Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Creedart

Użytkownik
  • Zawartość

    13
  • Rejestracja

  1. Coś zdecydowanie jest nie tak w tym, co ma miejsce na Twojej terapii. Akurat jestem w podobnym rozważaniu, co do mojej terapeutki, która też prowadzi terapię psychodynamiczną i o ile uwolnienie emocji było naszym największym sukcesem, o tyle rozmowa o lęku i rozbrajanie bomby lękowej jakoś nie potrafi ruszyć. A miałem z nią niemiłe akcje i sam zastanawiam się nad zmianą. Niemniej z doświadczenia swojego jak i również ze studiów wiem, że ZAKAZANE jest sugerowanie pacjentowi, co ma MYŚLEĆ. Te komunikaty, stwierdzenia, które powyżej zapisałeś, wołają o pomstę do nieba, ponieważ we mnie wzbudza się od razu mechanizm obronny "co Ty mi tu będziesz życie poza gabinetem ustawiała, nie od tego jesteś". W psychodynamicznej terapeuta/tka ma pomóc dojść do pewnych wniosków, a nie wykładać je czarno na białym, bo zupełnie inaczej "odkrycie" wpływa na Ciebie, gdy sam tego dokonujesz niż w sytuacji, gdy dokonuje to terapeutka. Pogadałbym z nią, powiedział co czujesz - dobre i złe strony i zobacz, czy się spotkacie w tym samym lub podobnym miejscu.
  2. Zdecydowanie nie zamierzam wykonywać pochopnych decyzji, bo też wyobrażałem sobie to wyłączne w sposób szczerzej rozmowy i określenia, czy jest przestrzeń, czy jej nie ma, czy gramy razem szczerze, czy nie. Ja mam poczucie utraty zaufania, bo - tak jak wspomniałaś - LIVING IN THE HELL - to też człowiek z krwi i kości, niemniej odbieram się w tym miejscu jako osoba, której emocje mogą wychodzić, wylewać, bo od tego jesteśmy, natomiast po terapeutce - za pierwszym, drugim razem - mógłbym uznawać, że tak, ale to się jakoś dziwnie toczy, jakby trwa, choć pewności nie mam. Jakub357, to prawda, ustaliła reguły, które przypomniała i nie kłócę się z tym. Przeprosiłem na kolejnej sesji za wybuch wściekłości, bo obudowałem się myślą, że faktycznie nic się nie dzieje, jeśli 4 razy nie zwróciła mi uwagi. Problem, który teraz podnoszę to fakt, że sama terapeutka podniosła na mnie głos i starliśmy się jak petent vs urzędnik (a to był czas, w którym przechodziłem drastyczny kryzys związany z pracą, w której spędzałem 11,12 h dziennie 3 miesiąc z rzędu i zerzygało mnie wew. od tego tonu, którym terapeutka do mnie podeszła - a była świadoma sytuacji w pracy).
