Skocz do zawartości
Nerwica.com

nvm

Użytkownik
  • Postów

    2 356
  • Dołączył

Treść opublikowana przez nvm

  1. [videoyoutube=Er6SfQ5v0_M][/videoyoutube] [videoyoutube=Cs6OTdU59GE][/videoyoutube] [videoyoutube=XC7TN3vAbT8][/videoyoutube] [videoyoutube=B7TW2KQYHfY][/videoyoutube] [videoyoutube=i2w6y0DDbwc][/videoyoutube]
  2. nvm

    Nasze wewnętrzne dzieci

    Brzmi znajomo, kwestia skali i intensywności. Moje wewnętrzne dziecko (o ile dobrze to rozpoznaję) mówi: - "Zabierz mnie stąd!" - "Nie ogarniam!" - "Niech ktoś się mną zaopiekuje, proszę..."
  3. Miałam na myśli raczej nagłą chorobę, wypadek lub wewnętrzny konflikt odbierający sen. Meteoryt to przykład, który chyba najtrudniej obalić, z którym najtrudniej dyskutować.W moim doświadczeniu nagłe choroby i wypadki zdarzają się (dzięki Bogu!) bardzo rzadko. I potem (dzięki Bogu!) mijają (nie licząc czyjejś śmierci). Największe i najbardziej wywołujące cierpienie, gwałtowne i nagłe zmiany w moim życiu dokonywały się wtedy, gdy byłem na nie otwarty. Odkąd się utwardziłem i stałem się bardzo zachowawczy, takie zagrożenia w dużej mierze mnie (dzięki Bogu!) omijają. Unikam zagrożeń i nadmiernego ryzyka. A co do wewnętrznego konfliktu, to jest to u mnie w dużej mierze trwały stan, czyli część aktualnej "równowagi", a więc trudno to liczyć jako zaburzenie kontroli.
  4. Teoretycznie może i tak. Ale - nie wiem jak to wygląda u Ciebie - lecz moje doświadczenie mówi mi coś innego Moje doświadczenie mówi mi, że gdy trzymam się stałych schematów, moje życie wygląda na ogół podobnie A gdy zaczynam coś w nich zmieniać, moje życie również się zmienia. I im bardziej otwieram się na zmiany, tym więcej jest tych zmian. Możemy oczywiście teoretycznie gdybać, ze w każdej chwili może nas meteoryt walnąć, ale obawiam się, że moja praktyka jest mniej więcej taka, jak napisałem Hehe To piękne powiedzonko ukazuje właśnie w ten sposób ludzki tragizm wyboru xD
  5. Dziękuję. Zbytek łaski. I tak zaangażowałem się ponownie w życie tylko po to, żeby się czymś zająć i poprawić sobie samopoczucie. Wiedziałem, że to wszystko już nie jest na poważnie, że to tylko złudzenie. Dopiero później się na nowo w tym zapomniałem, zatraciłem i na nowo uwierzyłem. W takiej sytuacji zawsze mógłbym znowu sobie stworzyć jakieś nowe fantazje, w coś się zaangażować ;] Chodzi mi o to, że pierwszy odruch to: "O tak, to fajny pomysł" (przykład: zadzwonienie do byłej dziewczyny; nie mieliśmy kontaktu ze sobą przez lata). Dopiero później przychodzi refleksja, że później będę przez długi czas przez to żył w lęku, stresie, moje życie się zdestabilizuje, a więc nie warto. Wszystko może się rozsypać. I nie obchodzi mnie, co mogę na tym zyskać! [All I've got's what she didn't take (Linkin Park - In Pieces)]. Wolę brak straty niż zysk. Gdyby odżyła nasza znajomość, to byłby koniec względnie