mmonikaa
Użytkownik-
Postów
43 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez mmonikaa
-
No cóż, że ma o sobie wysokie mniemanie to widać choćby po tym, że uważa, że inni żyją w złudzeniu, a on jako jeden z niewielu zna prawdę o życiu . I po tym, jakim to nie będzie niczyim niewolnikiem (to naiwne stwierdzenie, tak już wygląda system społeczny, że zawsze jesteśmy od kogoś zależni i świstek z paragrafem przesłany do dyrektora tego nie zmieni). Niestety takie wysokie mniemanie o sobie też nie jest zdrowe i bardzo często zdarza się również przy nerwicach, niskim poczuciu własnej wartości i depresjach. Nie wiem, jak sytuacja z rodzicami, Ty znasz tylko jedną stronę opowieści, ja nie znam żadnej strony, więc tym bardziej nic do powiedzenia nie mam, ale wiem, że jacy rodzice nie są, w sytuacji zagrożenia życia mogą zrobić najwięcej. Moim zdaniem należy przebić tę bańkę niezwykłości i świetności takiego postrzegania świata i uświadomienie mu, że po prostu ma mętlik w głowie, jak miliony innych młodzieniaszków w tym wieku, bo na razie sili się na wielką filozofię i wyobraża sobie, że jest nie wiadomo kim, a sypie najzwyklejszymi banałami, do czego ma prawo ze względu na wiek. Myślę, że to, co by zadziałało na te jego świetne idee, to solidny intelektualny kopniak od np. jakiegoś dra czy profesora filozofii. Obawiam się niestety, że Ty nie masz po prostu odpowiedniego autorytetu dla niego. On skupił się teraz na swoim "odkryciu" i uważa to za mądrość i prawdę. Twoje podpieranie się cytatami, dziełami itd. go nie przekona, jest zbyt pewny swego. Teksty o czerpaniu radości z życia go nie przekonają, są dla niego miałkie, on potrzebuje teraz wzniosłych słów, a nie prostych prawd. Ty z kolei chyba masz jakiś problem ze zbawicielstwem. Nie zbawisz świata, zwłaszcza jego upartej i zapatrzonej w siebie części. Próby są skazane na mniejsze lub większe niepowodzenia, a każde z nich będziesz musiała solidnie odpokutować, niszcząc sobie samej psychikę. To naprawdę nie ma sensu. Bądź dla siebie najważniejsza, a jemu pozwól dorosnąć, starając się ograniczyć jego szanse na popełnienie samobójstwa. Kiedy trochę pozmieniają się jego myśli, a ten moment pewnie nastąpi, będziecie mogli budować normalną relację. Teraz nie ma na to szans. Ty będziesz realizowała się jako anioł stróż przez jakiś czas, a później przytłoczy Cię ta odpowiedzialność i sama podupadniesz na zdrowiu. Wtedy ani Ty nie będziesz mogła pełnić funkcji opiekunki, ani on nie będzie potrafił być opiekunem dla Ciebie. Kiedy Ty zwierzysz mu się ze swoich myśli samobójczych nie dostaniesz wsparcia i porcji dobrych myśli, ale aplauz. To do niczego nie prowadzi. Nie możesz być odpowiedzialna za drugiego dorosłego człowieka, w dodatku takiego, który deklaruje, że nie jest niczyim niewolnikiem. Skoro nie jest, niech nie będzie, moja rada: zostaw go, wypuść na wolność, ale zrób wszystko, by ktoś rzeczywiście za niego odpowiedzialny dowiedział się o jego planach. Samobójstwo, za które poczułabyś się odpowiedzialna, nie jest Ci do niczego potrzebne. Z kolei sama nie masz żadnych środków, by mu zapobiec.
-
A co z drugą połową? Też chcesz ją zaprzepaścić, czy jednak coś zmienić i uczynić ją lepszą? Jeśli to drugie, to marsz do psychiatry, psychoterapeuty i po prostu walcz o siebie!