  3. Cześć, potrzebuję Waszej opinii co do problemu, który krąży w mojej głowie od pewnego czasu. Najpierw background. Na terapię chodzę od początku 2018 roku - czyli już 3 lata i kilka miesięcy - oczywiście z pewnymi przerwami m.in. covidowym zamrożeniem. Wykonałem z terapeutką kawał roboty, z zlęknionego, nienawidzącego świata, obrażającego się, pogardliwie patrzącego na innych człowieka, zmieniłem się w kogoś, kto większość życia spędza na neutralnym gruncie, akceptuje ludzi, ma w nosie kierowanie opinii o tym, kto jest taki, a kto jest taki. Poznałem siebie - swój temperament, swoje emocje, nauczyłem je nazywać, nauczyłem się je jakoś wyrażać, zacząłem stawiać się rodzicom i zbudowałem swój wew. spokój w komfortowym otoczeniu, jakim jest mieszkanie. Nie dostałem feedbacku od mojej terapeutki, na co chorowałem i choruję, ale przez wszystkie przypadki odmienialiśmy słowo "lęk". Był wszędzie - w pracy, w rozmowach, w ćwiczeniach na siłowni, na studiach, w związku. Wszędzie. Jako nastolatek bałem się wychodzić gdziekolwiek, bo ludzie mnie przerażali. Stąd miałem problem z mówieniem, mówiłem szybko, niewyraźnie w dodatku uczyłem się słabo, tylko tego, co było dla mnie zrozumiałe, co mogłem w zaciszu przyjąć jako ciekawe. A teraz sobie wyobraźcie - 190 cm i wygląda jakby chciało zniknąć - postawą, zachowaniem, mową. Straszna trauma. A wszystko to wynika z neurotycznego ojca, który nigdy nie potrafił komplementować, a zawsze jebał za nieodpowiednie wyniki w nauce. No i mamie, która nie pytała nigdy, jak się czuję, tylko jakie mam oceny. Niemniej już tej części mnie nie ma. Moi znajomi dzisiaj stawiają mi opinię - twardy, wie czego chce, mądry, konkretny, pewny siebie. I to byłaby ładna śpiewka, gdybym ja w to wierzył. Ale nie wierzę. Od pół roku stoję w miejscu z moją terapeutką, a właśnie nadszedł ten czas "identyfikacji" mnie - czyli pokazania światu, kim jestem, bo co mnie najbardziej denerwuje to fakt, że w kontaktach z ludźmi rozpływam się ze strachu, z lęku. Niby potrafię rozmawiać, ale manipuluję podświadomie ludźmi, aby byli do mnie mili, bo jeśli będzie odwrotnie, to grunt usunie mi się z pod nóg i zacznę się bać. A znam siebie naturalnego, gdy nagle mnie otrzeźwiło i byłem w pełni świadom tego i takiego siebie bardzo lubię, bo to byłem prawdziwy ja. Rzadki ja. Problem z terapeutką polega na tym, że - tak jak wyżej wspomniałem - od pół roku stoimy w miejscu. Prowadzi ona terapię psychodynamiczną, ale ostatnio mam wrażenie zapomina się, że jest terapeutką. Kilka sytuacji - raz opowiadałem jej o moim pomyśle na zredukowanie lęku i po moim stwierdzeniu "myślę, że to jest dobry pomysł" skwitowała to "jak zawsze". Poczułem się jakbym dostał w twarz i powiedziałem "ała, to bolało". Nie przeprosiła, powiedziała, że ona tą myśl uchwyciła i się sama przestraszyła. Innym razem mieliśmy mocną sprzeczkę, ponieważ odwołałem sesje 22 godziny przed spotkaniem, a zdarzyło się w ciągu naszej 3 letniej współpracy raptem z 4, 5 takich sytuacji. Niemniej "umowa między nami" mówiła najpóźniej 24 h przed. Kiedy rozpoczęła się sesja zapytała mnie "mam do Pana takie pytanie, czy Pan pamięta o naszej umowie". Generalnie 4 razy umowę złamałem, bo nie było 24 przed, ale nigdy nie zdarzyło się w dzień terapii i nigdy nie dostałem od niej komunikatu w tej sprawie. Przyznaję jej rację, niemniej terapeutka zasugerowała mi, że to ja mam upominać się o zasady i pieniądze za sesję, która się nie odbyła. O ile zasady przyjąłem, o tyle motyw "kto ma się upominać o zapłatę? ja? - pow. terapuetka jest dziwny. Cała sesja była o tym wątku. Terapeutka kilka razy podniosła głos. Ja straciłem nad sobą panowanie i na koniec sesji wybiegłem z płaczem. A na ostatniej sesji przyszedłem zmiażdżony zmęczeniem, bo znowu odczułem, że ten lęk zabiera mi komfort życia, a że studiuję też psychologię, to mówię "że pracuję nad sobą także poza tym gabinetem, a że też studiuję, to szukam jakichś wskazówek, jak sobie poradzić z tym bólem i lękiem" na co terapeutka odpowiedziała "no może dlatego, że jeszcze nikt <tu powiedziała moje imię i nazwisko> nie opisał". Dotarło do mnie wczoraj, że było to niemiłe, a cała sesja była prowadzona trochę na wyjebaniu. Nie widziałem w niej zaangażowania, raczej znużenie, a pytania "jednosłowne" jakie? gdzie? w czym? były niby doprecyzowujące, ale mnie wprowadzały w dyskomfort. Od razu I stąd moje pytanie do Was. Czy sesja psychodynamiczna ma jeszcze w tej sprawie sens? Czy powinienem teraz przejść na poznawczo-behawioralną? I co sądzicie o zachowaniu terapeutki? Wiem, że to jest wyłącznie z mojej perspektywy opis, ale rozmawiałem z trzema osobami w tej sprawie - dwiema studentkami psychologii i człowiekiem o mocno obiektywnym myśleniu - każdy sugeruje mi, że coś nie styka i powinienem zmienić terapeutkę.
