Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Treason

Użytkownik
  • Zawartość

    6
  • Rejestracja

  1. Wiem, myśli samobójcze to nie norma dla nie chorych. Jest jednak w nich coś okrutnego, Dajmy na to że tak jak dziś mam napad "załamaniowy" Co starter ten zawiera: - okropnie natrętne myśli o pochodzeniu przeszło - teraźniejszo- przyszłym, mix - płacz, tak silny i trudny do opanowania że smarki zatykaja mnie, i trudno ogółem oddychać nawet pomijając smarki - jestem napięta jak struna, negatywna, wredna, rzucam sarkazmami, ironią (jeśli chce ktoś pomoc, ale gdy nie odpuszcza to jestem zła i uspokajam się? Jednocześnie?) - gdy nie ma nikogo, to jest płacz i wycie, ochoty na uszkodzenie się, szybko szukam tabletki - co mnie najbardziej wkurwia w tym stanie jest to taka przeraźliwie niemożliwa niemożność zniesienia danej chwili, ja to nazywam "odrzutem" boli mnie czas tak dosłownie każda sekunda to nóż wbijany i przez to aż dostaje 3x mocniejsze myśli samobójcze, pragnę wtedy zasnąć nawet nie dlatego by umrzeć ale żeby nie czuć tego okropnego czegoś i nie umiem nazwać! To jest najgorsze, próbowałam to ogarnąć ale nie są rady, jak mnie weźmie te uczucie to mam ochotę się rozpierdolic na części to jest chyba najwyższy poziom nienawiści do życia, chyba? Co to jest proszę powiedzcie mi.. Gdy wezmę lek, typu Lexotan, Zomiren, Xanax to wszystko zaczyna grać. Jest /cenzura/ dobrze, co ten lek ma a inne nie że działa na to co potrzebuje? Czemu nie ma leków psychiatrycznych takie jak te benzo aby nie uzależniały aż tak i aby działały równie świetnie :c Czy muszę się uzależnić od leków by żyć normalnie a nie co kilka dni na 2 do 4 dni? Chore /cenzura/ mać, mam dość tego stanu gdy jest tak źle to jest tragedia, nie wierzę że aż tak mogę się źle czuć to chyba mi się śni, to jakiś horror.
  2. Mam coś takiego, zmuszam się aby np z kimś być, poznawać go lub ją. Z początku idzie nawet ok, bo nie znamy się, gorzej robi się gdy już ktoś coś o mnie wie. Dobra, ktoś coś o mnie wie, zaczynam czuć się źle z tym, i mówię jeszcze więcej. Gdy czuję się że sobą okropnie bo powiedziałam już wiele, to mówię jeszcze więcej i zaczynam odwracać kota ogonem że np jestem obrzydliwa, zła, i robię obrzydliwe rzeczy by zbrzydzic kogoś. Denerwuje mnie ze ludzie oceniają mnie na plus, że jestem dobra, miła, sympatyczna, spokojna, mądra i wartościowa gdyż czuję się że sobą okropnie i próbuje w dalszym etapie znajomości odrzucić. Gdy uda się odrzucić, widzę efekt że aha, starczyło mieć złe dni, bekać czy coś i już odchodzą. I na dodatek wszystkiego jestem świadoma że przecież chciałam by odszedł ktoś? Chciałabym nie być z kimś ale też nie być sama. Ja chyba nie chce żyć ze sobą! Co to za zaburzenie osobowości? Lubie się poznawać, ale widzę że tylko do pewnego momentu i wtedy zamyslam się na długie godziny czy kontynuować to. Widzę że czuję braki potrzeb, np bliskości, wzroku, głosu, lub uwagi i to mnie zmusza do kontynuacji. Jak mówię coraz więcej choć nie chce ale jakby zaczynam tracić kontrolę, bo nie chce a robię to. Potem oglądam te rozwijająca się sytuacje jakby z boku, czuję że emocje mnie przerastaja. Ja uważam że miłość, przyjaźń to pić na wodę a ktoś, lub ja "we mnie" lub inna osobowość moja twierdzi że przecież nie wiem co i trzeba się dowiedzieć. Ktoś za mnie szuka potwierdzenia istnienia miłości, przyjaźni, dobra, współczucia, empatii. Fakt, nie raz znajduje to kosztem mojego chłodu emocjonalnego i bardzo to boli, że trzeba tyle się nscuerpiec "czując" by doświadczyć pół godziny miłości, przyjaźni, itp. Rozumiem uczucia mechanicznie, to chyba problem o którym wiem i nie umiem zrozumieć czy każdy tak ma? Co jest grane, to niemożliwe.. Kiedyś czułam przepływ emocji totalnie inaczej, tak normalnie "wg. Mnie" że nie czułam cierpienia nawet gdy czułam źle emocje. To nie było takie bolesne, w sensie źle rzeczy smucily, bolały ale nie tak ze aż chciałam umrzeć w sekundę. Czuję nie możność trawienia emocji, czuję fałsz gdy ktoś mówi że jestem ładna, ze coś tam innego. Śmiać mi się chce jak ktoś mówi że miłość istnieje bo u mnie to jest "chłodna kalkulacja korzyści i perspektyw" Jestem psychopatka taka nowa wersja? Z uczuciami (choć bez), wrażliwa (choć nie czuła), ciepła i miła (choć zimna i surowa), wyrozumiała i godna zaufania (choć czując się obco wszędzie, rozumiem czyjeś a swoich nie umiem, sobie nie ufam i innym a inni mi tak) Nie pojmuje już, to jest chore Wszystko mnie dzus już boli przez te cholerne uczucia, czy mogłyby dzus przestać mnie nękać? Mam straszny napływ, nie umiem wydusic słowa czuję się przygnieciona. Chłopakowi odpisuje "gifami lub emotkami" jak jakiś dzieciak ale nie umiem norm ie bo jak coś powiem, to chyba lawina ruszy i rozwale wszystko wokół. O, właśnie czuję agresję :c bo nie umiem uwierzyć że ktoś mnie kocha, gdyż czuję się oszukiwana. Boję się uwierzyć że mogę płakać i być nie zadbana a jednak dostanę miłość. Muszę być zadbana, inaczej pewnie będą mną gardzić. Jednak wiem że "brzydcy też mają prawo" nikogo nie skreśla, tylko siebie. Chciałabym by ktoś był moim opiekunem, i kimś mądrym, kto mi powie czemu czuję swój ból, i czemu ciągle uciekam Dzis chce umrzeć
  3. Treason

