Skocz do zawartości
Nerwica.com

Dryagan

Legenda Forum
  • Postów

    3 703
  • Dołączył

4 obserwujących

Ostatnie wizyty

27 132 wyświetleń profilu

Osiągnięcia Dryagan

  1. @Lucy32 No to akurat rozumiem Cię bardzo dobrze. Mnie też chyba bardziej niż „miękkość” drażni u człowieka chwiejność - zwłaszcza taka, że wystarczy pojawienie się nowej, atrakcyjniejszej opcji i nagle wszystkie wcześniejsze deklaracje tracą ważność. Można zmienić zdanie, oczywiście. Człowiek nie podpisuje własnych wyborów krwią na wieczność. Ale co innego zmienić zdanie po namyśle, a co innego miotać się zależnie od tego, kto akurat wszedł do pokoju. Ja mam zresztą dokładnie odwrotną przypadłość. Jak już coś wybiorę (albo kogoś) to bardzo trudno mnie od tego wyboru odwieść. Czasem nawet wtedy, kiedy całe otoczenie zgodnie uważa, że najwyższa pora się opamiętać I nie twierdzę, że to zawsze zaleta. Upór potrafi człowieka zaprowadzić w bardzo głupie miejsca. Ale przynajmniej jeśli mówię „to jest mój wybór”, to nie znaczy „dopóki nie pokaże się coś ciekawszego”. Zresztą jestem zodiakalnym Baranem, więc najwyraźniej dostałem upór w wyposażeniu fabrycznym. Można mnie przekonywać, można argumentować, można nawet mieć rację. To ostatnie niestety wcale nie gwarantuje sukcesu.
  2. Ale właściwie co znaczy „miękki facet”? Bo mam wrażenie, że każdy tutaj rozumie to trochę inaczej. Wrażliwy? Spokojny? Ustępujący w sporach? Niepewny siebie? Taki, który płacze? Czy po prostu człowiek, który nie próbuje dominować nad wszystkim dookoła? I podobnie z tym „silnym mężczyzną”. Silny w jakim sensie? @Dalila_, Ty po prostu lubisz osiłków? Bo jeśli mówimy o sile charakteru, to ona wcale nie musi iść w parze z "twardością". Można być bardzo stanowczym człowiekiem, a jednocześnie czułym i wrażliwym. Zresztą odpowiedzialność też nie jest tym samym co siła. Można być przebojowym, dominującym facetem, który w chwili kiedy naprawdę trzeba coś unieść, znika. A można być spokojnym, mało efektownym człowiekiem, który po prostu zostaje i robi to, co trzeba. Dla mnie chyba właśnie to drugie więcej mówi o sile niż cały ten wizerunek „twardego faceta”.
  3. Chyba jednak trochę inaczej. Nie chodzi mi o to, żeby udawać przed córką, że wszystko jest świetnie i tata zawsze daje radę. Tego zresztą teraz nawet nie da się udawać. Widzi, że jestem słabszy, że odpoczywam, że pewnych rzeczy nie mogę robić i że czasem potrzebuję pomocy. Chodzi ze mną na spacery zresztą. Bardziej chodzi o to, że ja sam nie czuję się dobrze z tym, jak łatwo ostatnio emocje przejmują stery. Zawsze miałem uczucia, nigdy nie uważałem, że facet ma być z kamienia i dziecko też nie musi oglądać ojca wyłącznie w wersji „niezniszczalnej”. Ale co innego wzruszyć się i nawet popłakać, a co innego mieć wrażenie, że człowiekowi ostatnio wystarczy niewiele, żeby puściły wszystkie bezpieczniki. I chyba nie nazwałbym tego tym, że życie mnie przygniata i próbuję to przed innymi ukryć. Bardziej chodzi o to, że jestem jeszcze po tym wszystkim jakiś taki... bez skóry. Zmęczenie, strach, ulga, złość, wzruszenie - wszystko przychodzi szybciej i mocniej niż wcześniej. Ale nie wydaje mi się, żeby to była depresja. Nie mam poczucia, że wszystko straciło sens, nadal potrafię się cieszyć, żartować, mam ochotę coś robić i czekam na różne rzeczy. Bardziej mam wrażenie, że po tym wszystkim emocje są jeszcze kompletnie rozregulowane i dużo łatwiej przebijają się na powierzchnię. Po południu oczywiście trochę poświętujemy te urodzinki - tort, prezenty, coś dobrego. Tylko bez wielkiej imprezy z gromadą dzieci i chaosem na pełen etat, bo na taki poziom atrakcji tata jeszcze nie ma homologacji. Ma być spokojnie, rodzinnie, ale jednak urodzinowo. Dziewięć lat zdarza się tylko raz.
  4. Nigdy nie twierdziłem, że mężczyźni nie mają uczuć ani że nie powinni ich okazywać. To nie o to chodzi. Tylko ja po prostu nie czuję się dobrze z tym, że ostatnio te emocje tak łatwo biorą nade mną górę. Wzruszam się czymś, wkurzam, a za chwilę mam łzy w oczach. Jakbym miał gdzieś poluzowaną regulację. Co innego mieć uczucia, a co innego mieć poczucie, że człowiek chwilami przestaje nad nimi panować. I chyba właśnie to mi najbardziej przeszkadza. Przy córce oczywiście nie będę udawał robota. Ale też nie będę udawał, że świetnie się czuję z tym, że ostatnio płacz przychodzi mi zdecydowanie łatwiej niż kiedyś.
