Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

blackvanilla

Użytkownik
  • Zawartość

    12
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

    nigdy
  1. @Czarny miś ta druga kategoria, jest bodajże jedno polskie (pewnego "dzieciuchowego" nie liczę), więc... Na literkę H.
  2. Jak pisałam w temacie powitalnym, zmagam się z wieloma problemami, ale ostatnio najdotkliwszymi jest dla mnie nerwica oraz nasilająca się fobia społeczna, izolacja. Od ponad dwóch lat nie byłam nigdzie "na mieście", tak po prostu, poza jednym samotnym wyjściem do kina i jednym spotkaniem koleżanki z dawnych lat spoza miasta. Obecnie jestem po zakończonym prawie dwuletnim związku, zakończonym z mojej inicjatywy, ale ja nie o tym... Niemniej to poniekąd ważne w kontekście tematu. Język będzie dość dosadny, jeśli komuś to przeszkadza, uprzedzam; podobnie jak poruszenie wątku seksu. Jak ZMUSIĆ się do zrobienia czegoś, z czego - na dłuższą metę - będę odrobinę "zadowolona" i zmniejszy to moją izolację (chodzi o wyjście z kimś na pseudo-randkę, spotkanie zapoznawcze, ale nie poruchawcze... jeszcze) - ale czego się tak kurewsko boję...? ...że od paru dni nie mogę prawie spać i wyję, układam w głowie tysiąc scenariuszy od tego jak się ubiorę jeśli pójdę, co powiem jeśli nie, że nie wybaczę sobie nigdy i pogłębię izolację jeśli nie to doskonale zdaję sobie sprawę, ale opcja "pójdę" niesie za sobą panikę i wyjście poza strefę komfortu, wyrzucenie wręcz poza nią... Zawsze na spotkaniu w pubie mogę niby wstać i odejść jak coś będzie nie tak, ale chyba aż tak asertywna nie jestem, pomyślę sobie 'wytrzymam, głupio mi' i jakoś tak... Czuję się jak z rozdwojeniem jaźni. :( Wiem, że mi to pomoże, jak wspominałam, ale nie mogę się do tego przekonać mimo ustalenia już dziś dokładnego terminu, myślałam że jak to zrobię to trudniej będzie mi się wycofać. Próbuję sobie wyobrazić ulgę już po, ale nie chcę by ulga po spotkaniach z ludźmi wynikała u mnie tylko z faktu zakończenia tych spotkań i możliwości powrotu do chujowego comfort zone zaciskającego się niczym pętla na szyi, coraz ciaśniej... A to wymyślanie scenariuszy to moje przekleństwo i pierdolec; jak usiądę, jak się ubiorę, co odpowiem; tak bardzo chciałabym się z tego cieszyć i być spontaniczna. Zamiast tego (tu już mam świadomość, że lekko przesadzam, ale pojawia się cichy głosik - a jeśli nie?) mam wrażenie, że druga osoba ucieknie zamiast się do mnie IRL przysiąść, bo mam zwyczaj bycia 20 min wcześniej niż 2 minuty za późno. A jeśli będę wystawiona, to już w ogóle powrót do izolacji w chuj, choć teoretycznie są na to małe szanse... Zaś jeśli gadka nie będzie się kleić, no to bywa, koniec świata to nie będzie (choć i tak będę to tylko sobie wypominać przed snem miesiącami), progress jakiś tam w postaci odważenia się wyjść z kimś po raz pierwszy przez dwa lata z własnej inicjatywy, ale... No właśnie, mam tych ale z pięć tysięcy. :( To coś w stylu "chciałabym, ale się boję". Czasem dobrze skoczyć na głęboką wodę (jak np. pokonanie lęku wysokości skokiem na bungee, co zrobiłam i adrenalina po jest cudna), ale na samą myśl o wyjściu z domu włącza mi się tętno 200 i atak paniki oraz świadomość miliona złych cech swojego wyglądu/charakteru, nawet jeśli podświadomie wiem, że to choroba przesadza. Kolejna sprawa, boję się bliskości, boję się seksu, boję się jego konsekwencji, podczas wątpliwej jakości zbliżeń w przeszłości nie mogłam myśleć o niczym tylko "czy kondom się nie zsuwa/nie pęka", bo nie mogę przyjmować antykoncepcji hormonalnej ze względu na PCOS. Z tego też względu mam nadwagę i dość dysproporcjonalne ciało, małe piersi, na pewno nic seksownego mimo prób poprawy sytuacji przekłuciem sutków... Wiem INTELEKTUALNIE, że zabezpieczenie się prezerwatywą + tabletką poronną (jeszcze ważną mam w domu, Ellę sprzed wprowadzenia recepty) w razie czego daje mi PRAWIE pewność jeśli dobrze jej użyję, ale... No właśnie, mieszkam z babką, która najchętniej by widziała mnie żyjącą jako starą pannę z kotami, straszy mnie ciągle odnośnie zajścia w ciąże i dziecka, gdybym zaszła - albo aborcja (nie stać mnie) albo samobójstwo, bo nie urodziłabym, nie wyobrażam sobie tego, zniszczyłoby mi to studia i wszystko, całe moje życie. Zwłaszcza z facetem, z którym na 2-3 spotkaniu np. decyduję się iść do łóżka, ale nie jesteśmy w związku... Ot, przykład. Mam swoje "fetysze" i wiem, co lubię, teoretycznie jestem osobą otwartą w kwestii seksu; a jednak, w praktyce się spinam, boję się zdjąć stanik, boję się pokazać swojego ciała, boję się odrzucenia... Boję się ponad wszystko wpadki, choć intelektualnie wiem, że to możliwe w 0,00001% (anty + PCOS, który utrudnia zajście + tabletka w razie czego), teksty rzucane przez babkę jakoś "podświadomie" do mojego mózgu się wbijają i tam głęboko zostają. Jest to osoba z demencją, potrafiąca wyzwać mnie (wnuczkę) i swoją córkę (moją matkę) od "ćpunek, dziwek" i innych... Boję się, że na przykład po seksie oralnym skończonym w środku ust zostaną tam plemniki, pocałuję go gdzieś i jakimś cudem trafią do mojej pochwy, co zakrawa już na chorą obsesję; wybaczcie graficzne opisy, ale jestem w stanie pomyśleć jeszcze o wielu takich sytuacjach, np. przeniesione na palcach, na języku, źle założona prezerwatywa, felerna prezerwatywa, pisząc to płaczę i się nakręcam... TL;DR "chcę, ale się boję i wmawiam sobie chorobowo, że nie chcę wcale bo boję się odrzucenia, ale jeśli nie próbuję - tylko pogłębię izolację" - jakby nie było dobrego wyjścia... Niestety nie mam nikogo znajomego, takiego żeby mnie zaprowadził na siłę - rozważałam już to, i wtedy jakiś drink na odstresowanie i pewność, że nie ucieknę z pubu. Nie chcę nikogo skrzywdzić ani swoją chujową osobą, ani wystawieniem, bo to bardzo nie w porządku. :( Odważyłam się to napisać tylko dlatego, że rycząc jestem w 3/4 butelki wina. Mam dość spędzania każdego tygodnia tak samo, samotnie, płacząc, mam 22 lata i umarli mają w sobie więcej samoakceptacji i życia ode mnie...
  3. Mam okazję na spotkanie człowieka, który być może się mnie nie wystraszy, jednak fobiczne myśli już wkradają mi się do głowy i rozpłakałam się dziś przed lustrem stwierdzając, że w ogóle nie ma sensu próbować, że co ja sobie myślałam wdając się w dyskusję i zgadzając się na spotkanie... Usiłuję z tym walczyć, bo wydaje się naprawdę ciekawym i wartościowym człowiekiem, nie chcę go w żaden sposób (ani wystawiając, ani zapoznając z niczym ze swoich problemów) zniszczyć ani upokorzyć, ale sama się upokorzyłam na całej linii... Nie mogę spać od ponad 40 godzin bo ciągle o tym myślę, i wyję, i myślę...
  4. @Martinez22 Cześć, prawdopodobnie znamy się z innego forum; też moim diabłem (dodatkowym) jest heroina właściwie, bo acetylowana morfina z benzodiazepinami, a oprócz tego nerwica i depresja; jakby ludzie mogli mieć ciężej w życiu... Ale damy radę, od tego tu jesteśmy. Witaj! Sama jeszcze się zadomawiam.