  4. Dzień dobry. Ten wątek nie będzie o mnie. Ten wątek będzie o chłopaku, który od 3 lat jest nieszczęśliwy, bo trzy lata temu rozstał się ze swoją drugą połówką. I trzy lata jest już nieszczęśliwy. I trzy lata po rozstaniu nadal kocha. Chciałbym zapytać - co zrobić? Nie mam z nim większego kontaktu, a to ze względu na zamieszkiwanie w innych województwach. Właściwie rozmowę łapiemy wyłącznie na portalu społecznościowym. Dzisiaj spytałem, jak się czuje - odpowiedź była, że "jest chory". Oczywiście nie fizycznie. Na stwierdzenie, że musi pójść do specjalisty po pomoc, odpowiada, że "nie chce". Na pytanie o przyjaciół, stwierdza że nie ma "przyjaciół". Nie wiem od jakiej strony tego człowieka podejść. Kiedy stwierdziłem, że wiem jak to jest, gdy się nie chce żyć, ale jedna rzecz daje nam siłę do przetrwania, stwierdził że chce związku, który rozpadł się trzy lata temu. A to jest po prostu niemożliwe! Macie jakieś porady? Czy może jakieś pytania? Chętnie odpowiem na pytania i przynajmniej rozpocznę z Waszą pomocą poszukiwania do wejścia tej zakleszczonej istoty, bo chociaż nie jest dla mnie żadnym przyjacielem, nie uważam żeby warte było tak katorżnicze męczenie, jakie teraz czyni.
  5. Pisałem jakiś czas temu o pracy, która mnie przerasta i tym, że nie potrafię normalnie funkcjonować. Praca pojawiała się poza miejscem pracy w głowie, w domu, w snach, w myślach, w książkach. Dosłownie wszędzie. Na szczęście nauczyłem się podstawowych działań i poczułem (poza faktem, że nadal to kontakt bezpośredni z klientem, czego nie znoszę i co sprawia mi ogromny problem) przyjemność związana z podejmowaniem trudów, zarabianiem pieniędzy i zdobywania zawodowego doświadczenia. Jednak ostatnio (z czego jestem ogromnie zadowolony, choć kuleję) udało mi się wdrapać na kolejny szczyt asertywności. Moja już była szefowa, z którą rozstawałem się w dniu wypłaty (ze względu na reorganizację) chciała wypłacić mi pieniądze ze stawką niezgodną z obowiązującymi regulacjami (wiadomo, obowiązkowe 13 zł brutto od umowy zlecenie). Wymyśliła jakąś rewelację, że mnie wyższa stawka nie przysługuje. Odszedłem nie będąc przekonany co do jej racji. Podzwoniłem, poczytałem, ale poza informacjami szczątkowymi z gazet, nie miałem pewności, czy aby na pewno tak jest. Uznałem, że muszę pójść na żywioł. Okazało się, że miałem rację. Kochana szefowa kłamała i w mgnieniu oka po moich słowach "Pani XYZ, nie zgadzam się..." na co szybko odpowiedziała "Dobra, masz 13 brutto". Na odchodne usłyszałem "Cieszę się, że się z Tobą rozstaję". Trochę mnie to boli, bo kilka dni wcześniej uśmiechaliśmy się wzajemnie do siebie, ale przekonuję się co rusz, że miałem rację i jeśli ktokolwiek powinien się z tym źle czuć, to tylko ona. Sukces? No sukces, oby tak dalej
