Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Salivia

Użytkownik
  • Zawartość

    14
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Miałam nerwicę i moja choroba trwała pół roku, przez pół roku strasznie schudłam, bo głównie nie potrafiłam jeść, był to okres pełen męczarni, a powód tego okazał się być niezwykle banalny i może dla niektórych żałosny - zmuszenie się do czucia czegoś, czego się nie czuło. Wszyscy dookoła wywierali na mnie presję jakobym była zakochana w koledze, tak mi namieszali w głowie, że skończyliśmy jako para. Pierwotnie sądziłam, że to stres przed spotkaniami z nim, a potem wyszło, że jednak to coś więcej. Z nerwicy pomogła mi wyjść szkolna pedagog, tyle czasu ile siedziałam u niej w gabinecie bo znowu zataczałam się na korytarzu czy nie mogłam oddychać, to kobieta zapamięta mnie na całe życie! Dzięki jej pomocy uświadomiłam sobie, że postępuję tak, jak inni chcieliby, abym postępowała, jednocześnie działając wbrew sobie. A nerwica - jak mi potem powiedziała psycholożka - była swoistą reakcją organizmu na coś, czego nie chciał. Przez długi czas zbierałam się w sobie i w końcu zerwałam z chłopakiem. O dziwo, na następny dzień (pod koniec maja) ku mojemu zaskoczeniu pierwszy raz od pół roku obudziłam się bez ataku paniki. Do psycholog chodziłam jeszcze do końca sierpnia, ale prawdopodobnie jeżeli nie będę miała żadnego ataku paniki do 29 września to zakończę terapię. Teraz mogę powiedzieć, że jest dobrze i faktycznie czuję się spokojna, czego bardzo chciałam. Jeżeli chodzi o to, jak sobie pomagałam, to na pewno dużą zasługę ma w tym szkolna pedagog i moja mama, a z czasem i psycholog. Te kobiety siedziały i słuchały, gdy mówiłam, w pewien sposób rozumiejąc, co mam na myśli, bo pedagog i psycholog miały wiedzę teoretyczną i spotkania z ludźmi z nerwicą, a moja mama sama przeszła przez tą chorobę. Inaczej opowiada się takie rzeczy komuś, kto rozumie niż przyjaciołom, którzy bardzo chcą zrozumieć i nie potrafią. I chyba to, że zawsze dużo gadam i nie lubię sama wszystkiego dla siebie trzymać mnie uratowało, dlatego myślę, że każdy powinien znaleźć miejsce do wygadania się, jednocześnie próbując dowiedzieć się co jest czynnikiem stresowym i potem go zniwelować.
  2. Salivia

    Początki

    Staram się, nie chcę się poddawać. "Mam za dużo roboty na głowie, żeby się poddać" < tak, to ujęła moja przyjaciółka.
  3. Salivia

