. Odkąd pamiętam powrót do domu czy to ze szkoły czy od babci od koleżanki skądkolwiek to jeden wielki ból brzucha i kołatania serca. Przez nałóg ojca nasza rodzina nie istnieje.
  2. Gołębiowa

    Witam wszystkich

    Doskonale Cię rozumiem, też mam właśnie nawrót mimo, że leków biorę dużo. Wychodzę z domu tylko z kimś, sama nie daję rady. Czekam do piątku na wizytę i łapię się jeszcze resztek nadziei, że może leki niedobrane, że może jeszcze będzie pięknie... Trzymaj się dzielnie.
  3. Dziękuję Wam za wsparcie. Który to już raz próbuję... I znów leżę i użalam się nad sobą. W piątek wizyta u lekarza, zapewne zmiana leków także ciężkie czasy nadchodzą. Ale jeśli jest jeszcze jakaś nadzieja, chcę się jej chwycić.
  4. Gołębiowa

    moja depresja

    Hej, rozumiem Twoje odczucia związane z szukaniem pracy, ja już powinnam być uodporniona bo zmieniam co pół roku a za każdym razem stres niesamowity. Jednak chęć znalezienia swojego miejsca jest silniejsza. Tak żeby nie odliczać ciągle minut do końca a dni do weekendu... W obecnej sytuacji przez koronę jest coraz gorzej znaleźć coś sensownego i stabilnego. Jeśli chodzi o Triticco miałam mały epizod z tym lekiem +Citabax rano ale nie zaskoczyl więc zmienili mi na venle i pregabine. Standardowo dla mnie po kilku miesiącach leki przestały działać i jest gorzej niż przedtem. Także w tym tygodniu pewnie czeka mnie wymianka i robi mi się słabo na samą mysl
  5. Super czytać taki post gratuluję i na pewno jesteś z siebie bardzo dumna- wręcz powinnaś być! A podpowiesz krok po kroku jak to osiągnęłaś?
  6. Gołębiowa

    Witam wszystkich :)

    Samotność w związku jest gorsza niż bycie samemu. Jeśli jeszcze partner jest toksyczny... Nie życzę nikomu. Wierzę, że miłość sama was odnajdzie i będzie to osoba, która zrozumie was i będzie trzymać za rękę. Zanim poznałam tą prawdziwą miłość, przeszłam 3 związki. Tak naprawdę w każdym czułam się samotna. Jeden z nich totalnie toksyczny, 8 lat, zniszczył mnie do cna. Kolejny sielanka dopóki facet się nie napił i nie pokazał prawdziwej twarzy. Trzeci wszystko super do momentu, kiedy zrozumiałam, że jestem w związku z nim, jego rodzicami i siostrą a od kolegów nigdy nie będę ważniejsza. I w końcu poznałam kogoś równie poturbowanego, co ja i wiem, że jest nie tylko obok mnie ale i ze mną. Mamy bardzo pod górkę bo oboje mamy pogmatwaną sytuację ale czuję, że ta miłość może wygrać ze wszystkim. Tak czy inaczej boję się, że on nie wytrzyma i odejdzie.
  7. Gołębiowa

    Witam wszystkich

    Cześć, pamiętaj, że nie jesteś w tym sama. Też jestem nowa na tym forum, mam depresję, nerwicę. Jestem DDA. Wiele lat leczenia i marne skutki. Jest ze mną coraz gorzej czuję, że już sama sobie nie dam rady. Dlatego chętnie pogadam, podzielę się swoimi doświadczeniami i poznam wasze
  8. Mam dokładnie ten sam problem. Jeśli ktoś w moim otoczeniu ma zły humor, ja też. Jeśli ktoś mnie krytykuje lub powie coś, co uznam za krytykę od razu czuję się zerem... Doszukuję się zawsze drugiego dna, bez końca rozkminiam, analizuję...
  9. Gołębiowa