  6. Zgadzam się, mam lęki, chociaż jak teraz o tym myślę, to nie do końca potrafię sobie przypomnieć ani też wymyślić, jakie to są. Poza jednymi - bardzo często wyobrażam sobie w sytuacjach stresujących zdarzenia, które koniec końców nie następują, a w których ja stosuję dosłownie czarnowidztwo. Choć kiedyś był to stadium właściwie zaawansowany, tak teraz zdarza się wyłącznie w sytuacjach stresujących. A, przepraszam, mam lęk przed odrzuceniem. Paradoks, z jednej strony nie zależy mi prowadzeniu rozmów z ludźmi (tymi, których nie znam), a z drugiej bardzo boję się, jeśli takie działania z mojej strony zostaną odrzucone. Przemyślałem sprawę i uznałem, że nie zrezygnuję z tej, dopóki nie znajdę czegoś lepszego. Nie wiem, czy to dobry sposób, ale wydaje mi się, że walcząc z lękami nie wygram uciekając i zamykając się w wygodnych czterech ścianach. No chyba, że znów dojdę do skrajnego wyczerpania, wtedy będzie inaczej.
  7. Głęboko się nad tym zastanawiam - chyba wierzę/yłem w to, że jednak dam radę, bo "co w tym trudnego". W dodatku ciężko jest znaleźć pracę w nie-usługach przy obecnym poziomie wolnego czasu (jeszcze studiuję). Dzisiaj oprócz pracy jadę na rozmowę, dyscyplinującą, czyli mniej więcej od 10:00 do godziny mniej więcej 15:00 mój umysł zajęty jest mniej lub bardziej ucieczką w lęk "co to będzie". Czuję się jak niedojrzały dorosły.
  8. Nie lubię tłumów, czuję się w tłumie fatalnie, bo nie potrafię zachować pełnej kontroli nad swoją przestrzenią. Tłumy powodują, że tracę zdolność do logicznego rozumowania i uciekam gdzieś myślami daleko - nie wiem dlaczego. Mam małe grono znajomych, z którymi od czasu do czasu spotykam się na spotkaniach towarzyskich. W dużej mierze nie garnę do ludzi, nie czuję potrzeby prowadzenia dyskusji z drugim człowiekiem, jeśli w danej sytuacji znajdujemy się w dwójkę w tym samym miejscu i przez dłuższą chwilę będziemy "na siebie skazani". A jak się odstresowuę? Różnie, ale najczęściej uciekam do własnych czterech ścian i czytam, słucham muzyki, oglądam różnego rodzaju filmy/seriale albo rozciągam się, biegam, układam coś. A mój przeciętny dzień wygląda tak, że wykonuję jakieś obowiązki, które są do zrobienia dla całej rodzinki, a później przechodzę do obowiązków, które na siebie nakładam - "ulepszania się" dla spełnienia celu, jeśli tak to można nazwać i kończę przyjemnościami.