spokojnego życia, jakie obecnie mam. Za wysoka jest ta cena. Tym bardziej, że zawsze mogę przecież wrócić do tego pomysłu później, gdy będę do niego bardziej przekonany i/lub będę miał mniej do stracenia.Na szczęście w tym przypadku miałem tą refleksję przed faktem, więc się w to bagno nie wpakowałem ;] Ale nieraz było tak, że dopiero po fakcie uświadomiłem sobie, że ta spontaniczna akcja, która wydawała mi się taka fajna, niesie za sobą ogromne i tragiczne konsekwencje. Brzmi to, jakbyś była tego pewna. Dałabyś sobie rękę uciąć, że jest tak, jak napisałaś? Obawiam się, że moja osobowość jest rozdwojona (zobacz, jaki mam dzisiaj avatar ). Rozwój nie tyle dla przyjemności, co dla osiągnięcia lepszej równowagi. Droga znana nie tyle dla szybkiego osiągnięcia celu, co dla zachowania obecnej równowagi. Boję się, że co za dużo naraz (rozwoju), to niezdrowo, że to na to jest potrzebna energia i że to trzeba robić stopniowo, stopniowo się z tym oswajać. Moja była też się mną bawiła, jak jojem. Od tamtego czasu mam uraz i nie wchodziłem w żadne nowe (poważniejsze) związki. Od tamtego czasu trzymam ludzi (szczególnie dziewczyny) na dystans. Wcześniej było inaczej - w tamtym związku właśnie byłem całkowicie otwarty i oddany. Bezbronny. Dałem jej kamień z wielkim Love. Ale dzięki niej zrozumiałem, że to głupota. Że nie warto nikogo tak blisko do siebie dopuszczać. Być może z wyjątkiem rodziny. Jeśli porzucasz kontrolę, to musisz się liczyć z tym, że z Twoim życiem może stać się wszystko. Jeśli nie jesteś gotowa stracić wszystkiego, to znaczy, że nie puściłaś kontroli w 100 procentach. Bo coś wówczas chcesz zachować, kontrolować. Czegoś wówczas nie puszczasz. Albo rybki, albo akwarium. Nie można mieć wszystkiego. -------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------- Jak żyć? Jakich wyborów dokonywać? Którą częścią siebie kiedy się kierować? Po której stronie siebie kiedy się opowiadać? Mam bardzo poważne wątpliwości odnośnie swojego systemu dokonywania wyborów. Nie wiem, czy to jest normalne, czy może dla większości ludzi kolejne działania, które podejmują są oczywistą oczywistością, i może tylko ja tak mam... A jeszcze odnośnie celów w życiu: Tylko jedna z moich (sub-?)osobowości stawia sobie jakieś cele. Druga (sub-?)osobowość żyje tu i teraz, jest jej wszystko jedno i nie obchodzi jej za bardzo, co się ze mną dzieje.
  6. Szczerze mówiąc, nie wiem dokładnie jak to "poczucie własnej wartości" działa. Moja hipoteza jest następująca: mamy pewne kryteria - jeśli je spełniamy, to się cenimy i się lubimy. Podobnie możemy oceniać zresztą innych ludzi. Albo: jeśli ludzie, których zdanie cenimy, nas lubią (lub wiemy, że lubiliby nas, gdybyśmy się o to postarali), to wówczas również możemy siebie lubić. I jak sobie z tym radzisz? Jakie jest na to Twoje rozwiązanie? Co rozumiesz tutaj pod pojęciem "wolność"?