    Nasze Sny

    Och, moje sny są naprawdę powalone. Zazwyczaj jest w nich dużo brutalności, ale jakoś z czasem przestałam się tego bać. Tym bardziej, że zawsze w śnie jestem świadoma faktu, że to tylko sen i nie dzieje się naprawdę. A po drugie śnią mi się takie powalone rzeczy codziennie, do tego da się przyzwyczaić. Przede wszystkim w moich snach powtarzającym się schematem jest ucieczka przed czymś, albo walka. W sumie jeżeli dochodzi do tego drugiego, to w snach zawsze wygrywam, nigdy nie zostałam zabita, co najwyżej zraniona. Czasami w moich snach pojawiają się też jakieś drobne elementy, które potem, po dłuższym lub krótszym okresie czasu faktycznie się dzieją. W każdym razie spiszę jeden ze snów, które mam zanotowane w senniku, sprzed dwóch lat. Szłam ciemnym korytarzem, ukrywając się przed kimś, jakimiś strażnikami. Trzymałam się blisko ściany i w pewnym momencie były na niej zawieszone w rzędzie czerwone szaty. Dostrzegłam, że przede mną zza winkla wyszła jakaś grupa ludzi ubranych właśnie w te płaszcze z kapturami. Śpiewali jakąś pieśń, jednak nie pamiętam słów. Założyłam szaty i dołączyłam do tłumu, udając, że jestem jedną z nich. Dotarliśmy do jakichś małych drzwi, za którymi od razu były schody, a u ich podnóża kolejne drzwi. Następnie rozciągała się spora sala, z której było przejście do kolejnej, jednak nikt nie przekraczał tej "granicy" między nimi. Stałam pomiędzy ludźmi i wtedy rozpoczęło się coś na wzór obrządku, mszy, ale nie było to ku czci żadnego Boga, a przynajmniej tak mi się wydawało. Zaczęłam się rozglądać i dostrzegłam, że za mną stoi blondynka z zabandażowanymi oczami, która porusza się tak, jakby obserwowała wszystkich z góry. Poza tym kolejnym dziwnym aspektem w jej przypadku, był fakt, że ubrana była normalnie, a nie w czerwone szaty jak reszta. W końcu zatrzymała spojrzenie zabandażowanych oczu na mnie. Odwróciłam się, starając uniknąć jej spojrzenia i tak, jak pozostali w pomieszczeniu - uklęknęłam. Naśladuję jakąś kobietę, która była obok mnie, gdy ona wstała, ja również. W pewnym momencie ta blondynka z zabandażowanymi oczami zaczęła krzyczeć, że w sali jest intruz. Nie czekałam, żeby przekonać się jak potoczy się sprawa, tylko zaczęłam biec w stronę schodów. Zatrzasnęłam za sobą pierwsze drzwi, a potem kopię i biję w następne. Nagle drzwi zostają otwarte przez jakąś kobietę i razem z nią zaczynam uciekać, natykamy się na jakiegoś strażnika, którego wymijamy i uciekamy dalej. W końcu ona pobiegła w inną stronę, a ja przeskoczyłam przez jaką barierkę, aby ukryć się za czerwoną kotarą. Tam za to, okazało się, że były cztery osoby, czterech mężczyzn, którzy siedzieli na ziemi i nie zwracali na mnie uwagi. Przypominali mi trochę buddystów i jestem przekonana, że się modlili. Proszę ich, aby nie mówili, że tu jestem, ale oni i tak jakby mnie nie słyszeli. Przeszłam przez jakąś woale materiału i usiadłam w kącie. O dziwo, nie potrafiłam oddychać. Nagle stanęła nade mną kobieta o ciemnej karnacji, ją również - ciężko łapiąc oddech - proszę, aby udawała, że mnie tu nie ma i nikomu nie mówiła o mojej obecności. Ta się tylko uśmiechnęła i wtedy się obudziłam. Ogólnie to jeden z moich spokojniejszych snów.
  4. Nie ma co się wstydzić tego, że ma się problem >< Jak się o nim opowie, to człowiek poczuje się minimalnie lepiej, a ludzie na tym forum są na tyle wyrozumiali, że wysłuchają i możliwe, że coś doradzą :)
  5. Marzy mi się studiowanie dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim ^^
  6. Wiesz co, są różne sposoby na odstresowanie, ale skoro masz to już tyle czasu to może warto porozmawiać z psychologiem? Tym bardziej, że skoro pokazuje ci arytmię to może powinieneś pogadać z lekarzem? Na pewno nie doradzam jakichś tabletek na uspokojenie - nawet doraźnych, z czasem przestają cokolwiek dawać, a i bez nich człowiek wtedy nie potrafi sobie poradzić.
  7. Może to nie do końca kwestia radzenia sobie z lękiem, ale chodzi o przytłoczenie problemu pozytywnymi aspektami. Psycholog doradziła mi ćwiczenie: na środku kartki wypisać problem, a dookoła kolejno: życzliwych ludzi, coś co umiem, coś co daje mi siłę, ważne wydarzenia, dobre wspomnienia, coś co lubię, problemy z którymi udało mi się poradzić i sfery życia w których udało mi się odnieść sukces. I kiedy nachodzą mnie złe myśl to należy się skupić na tej liście pozytywów, które mają zasłonić problem i z czasem pokazać, że jest więcej tego, co dobre, niż tego co złe i że da się to pokonać. Może komuś się też to przyda :)
  8. Salivia