  9. Piszę to, ponieważ od dnia podjęcia nowej pracy czuję, jak mój dzień i moje życie przekształca się w soczyście fatalny dla mnie koszmar. Mam 24 lata, za sobą kilka udanych i nieudanych karier. Tych udanych jest jednak mniej. Dlaczego nieudanych jest więcej? Nie wiem, mam dość specyficzny charakter, który w tym wypadku chyba też się udziela. Ale do rzeczy. Pracuję od miesiąca w małym sklepie, sieciówce, na zasadzie klient przychodzi, mówi co chce, a Ty posłusznie tańczysz i wykonujesz swoją pracę tak, jak wymaga od Ciebie standard obsługi. Wydaje się łatwe, ale nie jest. Po pierwsze dlatego, że choć mały sklepik, ma ogromny asortyment i ogromną ilość rzeczy do wykonania, a klient ma ogromną ilość "wyobrażonych potrzeb". I tu pojawia się problem, ponieważ nie miałem takowego szkolenia co, gdzie i jak się robi, co można, a co nie. Wyłącznie zostało mi to przedstawione trochę w dość szybkim, 15-minutowym tempie, stąd od miesiąca CIĄGLE pojawia się coś nowego, do czego nie wiem jak podejść. Podkreślam słowo CIĄGLE, bo jest to wręcz frustrujące - dla mnie, bo klient patrzy na mnie jak na niekompetentnego, nieznającego swoich obowiązków pracownika i dla mojej koleżanki z pracy, którą zadręczam co rusz telefonami. Więc mija miesiąc, a ja przekonuję się, że nadal jest coś. I to coś urasta do rangi katastrofy. I przy szefowej nie wychodzę na osobę, która się uczy, ale która już powinna wiedzieć i po prostu jest niekompetentna. Druga kwestia, to sama odpowiedzialność, która finansowo jest wyliczona co do grosza. Mam stawkę (do tej pory) 7 zł, a niestety często wypada mi manko, które zjada mi pół mojej dniówki i chce mi się dosłownie płakać, bo nie wiem gdzie i pytam - jak to możliwe. Oczywiście nie dojdę do tego gdzie, ale ten etap szlifuje moje emocje finansowe i to nadal boli. Mam przy sobie dwie kasy, na których notorycznie trzeba dokonywać fikołek, a specyfika drugiej jest tak diabelna, że jeden błąd, którego później nie można cofnąć może kosztować przy najmniej spodziewanym ruchu - 50 zł. A jak wygląda życie poza pracą? Źle. Żyję w stresie po wieczornej dniówce i do godziny mniej więcej 12:00 następnego dnia czekam na smsa od koleżanki, czy czegoś w kasie przypadkiem nie brakuje albo czy coś zostało źle zrobione. Nie potrafię wtedy na niczym zająć uwagi. Ostatnio próbowałem czytać książkę, przemierzyłem w 2 godziny tyle stron, co zwykle przeczytałbym w godzinę, a to dlatego, że non stop odskakiwały moje myśli na bok. Od piątku boli mnie głowa, codziennie wieczorem. Kupiłem dawno temu opakowanie tabletek przeciwbólowych śmiejąc się, że prędzej się przeterminują niż zostaną zużyte. Okazuje się, że potrzebowałem pracy i wyłącznie 4 dni a opakowanie jest już prawie puste. No i co więcej, przestałem się uśmiechać. Czuję to, bo generalnie jestem osobą dość wesołą i nie widzę powodów do utyskiwania na życie, jednak obecnie moje łuki skierowane są wciąż w dół. I zastanawiam się w czym problem. Czy jestem tak wielkim idiotą, że nie potrafię ogarnąć sztywnie rozbudowanego systemu? Czy też zostałem wrzucony na głęboką wodę i na nieszczęście uderzam o wszystkie przeszkody? Dzisiaj szefowa nie wprost zagroziła wypowiedzeniem umowy. Poczułem się jeszcze gorzej. Na domiar złego nadal myślę o pracy, choć wyszedłem o 15:30 i przez cały dzień NIC nie zrobiłem, co w moim przypadku jest dość nieczęstym widokiem. Edit: mam myśli chęci ucieczki od tej pracy, zwolnienia się i poszukania innej pracy. Tylko - co z tego, że zmienię, jeśli w kolejnej dojdzie do podobnej sytuacji? I piszę to dlatego, ponieważ nie otrzymuję od znajomych żadnej pomocy, właściwie skwitować można to słowem "dasz radę", ewentualnie "ja też dzisiaj zjebałem". Pozdrawiam, to nie poprawia nastroju. Chciałbym od Was usłyszeć coś na ten temat. Czy mam fobię pracy? Czy to się nadaje na leczenie? Czy ewentualnie mam paraliż, bo skupiam się na błędzie, a nie na jego rozwiązywaniu? Pozdrawiam i czekam na odpowiedzi.