    Co mi jest

    Co do diagnozy, poza depresją: najczęściej mówili że silna nerwica lękowa (była to prawda bałam się wszystkiego ale to minęło bo zrozumiałam mechanizmy, tutaj było łatwiej niż z depresją na którą nie widzę już sposobów) potem terapeuta "aktualny" stwierdził brak depresji jako takiej ale DDA i zespół stresu pourazowego. Lecz przed tym terapeutą, raz stwierdzono CHAD o nietypowym przebiegu (dano lamitri, był to jeden z najlepszych leków dotychczas, zero skutków i neutralny nastrój przez ponad rok całkiem ok, problem z tym że zero motywacji pomieszanie z lekka motywacja), potem stwierdzono po prostu dystymia, psychozy, nerwica natręctw (bo się ciągle prawie drapie i potem przez to płaczę i dołek bo się poranilam i tak w kółko). Rozumiem że ideałem pod względem psychiki nie jestem, pogmatwany był i jest mój los. Próbuję coraz to głupszych rzeczy na depresję.. Bo po tylu latach no ileż można?! Pamiętam jak kiedyś nie czułam tego czegoś w sobie, tego pasożyta chyba, takie niemożliwe i dziwne uczucie, przytłaczające aż nie mogę znieść nie raz że czas leci. Miałam właśnie rok temu te mmpi, terapeuta ma certyfikat i mówił tyle że, mam za mało agresji w sobie i powinnam być asertywniejsza, taka bardziej harda, krzyknąć, tupnąć a nie uciekać i się kulić lub wyłączać. Wyszło tam też że schizofrenii, innych psychicznych chorob nie ma hmm. Wyszło też że jestem zbyt za bardzo w swoim świecie co przekłada się na zaniedbanie świata na zewnątrz. Okej, prawda, ale co dalej - ćwiczenia, socjalizacji, spacery, dieta, pies, rodzina, na dany czas brak biedy, jest chłopak, i nie wiem, nie rozumiem co się dzieje już. Myślę, rozmyślam nad sobą dużo bo próbuje wymyślić co robić, co dalej jak pokonać to wstrętne poczucie jakiejś dezintegracji? Jakbym nie była sobą, jakbym była w jakiejś fałszywej skorupie z krwi i kości. Wiem że to głuupawo brzmi ale nie umiem tego ująć w normalnym języku, eh bardzo współczuję, to jest tak przykre uczucie. Pojęcia nie mam dlaczego, staram się, inni też się starają i czemu to wciąż tkwi w nas, we mnie. Czuję że wszystko co robię i buduję może rozpaść się lada moment. Czuję się okłamana przez życie, oraz co jakiś czas zaczynam czuć coś w stylu wściekłości i wrogości do bliskich, mówiąc im że "nie kochają mnie, udają bo muszą bo przecież nie wypada" mówię im wtedy głupie rzeczy, "czemu nie zrobiłaś mamo aborcji" "że chłopak też robi sobie ze mnie żarty, że akceptuję kogoś takiego!" potem mi mija, przepraszam i jakiś czas jest tak dość ok. Faktycznie mam te wahania nastroju, jednak nigdy szczęścia nie czułam, jak przy Chad. Ciągle jestem świadoma czynów tak że aż mam dość bycia świadoma.
  4. Też mam dziwne fetysze! Twój wydaje się spoko, serio.. Ale co tam gadać, uważam że to jest coś co warto spełnić i już, ja swoje spełniłam i spełniam. Choć nie wierzyłam że w ogóle takiego freaka spotkam pier... Olić zasady. Bądź taka jaka chcesz być, na początku jest ten wstyd że jak to ja tak a nie inaczej? Czemu nie tak jak inni? Naprawdę, pieeerrrrr... ol to. Spełniaj się, jeśli Ci z tym bedzue dobrze to dobrze, nie to nie ale chociaż nie będziesz mieć pustki, zaspokoisz i tak jak ja zauważysz że to nie było takie straszne ale jakie przyjemne.
  5. AB rhd- tylko nie wiem co znaczy te małe d na końcu?
  6. Treason

