-
Postów
61 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez i am the walrus
-
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
Trochę zazdroszczę Ci tej łatwości z jaką przychodzi Ci obcowanie z niekoniecznie leciuchną literaturą. Ja natomiast od dłuższego już czasu, mimo zaciskania zębów, nie mogę przebrnąć przez kilka pierwszych wersów książki. W zasadzie obojętnie jakiej. Odnośnie tego celowego naśladownictwa, wydaje mi się nie bardzo możliwe "papugowanie" zagranicznego pisarza, jeśli zagranicznych lektur nie czyta się i nigdy nie czytało w oryginale, a jedynie przekłady wchodziły w grę. Ciężko jest, wydaje mi się, takiego naśladownictwa dokonać. Wszak przekłady wydają się być w pewnym stopniu przekłamaniem oryginału, choć treść i ogólny wydźwięk może i są prawidłowe. Ale co do stylu to ja bym tutaj polemizowała chyba. Zresztą, nie widzę niczego obrzydliwie karygodnego w lekkim wzorowaniu swojego stylu na autorze, którego się podziwia/uwielbia i chce mu się oddać pewnego rodzaju hołd. Z tym, że ja raczej nawet nie potrafiłabym wymienić co ulubieńszych pisarzy i byłoby to dla mnie problematyczną kwestią. Ale mimo wszystko trochę mi niesmacznie z powodu takiego zarzutu (?), biorąc pod uwagę, że zawsze miałam pewien kompleks odnośnie tego, co wypisuję. Przeczytawszy swoje słowa muszę przyznać, że jest to trochę przerost formy nad treścią. Ale ja po prostu chciałam dać do zrozumienia komuś wreszcie, że parszywie się czuję. Tak, podążaj sobie i śledź sobie. Przecież napisałam poprzednio, że masz do tego pełne prawo, więc nie rozumiem obruszania się "Znany brytyjski zespół lubię". Dziwnie mi to zabrzmiało Nie w żadnym gorszącym sensie, broń Boże, ale skojarzyłam to jako celowe podkreślenie swojej "obszernej" wiedzy na temat niezaprzeczalnej zresztą brytyjskości Bitli, co automatycznie miałoby Cię kwalifikować do "lubiacza" zespołu Ale to takie tam, zboczenie fanatyczki Jeśli chodzi o wiek bitelsowych fanów, to najczęściej jednak miałam jakąś styczność, jeśli w ogóle miałam, z ludźmi, szczególnie właśnie mężczyznami, którzy słuchając ich od dzieciństwa czy wczesnej młodości, mieli okazję ponatykać się jeszcze na wszelkiego rodzaju magnetofony szpulowe i kasetowe oraz nagrania do nich, które wtedy, w latach osiemdziesiątych może, już czyniły z nich naprawdę namiętnym fanów, którymi do dziś pozostali. I są to teraz ludzie po czterdziestym roku życia teraz. Dlatego w ten sposób napisałam Vian, to chyba nie do końca tak. Tahela czepiła się następujących słów: Lubię Kjur. Ale cóż, nie tak na pewno jak Bitelsów i generalnie muzykę z tamtej dekady. Jutro mam jechać do lekarza, a nie chcę tego, straszliwie tego nie chcę. Nie uważam swojego stanu za specjalnie chorobowy. To, w moim odczuciu, zwyczajny stan rzeczy, zwyczajnie zostałam na to skazana, ewentualnie sama się skazałam Zresztą, wygląda to, ni mniej, ni więcej, a w taki właśnie sposób, że obciążający mnie balast (cielsko) nosiłam przez wszystkie te lata i był on dla mnie ciężarem nie do zniesienia, ale tym samym zdawałam sobie sprawę, że dla innych ludzi jest on całkowicie neutralny. Teraz bowiem, gdy nawet ten mój balast został przeze mnie wytyranym, czyt. uczyniłam twarz co najmniej obleśną, ciało co najmniej ociężałym i oklapniętym, a włosów mam z kolei o połowę mniej, będę zwracała uwagę swoją nieprzeciętną obrzydliwością. Pokazywanie się komuś w takim stanie jest dla mnie niemożliwe, nie do zrobienia. Zatraciłam potrzebę i obowiązek dbania o siebie, o higienę, o otoczenie wokół. Spalona pozycja, rzecz by można. I zupełna skrajność biorąc pod uwagę, że moje dbanie o siebie było zwykle, w przeszłości, nadmierne i niezdrowe. Z tym, że wtedy - wypachniona i z opuszkami palców zmarszczonymi od wody - czułam się tak samo poniżona noszonym przez siebie balastem jak teraz. Zupełnie tak samo. Teraz jednak mam jakąś tam świadomość, że ludzi pewnie jestem w stanie doprowadzić do obrzydzenia i zniechęcenia. Wtedy natomiast miałam świadomość swojej neutralności w oczach innych. Sama w sobie czułam to, co czułam, i na tym się sprawa kończyła. Prawdopodobnie na skrzętnym skrywaniu się, takim typowym "kukaniu" i udawaniu głupa w wielu przypadkach również. Choć mimo poczucia wyobcowania we własnym ciele, często czułam się bardzo reprezentatywną, wręcz niepowtarzalną z wyglądu osobą. Przypuszczam, że do myślenia takiego, niezbędne musiało być odpowiednie światło padające pod odpowiednik kątem. No ale było tak bynajmniej. Z tym, że takie myśli jeszcze bardziej mnie unicestwiały, bo jakby panicznie bałam się utracić taki przebłysk samouwielbienia. Nadmiernie więc się na sobie skupiałam, obsesyjnie przeglądając się w lustrach, tak jak to już wcześniej napomknęłam. Wciąż kontrolowałam, ograniczałam się znacznie. W odpowiedni sposób poruszałam się, bałam się schylać i przyklękać, bałam się określonych pozycji siedzących, stojących i leżących o swobodzie działania już nie wspominając. Bardzo ambiwalentnych uczuć doświadczałam, czując obcość i nieprzystosowanie się do mnie taszczonego "balastu", jednocześnie będąc po części świadomą, że jest on nie taki do końca nieatrakcyjny. Stąd prawdopodobnie moje usilne próby jakiegoś "przystosowania go do mnie", tj. wychudzenia, wyniszczenia, wprowadzenia w stan chorobowy (próbowałam nabawić się często przebywanych przeze mnie we wczesnym dzieciństwie angin z gorączką czterdzieści plus, bo brakowało mi tego uczucia wycieńczenia, które się ma przy podwyższonej temperaturze). Nijak się to jednak miało do wyfantazjowanego rezultatu. Każda z metod zawiodła, bardzo mocno zawiodła. Znalazłszy się w posiadaniu popularnego programu fotoszop zaczęłam eksperymentować ze swoimi zdjęciami, nadając sobie co rusz inny wygląd - zmniejszając części ciała, wynaturzając je, pomniejszając, nadając inny kształt, czyniąc niepodobnymi do faktycznych. Chciałam się odnaleźć w tych zmianach. Na próżno. Nie chcę żadnego szpitala, żadnej kliniki. Jeden szpital wystarczył już, żebym uskuteczniła wyrządzenie w sobie spustoszenia, choć i tak przy porównaniu mojego tamtego stanu do tego, w którym znalazłam się obecnie, można dostać fioła. Przy tamtych, skądinąd, chorujących mniej lub bardziej ludziach, ja czułam się najmniej chora (choć większość to byli "pacjęci" tnący się tylko i zabawiający spaniem poza domem) przy czym wyglądało na to, że to ja miałam największe problemy z samym przemieszczaniem się po oddziale. Nie wiedziałam zupełnie, co mam mówić lekarzom i ludziom z oddziału, którzy wypytywali się o diagnozy, objawy i inne takie. Sporo takich z którymi nie rozmawiałam w ogóle lub rozmawiałam bardzo rzadko, dziwiło się nad moim pobytem w szpitalu twierdząc, że mieli mnie do tej pory za osobę odwiedzającą, dodatkowo za jakąś studentkę nauk ścisłych (?). Dodam, że mniej więcej tak od klasy drugiej gimnazjum "namiętnie" zawalam szkołę. Znaczy się, przechodziłam z klasy do klasy aż do pierwszej licealnej. Wtedy, "głównie z powodu dwumiesięcznego pobytu w szpitalu", tj. przed tymi wakacjami, dyrektor doradził mi, bym sobie wszystko na spokojnie powtórzyła. Powinnam była być aktualnie na lekcjach, jako siedemnastoletnia licealistka powtarzająca rok pierwszy, jednak, jak łatwo się domyślić, na lekcjach nie ma mnie wcale ani w ogóle. W szpitalu proponowali mi lekarze nauczanie indywidualne, nawet jeszcze na końcówkę pierwszej klasy (żebym miała szanse na niekiblowanie), ale ja, po namowach i dysputach z mamą i dyrektorem szkoły rodzimej uznałam, że noł łej, idę w zaparte, idę po wakacjach powtarzać rok. Również hostel mi proponowano (dodam, że w mieście oddalonym od mojego domu rodzinnego o około trzy godziny), który równocześnie pozwoliłby mi na łatwe przejście z klasy do klasy. Ale ja zaniechałam tych pomysłów. Ja chciałam być w domu i czuć się swobodnie co okazało się dość niemożliwe. Zresztą, co tu dużo mówić, mój dom, mój pokój, nie wydają mi się dobre do przeżywania jakichkolwiek prób odradzania się. Dla mnie jest to miejsce toksyczne. Nie potrafiłabym odsłonić rolet w swoim pokoju. Jest w nim stosunkowo ciemno, choć w godzinach szczytowania Słońca, takich jak na ten przykład teraz, i tak wydaje mi się za jasno. Wpuszczanie światła do pomieszczeń w których przebywam wydaje mi się obnażeniem, odsłonięciem brzydoty i niedopasowania tego