-
A ja uważam, że poprzednie opinie (o manipulacjach i sposobie zwrócenia na siebie uwagi) są przesadzone. Sama swojego czasu lubiłam rozmawiać o samobójstwie, śmierci. Marzyłam o tym, fantazjowałam na ten temat (postrzegałam to jako najcudowniejsze panaceum, z którego jednak nie mogę skorzystać ze względu na przykrość, jaką sprawię tym innym), nie mogłam się uwolnić od myśli o samobójstwie, towarzyszyła mi w każdej właściwie minucie funkcjonowania. Trudno więc było nagle prowadzić rozmowy o czymś zupełnie innym, zwłaszcza w gronie, które mogło ze mną się podzielić swoimi przemyśleniami i które nie rozdziawiało paszcz ze zdumienia, kiedy padało SŁOWO NA EŚ . Niewykluczone, że jest to jakiś mechanizm wołania o pomoc, nie wiem, sama nigdy tego tak nie widziałam, raczej uważałam, że to normalny efekt rozmawiania głównie o tym, co w danej chwili jest najbardziej interesujące i aktualne. Byłam wtedy w tym, co okazało się po pójściu do psychiatry ciężką depresją. Zdecydowana większość samobójców tak się zachowuje - mówi, opowiada i nie ukrywa swoich myśli samobójczych, dlatego nie wolno ich ignorować. Ja wtedy też wielokrotnie byłam na granicy podjęcia jakichś decyzji brzemiennych w skutki i mogło się to równie dobrze inaczej skończyć, bo naprawdę miałam serdecznie dosyć życia. To mit, że samobójcy nie mówią o swoich planach. Dlatego trzeba takie słowa traktować poważnie. Osobiście dzwoniłam do rodziców koleżanki, kiedy byłam zaniepokojona jej myślami. Nie jest to wcale taki nietypowy przypadek, za jaki go, autorko, uważasz. Jeśli chodzi o samo myślenie tego typu, większość młodzieży w tym wieku zastanawia się nad bezsensem istnienia, bezsensem wszelkich decyzji wobec nieuchronnej śmierci itd. U niektórych może to prowadzić do myśli samobójczych. Dla nikogo z nas takie przemyślenia nie są nowością, to po prostu wpisane w naszą kulturę,a d o pewnego stopnia również w naturę. Po jakimś czasie z tego typu idei zwykle się wyrasta, wchodzi się w kolejne etapy postrzegania świata i pseudo-filozoficzne marudzenie przestaje komukolwiek imponować . Niestety to, co opisujesz to nie tylko zastanawianie się, ale też popadanie w myśli samobójcze i depresję (trudno powiedzieć, czy depresja jest przyczyną myślenia, czy myślenie przyczyną depresji). Moim zdaniem to jest depresja, a nie żadne racjonalne przemyślenia. Od razu napiszę, że to nie jest Twoja odpowiedzialność. Musisz zdać sobie sprawę z tego, że ta relacja byłaby dość wykańczająca, mogłaby Ciebie ściągnąć w dół, zamiast kolegę podciągnąć do góry. Jego wyleczenie nie jest zresztą w Twojej mocy. To, co możesz zrobić, to skierować go do odpowiednich osób - psychiatry, psychoterapeuty. Będzie się pewnie wzbraniał, bo w końcu to takie mądre i racjonalne postrzeganie świata, nie żadne tam bycie czubem . Niepokoi mnie właśnie to. Mam wrażenie, że Twojemu koledze (a chyba i Tobie w jakimś stopniu - to cytowanie słów kolegi, podkreślanie jego inteligencji itd.) takie postrzeganie świata wydaje się mądre, inteligentne, racjonalne, oryginalne, słuszne, poetycko-głębokie, wrażliwe (może także dodające nieco powagi, dojrzałości, artystyczności, filozoficzności i ogólnie poczucia bycia niezwykłym) i ogólnie "lepsze" w znaczeniu "bardziej świadome" niż postrzeganie pogodne, pełne pogodzenia się z życiem i jego bezsensem. Moim zdaniem jest inaczej: nie sztuką jest zauważyć bezsens istnienia, to potrafią wszyscy; sztuką jest sobie z tą myślą poradzić, zmierzyć się z nią, być pogodnym i uśmiechniętym człowiekiem, walczyć o pogodę ducha, buntować się i nie poddawać. To jest myślenie do którego ja osobiście dążę i które uważam za dojrzałe, mądre i dobre. Taka refleksja czyni nasze życie milszym, a równocześnie - milsze staje się życie naszych bliskich. Bezproduktywne ględzenie wciąż o tym samym niczego nie zmieni, samobójstwo skrzywdzi innych, trzeba więc szukać innej strategii życia - takiej, która zmieni status naszego życia z przykrego obowiązku w dobrze spędzony czas. Spójrz na sławnych filozofów, artystów i poetów, do których pewnie aspiruje Twój kolega, nikt z nich nie wałkuje w kółko tematu bezsensu świata, bo to nudne i banalne. Prawie sto lat temu było to coś trochę świeższego, dzisiaj, no