    Jestem

    Czasami racja, nadzieja jest złudna, ale czasami to ona daje motywację, prawda? Nadzieja, że będzie lepiej, nadzieja, że wszystko się ułoży, nadzieja, że stanę na równe nogi. Tylko trzeba ją rozróżnić od tej złudnej, która trzyma człowieka w miejscu, a od tej, która daje ci za przeproszeniem kopa w dupę i motywuje, abyś szedł do przodu.
  9. Salivia

    Jestem

    Ojcowie, którzy nie doceniają własnych dzieci, coś na ten temat wiem... Może ten psycholog czy psychiatra pomogą. Moim zdaniem na pewno najgorszym rozwiązaniem jest to, że popadniesz w jakiś nałóg. Papierosy jeszcze nic dobrego nikomu nie przyniosły... Przykro mi, że z tą dziewczyną nie wyszło, ale może zdarzy się tak, że wrócicie do siebie, a jeżeli nie, to pozbierasz się na tyle, aby ruszyć do przodu? Całe życie przed tobą, prawda?
  10. Salivia

    Jestem

    Witam, też jestem nowa na forum. Wiesz, myślę, że na forum znajdą się osoby, które przeczytają Twoją historię.
  11. [videoyoutube=]https://www.youtube.com/watch?v=bAVZ8LbIH7E[/videoyoutube] Dzisiaj radość sprawił mi ten filmik, zdecydowanie motywuje do działania, przynajmniej moim zdaniem :)
  12. Salivia