  5. @Duża Mi oraz wszyscy inni - dziękuję za ciepłe powitanie. I nie, nie mam problemów z Kindelkiem nawet na minusowej; mam wersję Paperwhite z podświetleniem, I albo II generację włożoną w takie cienkie etui z magnesem z ekoskóry. Myślałam o jakimś ocieplaczu wełnianym na niego, ale na szczęście okazał się niepotrzebny. Prawdę mówiąc, to nigdy nie widziałam zamarzniętego Kindla... Chociaż kiedyś starsza wersja reagowała mi z opóźnieniem przez parę minut po wniesieniu do temp. pokojowej, więc odczekiwałam momencik i pozwalałam mu 'odmarznąć'. A odkąd mam Paperwhite, to szczęśliwie nie muszę się o to martwić, ale czasem profilaktycznie się na tym łapię jak np. wchodzę zmarznięta z przystanku do autobusu.
  6. blackvanilla

    Samotność

    Na portalu randkowym dochodzi do tego kwestia fejkowych profili, ostatnio mizogini przeprowadzają akcję "odwetową" na kobietach za to, że się z nimi nie umawiają (?) i stwarzają masowo męskie, atrakcyjne profile, po czym wystawiają kobiety, niejednokrotnie bawiąc się ich uczuciami. Nie będę wymieniała nazwy portalu, gdzie kwitnie ten pomysł; zaczyna się jednak na W. Dla mnie samotność to obecnie coś oczywistego, choć jeszcze około rok temu mieszkałam z facetem (również z podobnymi problemami) i okazalo się, że jak jedno chciało iść ku górze, to drugie ciągnęło na dół... I tak do końca. Oprócz tego, nie dogadywaliśmy się z kwestiach łóżkowych (miał zaburzone libido, ja tymczasem mam dość spore + ustalone preferencje oraz otwartość) oraz światopoglądowych, ale miał świetny charakter i uważałam go za swojego soulmate'a. Rozstaliśmy się bez krzyku, właściwie to potem wyznał komuś, że zabolał go brak płaczu z mojej strony. To, że nie pokazuję, nie oznacza, że przeżywam... Czy wyleczyłam się z niego? Nie wiem, ale powoli wszystko, co robię, przestaje mi o nim przypominać. Chyba jestem na dobrej drodze. Nie podejmuję jednak prób wyjścia z samotności - pewien mężczyzna zbyt nachalnie zainteresował się mną zaraz po rozstaniu i padły b. nieprzyjemne słowa - po pierwsze, ciągle czuję, że jest za wcześnie, a po drugie... Z tak skrajnie zaniżoną samooceną (zdaję sobie z tego sprawę, ale nie umiem spojrzeć na siebie obiektywnie), po co kogoś męczyć? Bo uwierzcie, że życie z taką osobą jest męczące; wysysa pozytywną energię, jak ta tylko się pojawi. A ja nie chcę być dla nikogo ciężarem. I jestem skonfliktowana, bo ciało się domaga, a umysł chce uciekać... Byłam na spotkaniu, kawie ze znajomą, która niemalże siłą mnie wyciągnęła i jako, że zawsze miałam do niej słabość, to dziwnie się czułam w trakcie; przyjacielski uścisk nadinterpretowałam (a może nie?) sobie jako coś innego, spojrzenia i całusy także... Czuję się trochę jak pies, kopnięty (choć to ja zakończyłam poprzedni związek, ale nie byłam w nim dobrze traktowana, nie chcę się nad tym tu rozwodzić), który połasiłby się do każdego, kto tylko poklepie go po głowie, nawet wiedząc, że nic z tego nie będzie. Na pewno nie szukam teraz nikogo na stałe. Ale chciałabym mieć do kogo otworzyć usta, móc wyjść gdzieś... Z drugą osobą, moja fobia społeczna zanika, jeśli tylko czuję się w jej towarzystwie nieskrępowana. Zanika czasowo. Po rozstaniu to wszystko wróciło z tak zdwojoną siłą, że nie jestem w stanie się pozbierać i codziennie odczuwam ból, patrząc na uśmiechnięte, zakochane pary. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce, a moi rówieśnicy czerpią z niego garściami. Zamierzam wejść do "puli" randkowania po uporządkowaniu swoich problemów hormonalnych (PCOS) oraz paru innych spraw, ale odwlekam to w nieskończoność. Boję się samych procedur, a potem boję się być zraniona. Założyłam raz Tindera, miałam sporo par, ale potem mnie to przytłoczyło i usunęłam aplikację; wpadłam w taki dół, że nawet sms czy wiadomość był dla mnie trudny do sprawdzenia i można się z tego śmiać, dopóki samemu się tego nie doświadczy. Poza tym mam wrażenie, że im dłużej jestem w izolacji, tym bardziej jestem bezbarwna; nie mam czym zainteresować... Wychowywałam się bez ojca mimo jego obecności, więc podświadomie moze ciągnie mnie do starszych mężczyzn. W szukaniu na stałe na pewno będę rozglądać się za typem opiekuna, ale opiekuna zdolnego dostrzec aspekty mojej seksualności. Chciałabym czuć się swobodnie i bezpiecznie, a także nie drżeć ze strachu o wierność drugiej strony.