  7. Lepiej się podrapać, czy oswoić się ze swędzeniem? Lepiej realizować swoje pragnienia, czy je sobie odpuszczać? Lepiej jest działać, czy zatrzymać się i trwać w zatrzymaniu? Gdy leżysz, lepiej jest skłonić się swoją decyzją do wstania, czy czekać, aż wstanie nastąpi samoczynnie, ignorując do tego czasu wszelkie związane z takim oczekiwaniem dyskomforty? Lepiej jest zrobić coś ekscytującego, ale ryzykownego, od razu, czy odłożyć to na później? Kiedy wybrać drogę znaną, a kiedy wybrać drogę rozwoju? Jeśli na podstawie swojego doświadczenia uważasz, że masz tendencję do niedoszacowywania negatywnych konsekwencji lekkomyślnych działań, czy warto brać na to ogólną poprawkę na zasadzie: "Nie wiem jeszcze dlaczego to jest ryzykowne, ale na ogół uświadamiam sobie takie rzeczy dopiero po fakcie, więc lepiej się z tym wstrzymam, żeby się w coś nie wpakować"? Czy brać jakąś poprawkę na takie sytuacje i jeśli tak, to w jaki sposób? Jak do tych wszystkich pytań ma się kwestia energii, wypoczynku i wyspania? Edit - odnośnie postów Dark Velvet: A jest tak? Co jest tym składnikiem odżywczym? Jako trzymanie samego siebie w ryzach bezpieczeństwa i utrzymywania status-quo.
  8. A co, jeśli tym razem będę bardzo uważał, by już nie tworzyć sobie nowych rzeczy do realizacji? Co się wówczas stanie?
  9. Kontrola daje nam poczucie bezpieczeństwa i satysfakcji, jakiegoś spełnienia, ale zarazem powoduje cierpienie. Na tym polega tragizm człowieka. Różnimy się pod tym względem chyba tylko nasileniem i szczegółami, co do tego jak się to objawia, jak sobie z tym radzimy i jakie rzeczy w nas wyzwalają różne regulacje tego schematu. Puszczenie kontroli, prawdziwe puszczenie kontroli, to coś, czego nie możemy kontrolować. To jest jak skok w przepaść i całe nasze życie się wówczas rozpadnie. Jeśli chcemy nasze życie ukierunkować tak jak nam się podoba, to nie możemy jej całkowicie odpuszczać. To jest coś za coś. W moim przypadku do tego dochodzi jeszcze kwestia alternatywnego rozluźnienia - depresyjnego, rezygnacyjnego. Odpuszczenie sobie wszystkiego. Takie pseudo-puszczenie kontroli. A może prawdziwe? Może prawdziwe, ale nie całkowite, bo wówczas cierpienie powodują lęki na temat przyszłości - albo na temat tego, co złego może się wydarzyć, albo na temat tego, czego nie uda mi się, czego nie zdążę wówczas zrealizować, osiągnąć, doświadczyć, a bym chciał. Ponieważ nie jestem gotów sobie odpuścić pewnych warunków na temat przyszłości, nie jestem gotów odpuścić sobie kontroli. Ale może jeśli zrealizuję te rzeczy, to znikną te ograniczenia. Im jednak bardziej je realizuję, tym mniejszą presję czuję, a więc i tym bardziej sobie to odpuszczam i spowalniam. Im bliżej celu jestem, tym bardziej wytracam prędkość i tym bardziej popadam w rezygnację i obojętność. Ciekawe. Mam tak w sumie od dawna. Od lat.