    Początki

    Witam, miło mi wszystkich poznać. Na forum natknęłam się przypadkowo i postanowiłam, że jednak się tutaj zarejestruję i napiszę moją historię - o ile ona kogokolwiek będzie interesować. Mam 17 (rocznikowo 18 lat) i teraz już jestem przekonana, że mam nerwicę. Ale cofając się do samych początków, to już w podstawówce kiepsko radziłam sobie ze stresem, byle drobnostka doprowadzała mnie do nerwów i strachu. Czasami zdarzało się, że po prostu siedziałam wieczorem, oglądałam telewizję i chwytał mnie strach, tylko wtedy on przechodził stosunkowo szybko. Skupiałam się na czymś innym i odpuszczał. Sprawa pogorszyła się w połowie gimnazjum, wtedy zdarzało mi się, że ze stresu i zmęczenia omijałam pojedyncze dni szkoły, bo źle się czułam - ale nie uznawałam tego za coś poważnego. Wtedy też stres przed egzaminami gimnazjalnymi sprawił, że schudłam i pojawiły się codzienne bóle brzucha. Znajomi próbowali mnie namówić na pójście do lekarza, ale ja uparcie twierdziłam, że nic mi nie jest, trudno, że boli. Stres się nasilał, bo - może i to idiotyczne - ale strasznie stresowałam się, że nie dostanę się do tego LO, do którego chciałam. Tym bardziej, że moje oceny nigdy nie zadowalały mojego ojca, chociaż wszyscy dookoła nie rozumieli co mi nie pasuje w samych czwórkach, piątkach i sporadycznych szóstkach oraz trójach. Ale zdałam dobrze egzaminy, do liceum dostałam się bez problemu z szóstym wynikiem w klasie. Pierwsza klasa była stosunkowo spokojna, ot stresowałam się tylko sprawdzianami i że nie podołam, w końcu wszyscy wiedzą, że w tym liceum trzymany jest wysoki poziom. Z czasem przyzwyczaiłam się, że tu nie będzie tak idealnie i tylko czasami chwytały mnie pojedyncze wieczory, że znikąd pojawiały się "złe przeczucia" czyli po prostu lęk. Może powinnam jeszcze napomknąć, trochę odchodząc od tematu, że moja mama i babcia też mają nerwicę, ale zawsze polegały na tabletkach i nie szukały pomocy. Motto "umiesz liczyć, licz na siebie" było obowiązkiem. Teraz jestem w drugiej klasie i sprawa pokomplikowała się w listopadzie 2013 roku. Zaczęła mnie stresować błahostka, powód dla którego większość ludzi się cieszy, mnie doprowadzała do niewyobrażalnego stresu. Pewien chłopak z mojej klasy się mną zainteresował, od pierwszej klasy nasza relacja polegała na ciągłym obrażaniu się nawzajem, dogryzaniu sobie, ale normalne rozmowy też się zdarzały. W każdym razie proponował spotkania, pisał do mnie i rozmawiał ze mną. Byłam zdezorientowana, głównie przez to, że pewna moja "przyjaciółka" przez całe gimnazjum i pierwszą klasę liceum powtarzała mi, że nigdy nie widzi mnie z żadnym chłopakiem. Polegałam na jej zdaniu, a do tego nie jestem najlepsza w okazywaniu uczuć. Najmilsza jestem dla obcych osób, a dla przyjaciół sarkastyczna i momentami możliwe, że troszkę wredna, bo wiem, że się za to nie obrażą. Stąd też pojawiło się u mnie przekonanie, że temu chłopakowi coś po prostu padło na mózg. Nie zmieniało to jednak faktu, że pojawił się stres. Od końca listopada do stycznia dzień w dzień było mi niedobrze, waliło mi serce, bolał mnie brzuch, nie potrafiłam jeść, czułam się niespokojna, miałam ochotę wyrywać włosy z głowy. Mama powiedziała mi, że to nerwica. Przed każdym spotkaniem z tym chłopakiem myślałam, że zwymiotuję. A potem była przerwa - dwutygodniowa bodajże. Wszystko się uspokoiło. W ferie (od 20 stycznia) to znowu wróciło. Musiałam odwołać spotkanie, bo czułam się tragicznie. Rano budziły mnie palpitacje serca i bolesne skurcze brzucha, które teraz były częstsze i silniejsze niż w gimnazjum. Wstawałam i nie potrafiłam nic przełknąć, a gdy to robiłam, od razu miałam ochotę zwymiotować. Pierwszy posiłek byłam w stanie przełknąć dopiero około południa. Z każdym kolejnym dniem coraz bardziej chciałam się odsunąć od najbliższych. Nie chciałam wstawać rano z łóżka, tylko leżeć i patrzeć w sufit. Teraz stres już nie był spowodowany spotkaniem się z tym chłopakiem, to był tylko moment, który to rozpoczął. Bałam się wszystkiego. Ktoś do mnie podchodził znienacka, podskakiwałam. Ponownie schudłam z