    Witam

    Część, jestem w tym samym wieku i też coś koło tego walczę z nerwicą. Kilka lat temu doszła depresja. Nie wiem, czy uda mi się z tym wygrać, straciłam już nadzieję. Chcę żyć ale nie umiem. Chcę umrzeć ale się boję.
  10. Witam wszystkich serdecznie. Robiłam już kilkanaście podejść do udziału w tym forum jednak zawsze odpuszczałam. Teraz dotarłam do takiego miejsca, że czuję, że sama nie dam sobie rady. Niebawem skończę 28 lat. Skończyłam studia, obroniłam magistra. Nie mam męża, dzieci, własnego miejsca na ziemi, zdrowia, pieniędzy ani spokoju. Mam narzeczonego, który również ma poplątaną sytuację i póki co nie mamy możliwości być razem na codzień- tylko weekendy. Mieszkam ze starszymi rodzicami. Mama choruje na RZS i coraz częściej zdarzają się dni, kiedy muszę podnosić ją z łóżka i zaprowadzać do toalety. Ojciec pije odkąd pamiętam, pracuje ale niedługo idzie na emeryturę. Nie bije ale kontakt z nim mam zerowy. Zazwyczaj się kłócimy. Ogarnięcie domu jest w większości na mojej głowie. Sprzątać można bez końca, bo tatuś nie sprząta po sobie i wszędzie robi chlew. Nie pracuję w zawodzie bo nie odnalazłam się w tym kompletnie. Idąc na studia miałam jeszcze jakieś marzenia i nadzieje, ale toksyczny związek i sytuacja rodzinna oraz diabeł wie, co jeszcze sprawiło, że stałam się cieniem samej siebie. Tyle tylko, że dużo grubszym bo przytyłam dobre paręnaście kilo. Nerwica odkąd pamiętam. Jako dziecko ciągle wymiotowałam, miałam biegunki i brak apetytu, ale nikt mnie wtedy nie zdiagnozował. Byłam bardzo wrażliwa. W podstawówce zaczęłam rozumieć, że nie dogaduję się z koleżankami. Miałam paczkę kolegów z którymi się trzymałam i grałam w piłkę. Później w gimnazjum poszliśmy do innych szkół i drogi się rozeszły. W nowej szkole nie znalazłam już przyjaciół. Czułam, że jestem z innej planety, izolowałam się. Zaczęły się tylko pierwsze nieszczęśliwe zauroczenia, przeplakane bezsenne noce. Miałam wtedy jedna 'przyjaciółkę' z innego miasta. Przyjaźń skończyła się bardzo boleśnie. Od tamtej pory nie zaufałam nikomu w takim stopniu by się zaprzyjaźnić. W technikum pojawiały się pierwsze stany depresyjne. W zasadzie od tamtej pory się leczę. Wtedy jeszcze nie brałam tego tak na poważnie, przerywałam branie leków jak tylko zaczynały działać. Och, byłam już taka silna, wierzyłam, że ich nie potrzebuję. Za jakiś czas z powrotem trafiałam do gabinetu. Nerwica się pogłębiała. Jakoś jednak to wszystko szło, miałam marzenia i wierzyłam, że osiągnę sukces. Studia zaoczne, praca po 180 godzin miesięcznie. Nie wiem, kiedy minęło te 5,5 roku. Pod koniec studiów nie byłam już sobą. Zaczęłam bać się ludzi. Rozmawiając nie mogłam się wysłowić. Nie patrzyłam w oczy. Do dzisiaj mam z tym problem. Na dzień dzisiejszy pracuję z domu. (dzięki Ci ) I czuję się bezużyteczna i bezwartościowa. Moim jedynym marzeniem, które jeszcze mam, to założyć szczęśliwa rodzinę, mieć swój własny raj- spokojny dom, męża, dziecko i zwierzęta. Przez to, że nie osiągnęłam tego, czuję się nieudacznikiem. Praktycznie nie wychodzę z domu. Boję się wyjść sama do sklepu a szczyt odwagi to wyjście z psem koło bloku. Chcę żyć ale nie umiem. Nie mogę znaleźć pracy, która da mi stabilizację. Zmieniam pracę co pół roku, rok. Przez to nie stać mnie żeby wyprowadzić się na swoje. Ciągle mam problemy ginekologiczne i nie wiadomo czy będę mogła mieć dziecko. Chciałabym je juz mieć tylko oprócz miłości nie mam nic, co mogę mu dać. I boję się, że odziedziczy po mnie skłonności do nerwicy i depresji. Sytuacja w domu jest dramatyczna i dobija mnie. Tylko jeśli nawet to jak się wyprowadzić i zostawić mamę tak schorowaną z alkoholikiem, który nie dość że nie pomaga to jeszcze dokłada pracy i zmartwień...? Obecnie jestem w takiej d.. że nie wiem co ze sobą i z życiem robić. Nie wiem od czego zacząć, czym się zająć zawodowo. Nie mam siły iść na studia i pracować jak kiedyś. Nie mam pieniędzy ani głowy na kursy. Biorę leki, od wielu lat, działają pół roku i nagle przestają. Obecnie jestem na Venlectine 150 rano i 75 wieczorem i Pragiola 75 rano i 150 wieczorem. Tak od roku. I czuję, że oprócz spowolnienia nie dają mi nic. Tak, ostatnio coraz częściej mam myśli samobójcze. Jednak brak mi odwagi żeby się zabić ale brak mi sił żeby zacząć żyć. Czuję się nikim. Choć narzeczony wspiera mnie jak może, to moja choroba jest silniejsza. Boję się, że on w końcu ze mną nie wytrzyma. A ja nie umiem żyć dla siebie, życie dla niego i mamy to ostatnie, co daje mi resztki sił żeby zostać na tym świecie. Ale to nie jest życie, to wegetacja. Nie chodzę na terapię. Nie stać mnie prywatnie a na NFZ nie chcę, żeby nie było śladu w papierach. Mam jakiś lęk, że ktoś kiedyś wykorzysta to przeciwko mnie. Szczerze zastanawiam się nad pójściem do szpitala ale nie wiem czy to ma sens czy ktoś mi jeszcze pomoże jeśli od tylu lat się męczę i jest coraz gorzej. Potrzebuję kogoś, kto wyciągnie rękę i pomoże mi krok po kroku ogarnąć siebie i swoje życie. Praca, dom, rodzina, spokój. Tylko tyle i aż tyle. Jeśli komuś udało się przebrnąć przez mój elaborat i chciałby podzielić się swoją opinią i doświadczeniami oraz odczuciami, czekam na odzew. Będzie mi bardzo przyjemnie popisać z kimś kto rozumie to, co czuję i czuje to samo lub udało się mu z tym wygrać.
×