  5. Nadal mam raczej tryb „minimum obowiązków”. Mogę sobie zrobić herbatę, coś poczytać, pokręcić się po domu, ogarnąć jakieś drobiazgi, ale wszystko, co wymaga większego wysiłku albo noszenia, nadal jest poza mną. I pilnują mnie, żebym przypadkiem po lepszym dniu nie uznał, że już jestem zdrowy, bo podobno znają mnie aż za dobrze. Teraz dochodzi rehabilitacja kardiologiczna, trochę ćwiczeń, marszu, rowerka pod kontrolą, stopniowo i bez bohaterstwa. Spacer też codziennie, ale spokojny - tak bardziej wokół bloku. Bardziej chodzi o to, żeby się ruszać i odzyskiwać wydolność, niż robić jakiekolwiek wyniki. Poza tym leki, odpoczynek, trochę czytania, trochę internetu i nauka tej trudnej sztuki, że jak człowiek siedzi, to świat naprawdę się od tego nie zawali. A jutro córka ma urodziny. I tu mnie załatwiła kompletnie, bo powiedziała, że nie chce żadnego prezentu, tylko żeby tata był zdrowy. No i oczywiście się przy niej popłakałem, czym bardzo podniosłem swój autorytet głowy rodziny. Prezent oczywiście będzie, bo aż tak łatwo się nie wykręci. Ale bez wielkiego kinderbalu. Spokojnie, rodzinnie. I chyba w tym roku naprawdę nikomu więcej do szczęścia nie potrzeba. Tak, to jest normalny element rehabilitacji kardiologicznej. Po zawale patrzą nie tylko na serce i wydolność, ale też na to, jak człowiek psychicznie znosi całą sytuację. U mnie to na razie była konsultacja i rozmowa w ramach rehabilitacji.
  6. Fajna, naprawdę Tylko to trochę inaczej wygląda niż klasyczna terapia. Pani psycholog jest częścią rehabilitacji i bardziej sprawdza, jak człowiek sobie radzi z tym, co się stało i z powrotem do normalnego życia. Pytała między innymi o sen, stres, czy boję się kolejnego zawału, czy nie wsłuchuję się za bardzo w każdy sygnał z organizmu, jak znoszę ograniczenia i to, że nagle muszę zdawać się na innych. No i oczywiście wyszło, że z tym ostatnim radzę sobie wybitnie, czyli fatalnie. Rozmawialiśmy też o tym, że po takim numerze człowiek trochę traci zaufanie do własnego ciała. Wcześniej serce sobie po prostu było i człowiek nie poświęcał mu większej uwagi, a teraz wystarczy, że zabije trochę szybciej i mózg natychmiast organizuje naradę kryzysową. Więc bardziej chodzi o nauczenie się, żeby nie żyć od pomiaru pulsu do pomiaru pulsu, nie bać się każdego wysiłku i jednocześnie nie udowadniać sobie na siłę, że już wszystko mogę. Podobno jedno i drugie jest po zawale dość typowe. Oczywiście ja, jako człowiek rozsądny i umiarkowany, mam talent do obu naraz. Na szczęście bez grzebania na siłę w głowie. Konkretna rozmowa o tym, co jest teraz i jak nie zwariować w trakcie dochodzenia do siebie. Taką wersję psychologa jestem w stanie zaakceptować.
  7. Pierwszy dzień rehabilitacji kardio zaliczony. Trochę badań, trochę ćwiczeń, rowerek w tempie obrażającym moje ambicje i rozmowa z psychologiem. Wniosek na dziś: serce rehabilitują ruchem, a właściciela - cierpliwością. Zdecydowanie trudniejsza część.
  8. No już nie taki młody. Jak to śpiewał Bajor "były, młody bóg pół żywy i siwy ma czub"
  9. No ja walczę ze "starym" ciałem, żeby chciało funkcjonować. Odpoczywam po zawale. Ale już lepiej. Na discordzie bywam
  10. Odnajdziesz się. Czemu nie? Najwyżej będziesz rozmawiać ze "starymi". Na przykład ze mną
  11. Z autem to nie jest „nigdy więcej”, tylko chwilowe odebranie przywilejów. Po świeżym zawale, utracie przytomności, niskim ciśnieniu i zawrotach głowy lekarz uznał, że może jednak nie powinienem na razie prowadzić samochodu, bo może mi się słabo zrobić albo coś. Trudno się z tym kłócić, choć moje poczucie niezależności ma na ten temat inne zdanie. Jeśli rehabilitacja pójdzie dobrze, ciśnienie się ustabilizuje i nic niepokojącego się nie wydarzy, to przy kolejnej kontroli wrócimy do tematu. Od ojca najwyraźniej też dostałem coś w spadku. On zawał, ja zawał. Do rodzinnego pakietu genetycznego dorzuciłem jeszcze własny stres, przemęczenie i przekonanie, że człowiek może wszystko. Wyszła bardzo udana mieszanka.
×