  10. Nie ja, tylko moja podświadomość. Ja jestem tylko jej ofiarą. Nie zwalaj niczego na mnie, nie rób ze mnie sprawcy. Nie obarczaj mnie winą. Rzecz w tym, że jeśli ktoś napisze jakieś absurdalne pierdoły o mnie, to na poziomie świadomym dostrzegam ich bzdurność. Ale jednak zawsze pozostaje niewielka szansa, że czegoś nie widzę, a to oni mają rację. A jeśli mają rację, to powinienem obniżyć swoje poczucie własnej wartości i czuć się gorzej. Inni ludzie mi zagrażają, zagrażają mojemu samopoczuciu, mojemu poczuciu własnej wartości. Bo mogą podawać różne nieweryfikowalne (łatwo) tezy na mój temat, a od ich prawdziwości bądź fałszywości zależy moje poczucie własnej wartości. I od wyobrażeń na temat tego, co mogę osiągnąć, do czego jestem zdolny, od swoich przewidywań na temat moich możliwości, itd. Może to wynika z wczesnego dzieciństwa i genów? Dlaczego kontroli tak bardzo pragnął Anakin Skywalker? Kontrola daje mi coś, czego nie daje mi wolność. Jest w tym pewien rodzaj zadowolenia i spełnienia, którego chyba nie potrafię inaczej uzyskać. To jak ze składnikami odżywczymi - najem się kontrolą, to jestem gotów trochę odpuścić, bo ceną za kontrolę jest cierpienie. I jestem bardziej wolny. Najem się wolnością, ale brakuje mi kontroli, więc znowu się jej łapię. I tak dalej. Negocjuję z życiem, tak jak odstawiający alkohol alkoholik ("ok, raz na jakiś czas mogę się napić, ale nie za dużo"). Kontrola to nie jest żadna abstrakcja - to jest coś fizycznie odczuwalnego w ciele. W trzewiach, sercu, splocie słonecznym, chyba gdzieś w tych okolicach. Takie ściśnięcie. Podobno pojawia się po urodzeniu, gdy z bezpiecznego otoczenia wydostajemy się do groźnego świata, gdzie jest zimno, głośno i jest strasznie dużo bodźców. Kurczymy się wówczas w sobie i już nam tak zostaje. A później możemy to albo wzmacniać (wzmacniamy też tak nasze poczucie oddzielenia) albo rozluźniać.
  11. Black Swan: Tak, to właśnie ja. W dodatku u mnie chodziło o pierwszy i zarazem w pełni uszczęśliwiający, spełniający związek. Ale, co więcej, ja nawet teraz mam opory z wysłaniem tego posta - pojawia się lęk, bo oznacza to rezygnację z kontroli nad sytuacją. Uzależnianie się od tego, co napiszą inni później w moim temacie, w odpowiedzi na tego posta. I część mnie mówi: "Debilu! Po kiego grzyba tego posta wysyłasz! W imię czego? W imię jakiej wartości?!". A prawda jest taka, że robię to tylko dla jednej, jedynej korzyści - rozluźnienie ciśnienia. Chcę wysłać tego posta i jeśli - kierując się lękiem - tego nie zrobię, to będę się "kisił we własnym smrodzie". Wysyłając go, rozluźniam się wewnętrznie w pewnym sensie, choć zarazem narażam się na lęki i stresy różne. Staję się bardziej "vulnerable", po polsku to będzie chyba: "podatny na uszkodzenia", ale wolę angielskie słowo. Lepiej będzie to przetłumaczyć na "niezabezpieczony przed atakiem". Otwieram się na ciosy. Lepiej ochronić się przed stresem i zachować kontrolę, czy rozluźnić się wewnętrznie? Niestety, chyba muszę wybrać mniejsze zło i narazić się na stres i zrezygnować z kontroli...opóźniając to być może jednak i sabotując tak długo, jak tylko się da...(na jak długo sam sobie pozwolę)
  12. Nie wiem. I nie podoba mi się dzisiaj sugerowanie, że czegoś konkretnego "potrzebuję". Co to w ogóle znaczy "potrzebować"? Nie móc żyć bez tego? Jeśli tak, to skoro żyję, to znaczy, że tego wcale nie potrzebowałem.Może przyjemność z poczucia władzy nad sytuacją, nad samym sobą. Taka wysepka władzy w bezsilności. Ciemna strona mocy. A może chęć ukarania swoim cierpieniem tych, którzy mnie ranią (co z tego, że nawet o moim cierpieniu nie wiedzą - zawsze jest szansa, że może jakoś się kiedyś dowiedzą w końcu). Poza tym mechanizm rezygnacji daje wolność - na przykład boisz się utraty dziewczyny. A tu nagle ją tracisz - już nie musisz się bać. Co za ulga. Wchodzisz w przyjemną rezygnację. Jesteś już ponad to. Jesteś wolna. [W tle powinna lecieć teraz muzyka: Enya - Now we are free (Gladiator soundtrack)]. EDIT: Rzecz w tym, że bardzo źle znoszę wszelkiego rodzaju dezaprobatę. Załamuję się wówczas, poddaję się, rezygnuję i wszystkiego mi się odechciewa. Nawet z łóżka wstawać. A lęk przed dezaprobatą=krytyką=agresją=odrzuceniem powstrzymuje mnie zapewne nieraz przed pewnymi działaniami.