cóż, to tylko temat sprzed stu lat, obdyskutowany z każdej strony . Piszę to, bo kiedy jakaś idea komuś imponuje, o wiele trudniej z nią walczyć. Jeśli ktoś myśli o śmierci i zamiast ubierać to w "mądre" słowa i napawać się swoimi przemyśleniami, jest nimi przerażony - sam zwróci się o pomoc. Jeśli ktoś widzi tak naprawdę w depresyjnym myśleniu swoją zaletę i niezwykłość, cóż - nie będzie chciał zaakceptować tego, że to choroba i jej leczyć. Na Twoim miejscu starałabym się więc przedstawić koledze takie widzenie tej jego refleksyjności. Dobrze, życie nie ma sensu, nie on pierwszy to odkrył, ale co teraz? Czy naprawdę jest sens rzucać się pod pociąg i fundować bliskim tragedię do końca życia? Nie lepiej po prostu poukładać sobie w głowie? Zwrócić się z problemem do kogoś dorosłego, kto ma takie kryzysy za sobą? Poszukać pomocy u psychologa lub psychiatry i zechcieć zwalczyć te myśli? Przekonać samego siebie, że to droga donikąd? Myślę, że dobrze zadziała najpierw sprowadzenie go na ziemię, uświadomienie mu, że nie jest niezwykły dlatego, że gada o tym i o tamtym, ale dlatego że... (i tu wstaw jakąś inną jego cechę, z potencjałem na rozwinięcie zdrowych nawyków). Kolejna rzecz to zaproponowanie zrobienia któregoś z testów na depresję, np. testu Becka. Niech zobaczy swój wynik i zauważy, że to po prostu depresja. A później pozostaje jej leczenie. Jeśli nie będzie chciał go zacząć sam, możesz spróbować poinformować wychowawcę, że masz wrażenie, że kolega ma depresję, że warto by było porozmawiać z jego rodzicami. Niewiele więcej możesz zrobić, chroń teraz przede wszystkim siebie, żeby te myśli nie udzieliły się również Tobie.
-
Była dziewczyna chce się zabić co robić?
mmonikaa odpowiedział(a) na goscforum12 temat w Depresja i CHAD
Szantaż szantażem, ale to mit, że niby jak ktoś chce popełnić samobójstwo, to po prostu to robi i nic o tym nie mówi. Większość samobójców (chyba 80%?) wcześniej o tym mówi, wysyła jasne sygnały. To oczywiście nie zmienia faktu, że dziewczyna stosuje szantaż emocjonalny, któremu nie ma sensu ulegać. Jeśli znasz kogoś z jej bliskiego otoczenia (rodzeństwo, przyjaciółka, ktokolwiek) poinformuj o jej planach tę osobę. Możesz też spróbować po kolejnym sms-ie zadzwonić pod nr alarmowy, oni wyślą to, co będzie potrzebne, jeśli będzie. Z mojego doświadczenia wynika, że zwykle takie groźby nie kończą się tragicznie, ludzie się uspokajają po jakimś czasie i wstydzą swoich wcześniejszych pomysłów, ale zawsze jest jakiś procent, który do tego momentu nie daje sobie szansy dotrzeć - dlatego lepiej zareagować z przesadą, niż w ogóle. -
Zgadzam się, że Twoim problemem wydają się być lęki, szczególnie rzuca się w oczy kłopot z relacjami z innymi, czyżby fobia społeczna? Wydaje mi się, że dobrym krokiem byłoby zgłoszenie się do psychoterapeuty, jeżeli on uzna za stosowne wysłać Cię również do psychiatry, to oczywiście idź, ale lęki to raczej sprawa na psycho-, a nie farmakoterapię. Do czasu znalezienia psychoterapeuty możesz próbować sama też coś z tym zrobić, może poszukać jakiejś książki o fobiach, jakichś sposobów na przełamywanie lęku w kontaktach z innymi... Zastanawiające jest to, że wstydziłabyś się powiedzieć narzeczonemu o ew. leczeniu psychiatrycznym, czy w takim razie nie będzie uważał psychoterapii za fanaberię? Czy będzie potrafił wspierać Cię w gorszych chwilach? Warto by było szczerze z nim porozmawiać. Chęć ukrywania problemów przed narzeczonym i wyjawianie problemów psychicznych z przeszłości jakby były jakąś historią kryminalną wydaje się być pierwszym krokiem do izolowania go od Twoich problemów, co może się nie najlepiej skończyć w przyszłości. Co, jeśli np. zdecydujecie się na dziecko i będziesz miała depresję poporodową? Chcesz zostać z tym sama? Nie mówię, żeby przerzucać na niego swoje problemy obciążać go odpowiedzialnością za nie, ale żeby nie ukrywać ich jak mrocznej tajemnicy, przecież to część Ciebie, no, przynajmniej dzisiejszej Ciebie, bo z czasem to się zmieni . Póki co jednak możesz czerpać korzyści z tego, że masz kogoś bliskiego i w razie potrzeby korzystać z jego pomocy i wsparcia, po co sobie tego odmawiać, skoro Twoje pozbieranie się jest Waszym wspólnym dobrem?