moich przeciętnych 49 kilogramów, dobiłam do 46 (niedowaga) w bardzo krótkim okresie czasu. Miałam ochotę tylko patrzeć w ścianę i nic nie robić. Przyjaciółki podpowiedziały mi, żebym po feriach poszła do szkolnej pedagog, z którą związane byłyśmy przez wolontariat. Lądowałam u niej w gabinecie coraz częściej. Wstawałam rano, palpitacje, nudności, nic nie mogłam zjeść, tabletka na uspokojenie, która nic nie dawała i zmuszenie się, aby dotrzeć do szkoły. Tabletki powodowały, że nie byłam spokojna, a jedynie bardziej rozbawiona i śpiąca. Pojawiły się dreszcze, trzęsłam się na lekcjach i zginałam w pół z bólu, gdy chwytały mnie skurcze. Były momenty, gdy zdarzało mi się chwiać na nogach i przyjaciele bali się, że zaraz się przewrócę albo zemdleję. A ja zaczęłam się załamywać, płakałam, mówiłam, że nienawidzę siebie za tą nerwicę, że mam jej już dość. Powoli mnie to wykańczało. Wyrywałam włosy z głowy, nic nie jadłam, tylko faszerowałam się tabletkami na uspokojenie, aby zasnąć. Kiedy spałam czułam się lepiej. Nie myślałam wtedy o tej nerwicy, a więc nie było strachu. Ale potem lęk mnie budził i przywoływał do rzeczywistości. Sen nie dawał mi odpoczynku, a więc ciągle byłam senna. Kiedy nocowałam u przyjaciółki ze względu na jej imprezę urodzinową, rano, gdy się obudziłam zwymiotowałam ze stresu. Miałam siebie już za to dość. W końcu szkolna pedagog uznała, że potrzebuje konsultacji z psychologiem, bo zaczyna się za bardzo martwić, a ona sama nie poradzi sobie z moim przypadkiem, gdyż zaczyna tam dostrzegać stany depresyjne. Starałam się funkcjonować normalnie, ale to było prawie niemożliwe. Ze względu na stres nie umiałam się skupić na nauce, na zrobieniu czegokolwiek, przestałam czytać książki, rysować, przestałam aż tyle pisać ze znajomymi. Chodziłam co prawda codziennie do szkoły, nie dając się kompletnie złamać. Brałam tylko więcej tabletek na uspokojenie (w końcu dobiło do 50 tabletek doraźnych na przestrzeni niecałych 4 tygodni). Moja mama już była zdenerwowana, że sobie z tym nie radzę i kolejny tydzień czuję się źle i mam ochotę się nie ruszać. A jednak poszłam za jej radą, aby spotykać się normalnie ze znajomymi. Potem doszło do pierwszej wizyty z psycholog, przyjechała do szkoły, porozmawiała ze mną godzinę lekcyjną i doszła do wniosku, że to się da wyleczyć, tylko muszę zacząć chodzić na wizyty. Przyjaciele (którym bardzo dużo zawdzięczam w tej historii, gdyby nie oni to nigdy nie poszłabym prosić o pomoc) nakłonili mnie do umówienia się na spotkanie. Stres ciągle był obecny, jest już połowa marca. Codziennie w dalszym ciągu źle się czułam, a przed każdym spotkaniem z tym chłopakiem z początku historii też było źle. W końcu poszłam na wizytę (na razie mam dwie za sobą) i jakoś to minimalnie ruszyło do przodu. Pod koniec marca uspokoiłam się na tyle, że byłam w stanie wrócić do normalnego sposobu jedzenia i nie wariować codziennie ze stresu, zeszłam się z tym chłopakiem i jakoś to ruszyło do przodu. Oczywiście nie całkowicie. Codziennie czuję rano stres, lekkie bicie serca, bolesne skurcze. Odstawiłam tabletki i, o dziwo, bez nich mi lepiej. Teraz postanowiłam wziąć się w garść, chociaż od kilku dni sytuacja znowu się trochę pogarsza. Fakt, staram się walczyć i doczekać się kolejnej wizyty u psycholog, chociaż do niej jeszcze trochę muszę poczekać. Nie wiem czy ktokolwiek dobrnął do końca tej historii. Nie zdziwię się, jeżeli nikt jej nie przeczyta. Ot, nudna historyjka nastolatki. Po prostu czułam potrzebę, aby podzielić się nią z ludźmi, którzy rozumieją stan lęku przed lękiem, który towarzyszył mi każdego dnia, którzy rozumieją jakie to uczucie.
  13. Ja próbowałam Kalmsy i w sumie nie wiem czy jakoś skutecznie pomagało... To są tabletki doraźne, więc moje stosowanie ich było na pewno niepoprawne (50 tabletek na przestrzeni niecałych 4 tygodni). Dopiero jak moi przyjaciele o tym się dowiedzieli, to kompletnie mi zabronili ich brania i o dziwo, lepiej sobie radzę, bez codziennej myśli "muszę zażyć tabletkę". Potem człowiek się za bardzo przyzwyczaja do nich i przestają pomagać...
×