  13. Z jednej strony "dziwna, bezsensowna i niepotrzebna", a z drugiej w pewnym sensie "szkoda, że się skończyła". Ciekawe."było mi źle, że nie jest już mi tak fajnie źle." - chyba znam to. Tylko nie wiem, czy masz na myśli melancholię, coś w rodzaju żałoby, czy bardziej coś w rodzaju masochizmu. Tak, czy inaczej - witaj w klubie. Znam jeszcze co najmniej jedną osobę, która mi o czymś takim opowiadała (ale jej chodziło chyba o melancholię właśnie). Może coś w rodzaju żałoby (ale nie po stracie kogoś bliskiego - nie znam słownego odpowiednika do nieporównanie, dużo mniejszych sytuacji), poczucia straty? To jest taka ciężkość, która sprawia, że masz ochotę się skurczyć i zamknąć w sobie. A dlaczego miałoby się nie utrzymać, skoro wciąż jest w moich wspomnieniach (tylko nie sugeruj mi tutaj, że sam się zmuszam do ich rozpamiętywania - bardziej bym powiedział, że pozwalam myślom swobodnie krążyć raczej) i w moim ciele nagromadzone najwyraźniej? Słyszałaś kiedyś pojęcie ciała bolesnego/bólowego ? Tudzież nagromadzonego bólu emocjonalnego? Oglądałaś może "Buntownika z wyboru"? Wyrażał, czy realizował? Aby je wyrażać, musiałbym je najpierw znać. A ich realizacja może prowadzić do "niepotrzebnego" pakowania się w stresujące sytuacje. Czyli lęk przed stresem najwyraźniej. Oprócz tego mógłbym skończyć tak jak abrakadabra - tzn. utracić jakiś swój wewnętrzny stan i potem żałować z tego powodu. Może. Ale tu chodzi o coś więcej niż stratę zysku chyba - bardziej o wpadnięcie stan wielokrotnie gorszy niż jest teraz. Czyli gwałtowny spadek dużo poniżej zera. Nie wiem, bo mam obecnie chyba skrócone ścieżki neuronowe w głowie w tej sprawie. Skompresowane (nie ma to jak optymalizacja ścieżek grafu), na zasadzie - szczęście = lęk (sieć skojarzeniowa). Nie mam chyba na tyle wysokiej samo-świadomości, żeby to widzieć zupełnie wyraźnie jednak, wiec opieram się w jakimś stopniu zapewne na hipotezach. Nieeee...nie widzę i nie czuję tego, choć oczywiście niczego wykluczyć nie można. Dla mnie "bezpieczna dolina" to bardziej wewnętrzny spokój i może delikatna, łagodna, spokojna radość. A przez "szczęście" rozumiem połączenie mocnej radości i intensywnej ekscytacji, czyli górskie szczyty właśnie. Może. Choć chyba nie zawsze. Czasem zdarza mi się, że o tym rozmawiam. Ale też nie zawsze chyba w ogóle wiem, jak miałbym to ubrać w słowa i powiedzieć w taki sposób, żeby nie uzyskać efektu w postaci kolejnej agresji u drugiej strony, czego się obawiam. Choć ostatnio jest lepiej pod tym kątem. Nie, wątpię. Aktualnie nie miewam raczej myśli samobójczych za bardzo. Zdarzały (kiedyś więcej) mi się natomiast samobójcze fantazje, jednak raczej bez faktycznego pragnienia poważnej ich realizacji. Były to jednak raczej sytuacje nie zdenerwowania/rozczarowania, lecz nadmiernego stresu, gdy nie widziałem sensownego wyjścia z sytuacji, a taka fantazja obiecywała właśnie takie wyjście (jednak na samej fantazji musiałem poprzestać).