  7. blackvanilla

    Co teraz robisz?

    Wstawiłam wodę na kawę. Pora na poranny rytuał - "leki" (ekhem) i leki właściwe, tzn. klonazepam aktualnie z powodu zwiększonego stresu i tików, raz prawie napad mi się zdarzył w ostatnich tygodniach... Nawet nie pokłułam sobie aż tak rąk, o dziwo, przy "lekach". Potrzymają kilka godzin, potem znowu. Oprócz tego wybieram książkę do czytania, ostatnio skończyłam "Astrofizykę dla zabieganych" i wysyłam bezprzewodowo na Kindla, zachwycając się cudem techniki... Oraz sprawiam sobie mały prezent w postaci portfela z przegródkami z Mohito, pasującego do torby, po odkryciu ceny kuriera - 4.50 przy tak małych zamówieniach.
  8. Buty na zimę i prawdopodobnie też wiosnę, a jak dożyją, to i kolejną jesień; nude botki na niebotycznie wysokich platformach i z czarnym akcentem, nie znajdę dokładnie takich, ale coś podobnego... W rzeczywistości są wykonane na podobnym modelu, ale z jasnej skóry całość (a nie tylko pięta) i czarny element to pionowy, gumowany pas przy kostce (mocno rozciągliwy i pozwalający je założyć) oraz podeszwa. Można w nich nawet biegać po lodzie (sprawdzałam) dzięki dobremu wycięciu na podeszwie oraz dobraniu gumy jako jej głównego składnika. Jestem bardzo zadowolona, bo odkupiłam za bezcen (20 zł) przez zły rozmiar u kogoś, na mnie też nie były na początku dobre (40.5 podczas gdy noszę 41.5/42 damskie) ale jakimś cudem się rozbiły, jednak krew była i łzy też były... Ale jak kobiecie coś się spodoba, nie ma przebacz. Oprócz tego pasującą mi do ulubionej szminki (Cinnamon Spice od WnW) "nakrywajkę" z H&Mu, taką z działu basic, ale potrzebowałam czegoś w tym stylu. Tutaj akurat kolor czerwony, mój jest nieco bardziej ceglasty: I do tego około 15 chokerów, też okazyjnie. Jak widać na avatarze, uwielbiam je... Są tam aksamitki z perłami, aksamitki minimalistyczne, koronkowe i delikatne plecionki, a także bardziej w klimacie BDSM - z kółeczkami i takie "mocniejsze", o jakie właśnie mi chodziło. Oraz komplet w tym samym kolorze, kurtka z Sakury (azjatycka rozmiarówka, uch) b. podobna do tej: A także torba Mohito zakupiona za 15zł na OLX, nie znajdę dokładnie zdjęcia, ale to klasyczny "shopper" w tym kolorze z paskiem na ramię. Generalnie jestem b. zadowolona z zakupów.
  9. Ochh, to mój konik. Ostatnio zachwyciłam się adaptacją opowieści Lovecrafta, czyli Call of Cthulhu z 2018 roku, na którego premierę - wielokrotnie przesuwaną - bardzo czekałam. Gra nie jest idealna i posiada prawdopodobnie jeden z najbardziej irytujących poziomów skradankowych wszech czasów. Oprawa graficzna i muzyczna jest jednak wyjątkowo dopasowana oraz odpowiednio "plugawa", a gra nie sprowadza swojej fabuły do liniowości oraz posiada namiastki papierowego systemu RPG - na początku rozdajemy punkty naszemu protagoniście, tak więc np. mając nierozwiniętą percepcję ominie on przedmioty, dzięki którym mógłby kompletnie inaczej poprowadzić śledztwo i tak dalej... Oprócz tego co jakiś czas konsekwentnie odświeżam sobie trylogię wiedźmińską, ze szczególnym uwielbieniem dodatku "Krew i Wino" do ostatniej części. A osobom złaknionym rzadkich klimatów - cyberpunk z elementami PRLu - polecam grę Observer, to jedna z tych chodzonych przygodówek z interakcjami, ale ma też etapy quasi-zręcznościowe. Mocna psychodela i mocna pozycja, jak dla mnie.