  10. Dobry wieczór. Zakładam, że mnóstwo tego typu wątków mieliście okazje tutaj, na tym forum odczytać, jednak mimo wszystko chciałbym doświadczyć porad/y. Jestem w związku dokładny rok, z mniejszymi bądź większymi chwiejnościami, ale jestem. Nigdy wcześniej tak długo moje związki się nie toczyły, kończyły się najczęściej po miesiącu, chociaż ciężko nazwać to związkiem, raczej zauroczeniem (tak ja sobie to tłumacze). Rok temu odważyłem się napisać, choć kosztowało mnie to wiele nerwów i prawie straciłem głowę nad tym wszystkim. Kilka miesięcy przed wypowiedzeniem wszystkiego, co mi na głowie siedzi, zastanawiałem się co robić. A dzisiaj te wszystkie emocje, podrygi, działania, zazdrosne spojrzenia, tęsknota - zniknęły. Nie wiem, gdzie to wyparowało. Nie mam pojęcia dlaczego mam ogromnie luźny stosunek do mojego związku, choć boję się cholernie zranienia mojej połówki. To chyba nastręcza mi najwięcej koszmarów - boję się być tym, który doprowadzi do płaczu, do zranienia, do wielkiego sercowego bólu. I mam wrażenie, że bardziej to mnie trzyma niż to wielkie zapatrzenie się w siebie, które pojawiło się rok temu i gdzieś jeszcze 2 miesiące temu ogniskowało. Ostatnio pojawiło się słowo "kocham Cię", ale.... ja chyba tego nie czuję i czuję się z tym fatalnie, bo płodzę fałszywe złudzenia, zamiast być szczerym. Czy macie jakieś porady odnośnie tego? Może jakieś pytania? Co mam zrobić? Przygotowuję się wewnętrznie do rozmowy, chcę podjąć rozmowę na ten temat i być szczery w każdym aspekcie. Poradźcie, proszę Was.
  11. Zazwyczaj kiedy czuję się tak jak dzisiaj, wyjątkowo chcę aby każdy o tym wiedział. Prymitywne to i głupie. Dzisiaj czuję się jak gówno, powróciły myśli samobójcze, od wczoraj co jakiś czas łkam sobie to w poduszkę, to w ręcznik, to w monitor. No i słucham bardzo smutnej muzyki. Mam nadzieję, że nie zapomnę wkrótce napisać, że czuję się wspaniale. Pozdrawiam
  12. Wiem, że milion razy czytaliście wątki o osobach, które są nieśmiałe, czują potrzebę akceptacji, przeszły wiele strasznych rzeczy w swoim życiu. Ja nie należę do osoby, która przeżyła wiele strasznych rzeczy. Moje życie teoretycznie było takie, jak zwykłego Kowalskiego. Teoretycznie, bo praktycznie, to ciąży nade mną piętno. Przeszłość. Mam 21 lat (w czerwcu 22) i wciąż dręczą mnie demony z przeszłości, z czasów podstawówki. Zostałem wychowany na człowieka, który działa zgodnie z zasadami (dawniej na przekór grupie) i zgodnie z myślą nauczyciela. Nauczyciel/rodzin ma zawsze rację. Dlatego też, często działałem na przekór mojej klasie w podstawówce, aż w końcu zostałem sam. Byłem sam w podstawówce. W gimnazjum miałem zaufanych 3 znajomych, z których 2 "zdradziła" mnie. W liceum zacząłem żyć, bo grono zaufanych ludzi zwiększyło się do 4. Powiedzmy, że zacząłem żyć Teraz jestem na studiach i wciąż odczuwam brak pewności siebie. Brak pewności, że jestem akceptowany. I wiem, że to jest głupie, wiem, że tak na prawdę nie wszyscy muszą mnie lubić. Wiem, że to brzmi tak, jakbym wołał "mówcie, że mnie lubicie, bo wtedy czuję się fajnie". Co pewien