  14. Ja do tamtego wątku wejść nie mogę, mam błąd 502 - Bad Gateway. Nie wiem jak Tobie się udało, ale Twojego pytania jakoś nie mogę odczytać. EDIT: Hmm...ciekawe...udało mi się wejść z innej przeglądarki: Ukarany chyba nie, chociaż...hmm...trudno powiedzieć. Wiem, że kiedyś przed swoimi rodzicami wolałem nieraz ukrywać swój dobry nastrój. Ale dlaczego to nie pamiętam. Natomiast kiedyś miałem taki okres w życiu, że dążyłem do szczęścia i byłem coraz bardziej szczęśliwy, aż w końcu osiągnąłem jego "maksymalny" poziom, za którym już nic nie było do osiągnięcia dalej w moim odczuciu. I krótko później nastąpił tragiczny zwrot, zjechałem z Mount Everestu do Rowu Mariańskiego, jeśli wiesz o co mi chodzi. Z tego Rowu wychodzę...wróć...wyczołguję się...do dzisiaj. Ale nie traktowałbym tego chyba jako karę. Zatem w 100% przypadków, których doświadczyłem, konsekwentne dążenie do szczęścia doprowadziło mnie do tragedii. Nie znam innego możliwego wyniku. Poza tym jak już raz zaznałem "maksymalnego" szczęścia, to i jakoś nie zależy mi tak bardzo, aby do tego szczęścia dążyć, bo już to "mam na swoim koncie". Tak, możliwe, że boję się; że lękam się szczęścia.
  15. ale co to za potrzeba ? Też chciałbym to wiedzieć. Być może chodzi o wyrażenie zalegającego cierpienia. Prawie żadnej z wymienionych rzeczy w sobie nie odnajduję. Jedynie lęk przed zaspokojeniem wprost swoich potrzeb może ewentualnie. Odnajduję w sobie natomiast głębokie poczucie zranienia i może odrzucenia. Dobrze wiedzieć, że jest szansa iż ktoś mnie zrozumie.
  16. Tak, o tym też napisałem. Właśnie tego dotyczy ten wątek - ale przedstawiłem również alternatywę, by wilk był syty i owca cała - znalezienie sposobu na zaspokojenie potrzeby, za którą kryje się masochizm - wówczas masochizm przestał by być być może potrzebny. Natomiast zauważyłem właśnie coś - takie moje małe spostrzeżenie: gdy czuję się zraniony (choćby delikatnie), moje skłonności autodestrukcyjne rosną w siłę, umacniają się - wpadam w rezygnację. Jest w tej rezygnacji właśnie chyba taka masochistyczna przyjemność. Jeszcze jedna sprawa - to może być nagromadzona przez lata negatywna energia, ciemna strona mocy. Bo bałem się płakać, gdy w pobliżu byli inni ludzie. I nie wyrzuciłem tego bólu z siebie. Może teraz za to cenę płacę. Do tego dochodzi lęk. Chyba zawsze miałem takie skłonności od małego dziecka. Ale wcześniej miałem silną motywację do działania, a tragiczne wydarzenia w romantycznym związku (lata temu) mocno mną wstrząsnęły i przechyliły szalę. Pisząc tutaj, działam jednak na przekór samemu sobie, wbrew masochizmowi. I bardzo dziwnie się z tym czuję. Chyba jakby kontrola wymykała mi się z rąk. Pojawia się lęk chyba. A ja nie znajduję nic na swoje usprawiedliwienie przed tym lękiem - co budzi u mnie kolejny lęk.