    Co mi jest

    Hej, dluuugo choruję na depresję i rozumiem jej mechanizm. Latami się lecze - chodzę, jeżdżę na terapię ale sęk w tym że ja tego wszystkiego nie czuję tak! Tak jak ma to być, oni mówią że w końcu będzie lepiej i będę się czuła na swoim miejscu zjednoczona ze sobą a nie w rozszczepieniu. Robię w życiu różne rzeczy, niektóre szokujące a dla mnie nie zbyt. Nie czuję często tej głębi wartości? Nie wiem jak to nawet ująć, czuję się bardzo obco w tym świecie. Jak w smutnym i bez sensownej fabuły filmie. Wiem co to dobro, zło, miłość i brak miłości, kocham zwierzęta i naturę ale jest coś ze mną ciągle nie tak. Nie czuję polotu do tego życia, wcale mi się nie chce tu tak żyć jak wy, (?) nie chce rodziny, bliskich ale ich mam. Nic nie chce ale z potrzeb czysto ludzkich potrzebuje niektórych rzeczy i spraw bo tak nas stworzono. Czuję się mechanicznie i boję się że może tym kogoś skrzywdze jak odkryją że ja to jednak nie kocham tak jak się powinno? Nie lubię tak? Nie rozumiem tego już mechanizmu. Ciągle szukam testów, wyjaśnień czy kogoś lubię, czy kocham, czy potrzebuje czegoś lub czego potrzebuje bo bywa tak że ja nie wiem co potrzebuje i czuję brak przywiązania. Nagle wszyscy są obcy i wcale "nie moi"? Schizofrenia? Wieloletnia dwpersonalizacja, derealuzacja? Diagnozy ciągle się zmieniają, nie wierze psychiatrów są debilami (Ci co u nich byłam) robią ze mnie gorszego debila poprzez leki i udawanie że mi się zdaje coś. Jak coś czuję to mi się nie zdaje i kropka. To jest stan, jakiś i to ma i musi mieć wyjaśnienie. Szukam odpowiedzi na pytanie kim jestem? Jak większość z was. Czuję się jakbym chodziła po cienkiej linie. Czuję że doświadczyłam prawie wszystko co potrzebuje. Dobre rzeczy też doświadczyłam i jestem zawiedziona że nie były tak dobre jak to mówią, złych rzeczy doświadczyłam więcej niż dobrych i jestem zaskoczona że niektore są wyolbrzymione a niektóre źle rzeczy są tak złe że niespodziewana się że aż tak, że to może być tak złe. Za dużo chce przekazać, ciężko mi tu pisać ale wracając do sedna. Jeśli jakieś sedno było, to te czy mój stan to norma i każdy na ziemi czuje się na ogół kiepsko i ciągle musi coś robić aby czuć się lepiej*? Czy nie można być zwyczajnie spokojnym i wyluzowanym i myśleć że przecież jest ok? "ten stan spokoju miewałam jest fajny, naprawdę chciałabym znów ale jest on jak rzadki przedmiot z potwora w grze który wypadł po zabiciu go po raz setny." Czy wy, też to macie (oby nie) a gdy tak to jak to kontynuować, naprawdę mi się nie chce. To jest już nudne, codziennie ogarniać swoją egzystencję, ciągle potrzebować albo bodźców albo niczego. Czuję się taka rozszczepiona, jakbym nie była tylko sobą. Dzis to wcale wieszam się, zamyslam, cicha jestem, nic mi nie przeszkadza prócz tego uczucia że nie pasuje ale ze musze to kontynuować bo taka jest kolej rzeczy jak cos to uciekne. I ta kwestia ucieczki, gdy czuję ten stan to chce uciekać bardzooo daleko, byle gdzie i już się zdarzało i słabo to wychodziło dla bliskich zmartwionych, bo mi to było w porządku być nigdzie i wszędzie. Czemu chce uciekać gdy mi tak źle, to jest takie okrutne uczucie, przymus że już muszę teraz wyjsc i iść, biec, jechać byle gdzie oby nie być blisko bliskich i ludzi. Gdzie mogę się zdiagnozować? Czy jest szansa że znajdę psychiatre który będzie chciał zrobić mi różne testy, badania i który zna się na psychice? Który na wstępie nie przepisze leków lub szpitala zamkniętego. Bo do otwartych to dość ok, byłam i ujdzie. Poza tym tak, leczylam się, już teraz od 2 lat nie bo nic nie pomaga, więc lecze się na swoją rękę. Czytam, uczę się, terapia (ironiczny jest ale jest). Chciałabym naprawdę mieć ostra terapię, jakaś taka co mnie zaangazuje emocjonalnie a nie zwykłe pogawędki i mówienie tego samego żeby iść na spacer, wstawać wcześniej. Eh
×