Mnie to przytrafiło się już dwukrotnie. Nie ma recepty. Mam przyjaciela z depresją endogenną (ale już zdrowego), jedyny człowiek, który rozumie, o czym ja do niego mówię. Nasza relacja utrzymuje się, bo jest absolutnie platoniczna i nikt nie ma na niej zamiaru czegokolwiek budować. Ta niemoc zabrania się za cokolwiek, wyolbrzymianie problemów, fakt, że najdrobniejsza przeszkoda urasta do wagi nie do pokonania - partner albo przestaje to wytrzymywać, albo przestaje się przejmować. W każdym z przypadków, związek sypie się w przeciągu kilku tygodni.Relacja z osobą chorą byłaby dla mnie chyba gwoździem do trumny, ja potrzebuję kogoś, kto mi będzie chciał pomóc stanąć na nogi, a nie przytakiwać, że rzeczywiście życie nie ma sensu.
Moja depresja po raz pierwszy objawiła się, gdy byłam w bardzo dobrze prosperującym związku, z zewnątrz patrząc nie miałam prawa do czegokolwiek się przyczepić. Wiecie doskonale, że z zewnatrz patrząc można dużo bzdur naoglądać.
Oczywiście wiadomo, że depresja reaktywna ma prawo mieć swoje korzenie w rozpadzie związku. Ale tę chorobę stosunkowo łatwo się leczy (w porównaniu).
Depresja nie jest się dołowaniem. Jedno z drugim niewiele ma wspólnego.