  17. Wysyłam ten wątek jeszcze raz, bo nie chciał się załadować - być może z powodu polskich znaków w temacie. Pojawiał się błąd (502 Bade Gateway): Pisze ten wątek szybko, zanim minie moja chwilowa względna jasność umysłu i zmienię zdanie. Nie chcę być szczęśliwy. Sabotuję wszelkie moje działania, które mogłyby zmierzać w tym kierunku. Chcę się za coś ukarać. Jestem masochistą. Coś takiego. Jest to autoagresja, ale nie fizyczna. Czasem aktywna, a czasem pasywna. Na przykład mam ochotę coś zrobić i wówczas szukam wymówek, żeby tego nie zrobić. Żeby zamiast tego zrobić coś gorszego. Albo jakoś to opóźnić chociaż. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Mam też różne inne problemy, ale one chyba się do tego głównie sprowadzają. Czy ktoś mógłby mi w tym jakoś pomóc? Tylko bez odsyłania do specjalisty. Nie wiem, jak długo ta chwilowa jasność umysłu potrwa, więc nie mogę obiecać, że będę do udania się do niego zdolny. Chcę sobie zaszkodzić. Pogrążyć się w depresji i apatii. Chcę wejść w stan, w którym będę miał wszystko gdzieś. Dążę do autodestrukcji. I teraz pomyślałem sobie - że może już dosyć. Że może jest jakieś inne rozwiązanie. Wybrałem niedawno opcję zmniejszenia stopnia, w jakim kieruję się tym masochizmem. Tzn. go tak jakby zignorowałem, choć nie wiem, czy w całości, czy częściowo. I tak dziwnie się z tym czuję, może jakbym tracił kontrolę. I jakby była pokusa, żeby jednak tam wrócić (do tamtego stanu). Ale pomyślałem sobie, że może za tamtym pragnieniem kryje się jakaś potrzeba i że może można ją zaspokoić jakoś inaczej. Ale jak?
  18. Pisze ten wątek szybko, zanim minie moja chwilowa względna jasność umysłu i zmienię zdanie. Nie chcę być szczęśliwy. Sabotuję wszelkie moje działania, które mogłyby zmierzać w tym kierunku. Chcę się za coś ukarać. Jestem masochistą. Coś takiego. Jest to autoagresja, ale nie fizyczna. Czasem aktywna, a czasem pasywna. Na przykład mam ochotę coś zrobić i wówczas szukam wymówek, żeby tego nie zrobić. Żeby zamiast tego zrobić coś gorszego. Albo jakoś to opóźnić chociaż. Dlaczego? Nie mam pojęcia. Mam też różne inne problemy, ale one chyba się do tego głównie sprowadzają. Czy ktoś mógłby mi w tym jakoś pomóc? Tylko bez odsyłania do specjalisty. Nie wiem, jak długo ta chwilowa jasność umysłu potrwa, więc nie mogę obiecać, że będę do udania się do niego zdolny. Chcę sobie zaszkodzić. Pogrążyć się w depresji i apatii. Chcę wejść w stan, w którym będę miał wszystko gdzieś. Dążę do autodestrukcji. I teraz pomyślałem sobie - że może już dosyć. Że może jest jakieś inne rozwiązanie. Wybrałem niedawno opcję zmniejszenia stopnia, w jakim kieruję się tym masochizmem. Tzn. go tak jakby zignorowałem, choć nie wiem, czy w całości, czy częściowo. I tak dziwnie się z tym czuję, może jakbym tracił kontrolę. I jakby była pokusa, żeby jednak tam wrócić (do tamtego stanu). Ale pomyślałem sobie, że może za tamtym pragnieniem kryje się jakaś potrzeba i że może można ją zaspokoić jakoś inaczej. Ale jak?
×