  10. Mimo długiego snu, zaspana, zobojętniała na bodźce i owinięta w kokon ciepła jeszcze po wyjściu z łóżka. Przepełniona niechęcią do dzisiejszego wyjścia, gdyż miałam nadzieję na spędzenie go całego w domu, "w bezpieczeństwie"... Odetchnę z ulgą, gdy pozałatwiam już wszystkie sprawy, a póki co zrobię sobie przynajmniej kawę i może poczytam do świtu.
  11. Mam wobec tego mieszane uczucia, ale jak wczoraj położyłam się spać zmęczona o 18, to wstałam dopiero z godzinkę temu... Czyli można przespać tyle bez przerw.
  12. ...a przynajmniej silniejsza determinacja do osiągnięcia szans na takową, czyli blackvanilla mówi "cześć". I zastanawia się, ile może o sobie tu napisać na pierwszy raz... Ostrzegam, że będzie chyba dość nietypowo, ale to w końcu pokój zapoznawczy, uchylę więc rąbka alkowy. Poszukuję już od dłuższego czasu "swojego" miejsca w internecie, gdzie będę mogła porozmawiać na rozmaite tematy - nie tylko związane z chorobą, prawdę mówiąc to są momenty, że chcę odejść od jej tematyki jak najdalej - z osobami, które rozumieją i nie będą polecały jedynie tego mitycznego biegania (które jednak pomaga w produkcji endorfin, ale wiemy, o co chodzi) jako rozwiązania wszelkich problemów. Miejsca, w którym będę się bać mniej, a optymalnie - nie będę bać się wcale wypłakać światu na ramieniu. Mieszkam Łodzi, mam 22 lata i przyszłam na ten świat w marcu. Lubię słowo pisane, co przejawia się w uwielbieniu do książek i - czasem - pisaniu horrendalnie długich postów, jednak zdarzają mi się takie momenty w życiu, że odcinam się nawet od kontaktu internetowego z ludźmi... Ostatnio miałam za sobą przebyty taki epizod i postanowiłam z tym walczyć, zakładając konto. Czas pokaże, czy wybrałam dobre miejsce; mam nadzieję, że tak. Garść informacji: jestem chyba dość ciężkim przypadkiem, bo znajduję się w trudnej sytuacji rodzinnej; ojciec nie żyje od kilku lat, mama ma rozmaite problemy, w które nie chcę się teraz na pewno na wstępie zagłębiać. Uczęszczałam do rozmaitych lekarzy, walczę ze swoim schorzeniem (połączonym m.in. z fobią społeczną, stwierdzoną) od początku życia i pierwszych prób wejścia w społeczeństwo, toteż niektórzy próbowali mi już pomóc farmakologicznie, a także psychoterapią. Nie wiem, jak to ująć, toteż napiszę wprost: walczę nie tylko z tym, ale też z kilkuletnią dependencją psychofizyczną od dożylnych opioidów. Udało mi się wyjść zwycięsko z kilkuletniego, ostrego uzależnienia od benzodiazepin (najczęściej alprazolam i klonazepam, często w dwucyfrowych dawkach i codziennie przyjmowane, mieszane), jednak na temat chemii będę pisała jedynie oględnie z uwagi na charakter forum. Jestem od nich wolna, nawet od "delikatnego" diazepamu, nie mam przymusu brania codziennie ani w określonych sytuacjach, prawdę mówiąc z uwagi na intensywne z nimi przejścia, przestały mi już pomagać w standardowy sposób... Powinnam brać jeden z wymienionych leków z uwagi na inne schorzenie neurologiczne, ja jednak nie wyobrażam sobie wpadnięcia znowu w tą matnię. Nie mogę tego powiedzieć jednak o opioidach, z którymi to mam problem w postaci pozostawiającej najgorsze ślady fizyczne na skórze, że tak to ładnie ujmę, a jeszcze gorsze w psychice. Jestem na nich człowiekiem pozbawionym lęku społecznego (i, jak się okazuje, mogę za to oddać lwią część swojego życia i portfela) i dużą część swojego dotychczasowego życia, czy to matury ustne na sto procent czy wiele aspektów życia prywatnego (ważne spotkania, randki) regulowałam odpowiednią ilością morfiny bądź oksykodonu we krwi, z uwagi na wieloletnie uzależnienie są to dawki zdolne bez problemu powalić przeciętnego Kowalskiego nawet, jeżeli byłyby wzięte doustnie. Nie składam