czas, gdy napotkam dziwny tekst (atakujący albo żart) myślę sobie "a mam to w dupie", a sekundę później uświadamiam sobie, że nie mam tego w dupie. Co bardziej chore, mam miliony twarzy. W domu mam swoją opinię, swoje zasady, jasne i klarowne zdanie. Wśród znajomych, których dobrze znam, jestem taki sam jak w domu. Wśród znajomych uczelni i pewnej organizacji, w której działam - nie. Nie jestem tak gadatliwy, jak w domu. Nie wychodzi ze mnie ekspresja humoru czy wściekłości. Gdy mam pewien nastrój, trzymam go w sobie i czuję, że staję się osobą płaską, bezbarwną. Często w czasie stresu mówię bardzo niewyraźnie, bo chcę przekazać wszystko w jak najszybszym tempie i mieć z głowy rozmowę. Co gorsza, mam swoje zdanie, ale w czasie rozmowy z kimś mało znanym, zupełnie wyłączam umysł i zachowuję się jak idiota. Mówię rzeczy zupełnie niepoważne, potwierdzam zdanie rozmówcy (mimo, że się z nim nie zgadzam) i przyjmuję pozycję niewolnika: "wmów mi wszystko, ja zrobię tak jak uważasz, albo nic nie powiem i zamknę się w sobie". Myślami uciekam do przeszłości, a jeśli już nie przeszłość, to uciekam wyobraźnią w dal myśląc o abstrakcji - o rzeczach, w których jestem taki świetny i wszyscy wkoło to widzą. Tak, mam ogromne kompleksy i ogromny problem z samym sobą. Męczy już mnie to. Chcę to zmienić. Chcę w końcu patrzeć w oczy rozmówcy, a przy tym mieć własne zdanie i nie zapominać o nim. Chcę normalnie żyć i czuć, że żyję. P.S.: ostatnie spostrzeżenie. Z jednej strony chcę zostać szarą myszką, czyli kimś, kto nikomu nie wodzi itd., ale z drugiej strony wiem, że mam swoje zdanie w wielu sprawach i chciałbym je wyraźnie artykułować. Pozdrawiam ! Mam nadzieję, że pomożecie mi w odzyskaniu sprawności umysłu.
  13. Cześć i czołem ! Krótko, zwięźle i na temat. Moi drodzy. Mam 21 (w czerwcu będzie 22) i muszę Wam przyznać, że przeszedłem ogromną drogę zmiany nastawienia do siebie. Kiedyś byłem zamkniętym w sobie chłopakiem, żyjącym dla siebie, do gier i do swojej grupy znajomych (dokładnie 3 znajomych). Zawsze wyśmiewany, uznawany za wariata, inny niż wszyscy. Wszystko uległo diametralnej zmianie. Niestety psychika do dziś te dni pamięta i nie mogę żyć normalnie. Otóż moja niepewność ma odzwierciedlenie w mowie. Kiedy jestem w grupie nieznanych mi osób, zaczynam jąkać się, mówić niewyraźnie, właściwie nie patrze nikomu w oczy. Wiem, że to złe! Ale psychika każe mi czuć się gorszym od innych. Wiem, że tak nie jest. Wiem, że prawda jest inna. Wiem, że jesteśmy sobie równi. Ale ja swoje, a mózg w danej sytuacji swoje. Ale znowu, kiedy rozmawiam z kimś, kto wg mnie nie jest pewny siebie, czuję się przy nim tak jak w domu. Swobodnie, cudownie, mogę skakać ze szczęścia. Wiem, że piszę chaotycznie, ale dzisiaj dokonałem olbrzymiego skoku i znów wkurzyłem się na siebie, za brak pewności siebie w grupie. Dlatego kieruję do Was pytanie - jakie znacie sposoby na WYMAZANIE, WYKASOWANIE bądź ZMIENIENIE nastawienia w taki sposób abym czuł się swobodnie przy wszystkich, nie tylko przy osobach, które mają ten sam problem, co ja. Pozdrawiam !
×