Skocz do zawartości
Nerwica.com

Dusiorek

Użytkownik
  • Postów

    239
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez Dusiorek

  1. Nie wiem w jakim nurcie, strzelam że poznawczą. Terapia trwała ze 3 lata, skończyła się 2,5 roku temu. Moja terapeutka jednak odeszła już z zawodu. Wrócić więc nie mogę, a niestety okres oczekiwania jest dość długi. W moim przypadku to nie interwencja, więc mogłabym czekać i ok roku. No chyba że na pokazówkę się potnę, czy skłamię że wróciłam do dawnych praktyk to może poczekam tylko ze dwa miechy. Na prywatną mnie nie stać. Więc jestem tutaj aby załatać mam nadzieję że chwilowy kryzys. Nie wiem już co robić ze sobą, swoim związkiem, boję się przyszłości. Pewnie to się kumuluję ale czytając Was widzę że nie tylko ja przeżywam...
  2. Dziękuję, że ktoś mi odpisał. Jednak nie łapmy za słówka . Czuję się niezniszczalna w tym sensie, że wyszłam na prostą, a moje życie mimo tak silnych zaburzeń, gdzie powinnam być cały czas na lekach i nie odnosić żadnych sukcesów, pozwoliło mi do czegoś dojść. Po czymś takim nie zniszczy mnie żadna kolejna trauma, czy trudna sytuacja. Moje życie było piekłem a ja z niego wyszłam i nie nie wróciłam do niszczenia siebie. Mówię na razie jedynie o natarczywych myślach i o zmęczeniu ciągłą kontrolą emocji i walką z zaburzeniami odżywiania. Nieważne ile osiągnę póki jestem samotna wciąż czuję że moje życie jest puste i zaczynam wątpić w sens dalszego kontrolowania się i walki o to życie, które jest właśnie takie nijakie. To jakbyś dowiedziała się o jakiejś nieuleczalnej chorobie, i że będzie boleć Cię już zawsze. Nie zwątpiłabyś ani razu, czy to ma sens? Jestem zmęczona, mój chłopak ma mnie w dupie, a przyjaciele nie mają wiedzy psychologicznej by zrozumieć z czym się zmagać, to powoduje jeszcze większa frustrację i zamykanie się w sobie. Potrzebuję wsparcia, potrzebuję jakiejś wskazówki, czego się chwytać w takich sytuacjach. ZNISZCZĘ dopiero siebie jak odpuszczę sobie kontrolę nad sobą. Napisałam tu nie, bo wróciłam do samookaleczeń, ale bo czuję że zbliżam się do granicy, kiedy mogłabym to zrobić.
  3. Witam wszystkich jestem tu nowa i mam dość trudny temat do poruszenia. Otóż jestem borderkiem, o dość intensywnym nasileniu. A przynajmniej było to widoczne jakiś czas temu. Borderline poprowadził mnie ku innym chorobom także. Mam za sobą parę prób samobójczych, na ręku sznyty, 2 pobyty w psychiatryku, anoreksja, bulimia, depresja, nerwica... Szereg zaburzeń i pewnie wiele osób niemal oczekuje ode mnie jakiegoś trudnego zachowania, ale tak nie jest. Dzięki pracy nad sobą i wieloletniej terapii, a także rozwiązaniu wielu życiowych problemów czuję się po prostu niezniszczalna. Niestety czasami wracają do mnie durne myśli, szczególnie kiedy czuję się tak samotna jak ostatnio. Chłopak mnie zaniedbuje, rodziny nie mam, przyjaciela mają swoje zajęcia, ale też obawiam się, że by mnie nie zrozumieli po prostu. Myśli są coraz bardziej upierdliwe. Tęsknię np. do życia z anoreksją, (przytyłam 25 kg po chorobie) podczas której nie tylko byłam chuda, ale nie chcąc myśleć o jedzeniu robiłam szereg rzeczy, które mnie rozwijały, dzięki którym mam na koncie parę sukcesów, jak np wydanie książki, czy praca na kierowniczym stanowisku mimo mojego młodego wieku. Albo mam ochotę się pociąć, by w końcu moi bliscy zwrócili na mnie uwagę. Wiem, wiem to byłaby manipulacja i nie powinnam krzywdzić siebie ze względu na kogoś innego, ale... nie chcę tak żyć. Mało kto rozumie moje zaburzenie w pełni i to ile wkładam wysiłku w kontrolowanie siebie. Mój chłopak kiedyś mi pomógł wyprowadzić na prostą, ale ostatnio jest z nim bardzo źle. Popadł w jakiś marazm. Uparł się na pracę, która go wykańcza i przez którą nie ma na nic czasu, a jak ma to zdycha zmęczony w łóżku i odsypia. Jest to na razie patowa sytuacja, bo skoro nie chce nic zmieniać, to nic ja mu nie pomogę. Sytuacja ta ciągnie się już bardzo długo, ale wiem że mnie kocha, ja kocham jego, więc trudno jest mi zerwać i stracić miłość w tak banalny sposób, więc trwam w zawieszeniu. Chociaż czasem mam się do kogo przytulić. Rzucenie go niewiele by zresztą zmieniło, bo nie zamierzam się od razu rzucać w ramiona innemu. Nowego przyjaciela od ręki też raczej nie znajdę, a myśli zaczynają mnie niebezpiecznie namawiać do głodówek przede wszystkim... Co robić, jak z tym żyć? Dołuję mnie fakt, że tak już będzie zawsze... wieczne niezrozumienie, wieczna kontrola, albo zniszczę samą siebie...
×