się jednakże tylko ze wzorów chemicznych; w wolnych chwilach dużo czytam, mam konto na lubimyczytać, nie wiem jednak czy można je tu zalinkować...? Praktycznie nie rozstaję się z Kindlem, jest to wynalazek pochodzący z niebios, nie wiem co zrobiłabym bez niego podczas dłużących się dojazdów czy przerw na studiach. Owszem, jest to ucieczka, ale chociaż odrobinę produktywna... Studiuję, o ironio, psychologię, jednak w szkole średniej ukończyłam bardziej "ścisły", informatyczny kierunek kształcenia, podobnie jak i kilka egzaminów zawodowych na tytuł technika. Żyję więc w permanentnym rozerwaniu i jest to chyba dość dobre określenie; czasem moja własna odwaga z wcześniejszych dni przytłacza mnie po przebudzeniu i pierwszą rzeczą po wydaniu z siebie jęku jest zastanawianie się, jak ja teraz "to" ogarnę. To dziwne wrażenie, nie móc siebie poznać do końca. Oprócz książek, lubię też poezję, czasem obce mi osoby doskonale opisują stany psychiczne, jakich doświadczam albo mówią o uczuciach słowami bardziej trafnymi niż moje własne... Mam wrażenie, że czasem porywam się na zbyt wyczerpujące w danym momencie dla siebie rzeczy, nawet jeśli dla reszty społeczeństwa nie stanowią problemu, ba, są nagrodą - na przykład wyjście do kina, wyjście po jakieś ciuchy. Życie z fobia, jak pewnie część z Was tu obecnych, jest bardzo wyczerpujące, jakby sama depresja nie okazywała się wystarczającym ciężarem na barkach. Bardzo, ale to bardzo staram się nie "zdziczeć", a niestety moje upodobania i fobie wzajemnie się przeplatają, predysponując mnie wraz ze słabościami do "pustelniczego" trybu życia. Zwłaszcza, że ostatnio zakończyłam najdłuższy związek w moim życiu, przeprowadziłam się do starego mieszkania i nie znoszę tego najlepiej. Nie sądziłam, że można czuć się jeszcze bardziej pustym, niż ja do tej pory, ale... Można i nie wiem na ile jest to przejściowe, na ile wyleczę się "z kogoś", skoro z siebie samej nie mogę... Wiem, że byłby to mój marny koniec i etap patrzenia przez tydzień, dwa w ścianę/sufit po powrocie mam za sobą, dlatego staram się czymś zająć umysł, uczęszczać na studia, poznać kogoś tutaj, choćby odpisywać na forum internetowym i poznawać opinie ludzi, dyskutować... Jestem osobą otwartą na nowe idee i lubiącą zestawiać swoje zdanie z innymi, nie mającą raczej [sic] problemu ze słowem pisanym, toteż forum wydaje się być idealną pomocą. Otworzyłam się, bowiem mam nadzieję na zawarcie tu znajomości owocujących może jakimś bliższym kontaktem, niż losowo wybrana emotikonka podczas mijania się w podobnych tematach raz na tydzień, ale to się zobaczy... Liczę na spotkanie ludzi rozumiejących choć jakiś mały procent walk, jakie codziennie toczę i rozumiejących choćby w ułamku także środki, po jakie w desperacji sięgnęłam, a teraz na jakich staram się balansować niby linoskoczek nad przepaścią... Jestem osobą o sporym poczuciu humoru, które czasem może wydawać się nieco ciężkawe i mocno autoironiczne, toteż wolę uprzedzić o tym już w poście powitalnym. Nigdy nie wiem, o czym w nich pisać, a jakoś ostatecznie ląduję z kilkoma sporymi akapitami... Limit słów zawsze był dla mnie problemem we wszelkiego rodzaju wypracowaniach czy innych zadaniach tego typu. Mam nadzieję, że nikogo sobą nie wystraszyłam, a ostatecznie może nawet zaintrygowałam...? Cześć wszystkim i miłych resztek piątkowego poranka; słyszę za oknem odgłosy miasta budzącego się do życia, natomiast ja siedzę i kończę swój przydługi post, ale czy to aż tak źle...? Znam gorsze perspektywy rozpoczynania weekendów i tym quasi-optymistycznym akcentem chciałam zakończyć budowę swojego pierwszego tematu. I z szaleńczo bijącym sercem klikam na "napisz nowy temat".
×