wszystkiego. (Dodam, że mam czerwone ściany. Sama sobie takich zażyczyłam, a teraz jestem nimi zdegustowana). Nie wiem już. Vian, kiedy jeszcze widywałam się z ludźmi gdzieś tam, obojętnie gdzie, to wyglądało to tak, że zawsze sobie kogoś znalazłam do porozmawiania i generalnie posiedzenia sobie. W liceum było to około sześciu, siedmiu osób, które przesiadywały ze mną w jakiś tam sposób, z jakichś tam pobudek. Ale zwykle to były osoby, które mówiły, że nie lubią zwykłych ludzi (?), co mnie nieco niepokoiło czy może bardziej nurtowało. Sama nazwałabym te osoby jak najbardziej zwyczajnymi, przystosowanymi społecznie mniej lub bardziej, ale zapewne normalnymi. No, może były takie dwie, które wciąż i wciąż opowiadały mi o jakichś tam swoich przebytych bulimiach i innych cudach. Słuchałam, ale to na tyle. Ja się swoimi doświadczeniami wolałam nie dzielić raczej. Jedna dziewczyna, z klasy wyżej, nawet czasem zaglądała do mnie do domu (gdy jeszcze byłam u dziadków), czasem nocowała. Ale ciężko mi z tym było. Im bardziej jakaś osoba przyzwyczajała się do mnie, tym bardziej ja odczuwałam niechęć do przebywania z nią. Nie wiem, przymuszałam się czasem, ale było to na takiej zasadzie, że przy nieco dogłębniejszym poznawaniu kogoś, ja czułam pewnego rodzaju zobowiązanie, presję z tym związaną, której zdecydowanie nie lubiłam. I, finalnie, moje znajomości okazywały się powierzchowne, chłodne, może nawet bezcelowe takie. Chłopak, którego miałam około rok temu, przestał być moim chłopakiem, gdy zaczęłam nie wpuszczać go do domu udając, że nie ma mnie w środku. Bez żadnego wyraźnego sensu sytuacja. Matka nasyłała na mnie księdza, który stwierdził, że mam borderline i że mam dziwnie jak na nastolatkę ukształtowane poglądy, których zresztą, jego zdaniem, nie powinnam się była tak kurczowo trzymać. Choć mnie wydają się takie osądy co najmniej zabawne tym bardziej, że jakoś szczególnie z tym księdzem nie dyskutowałam o moim postrzeganiu świata. Ponadto byłam na egzorcyzmach, dwa razy, z moją koleżanką. Dość nietypowe. Czułam się tym przedstawieniem rozbawiona i obojętnie do niego jednak nastawiona, choć okazało się po przyjeździe do domu, że z nerwów dostałam temperatury. Zresztą wszystko na tej mszy starałam sobie wyreżyserować, jak to zwykle bywa z moim odbiorem otaczającej mnie rzeczywistości. Formowałam sobie całe historie jednocześnie skupiając się na swoim zachowaniu tj. na mimice, pozie w jakiej stałam, na myślach i innych jeszcze rzeczach. Ciekawa jestem, czy tych moich wypocin nie czyta przypadkiem któraś z osób wspomnianych przeze mnie grona. Któraś ze znajomych osób, któryś z lekarzy ze mną uprzednio obcujących, ksiądz chociażby czy jakiś inny nauczyciel. Trochę kłopotliwe tym bardziej, że użytkownicy nie mający konkretnie określonego swojego miejsca zamieszkania, budzą we mnie niepokój, nie umiem się jakoś wobec nich zdystansować. Zresztą, przerażające jest jak odbieram każdy pisk domofonu odbierającego przez moją matkę. Zawsze jakieś scenariusze i historie, wyreżyserowania, ucisk w brzuchu, zaniepokojenie, włączający się czujnik. Toleruję przy sobie, jako tako, jedynie obecność mojej mamy przy czym na przykład coś takiego jak usadowienie się z nią przy jednym stole, nie do końca wydaje mi się łatwe i powszechne. Obecność już mojego brata, ojca, dziadków, już nie mówiąc o jakichś znajomych rodziny, wydaje mi się nadużyciem. Jako że rodzice żyją w separacji, to ojca za często nie ma. I chwała Bogu, bo kiedy odwiedza nas, ja zamykam się w łazience. Koleżanka, sugerując podobieństwo do Luny Pomyluny Lovegod brała pewnie pod uwagę długaśne włosy, ewentualnie typowe dla mnie roztargnienie, zamyślenie -
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
Witam Cię również Na tolkienowskie dzieła wcale nie miałam okazji się napatoczyć. Tak po prawdzie - jeśli zupełnie mam być szczera w obnażający mnie sposób - to o świecie książki wiem stosunkowo niewiele. Owszem, czytywałam coś różnego od czasu do czasu, ale mimo mojego całego zagłębienia w lekturę, teraz ciężko jest mi się do niej ustosunkować czy chociażby wymienić autorów. Jak gdybym wcale na te czytane rzeczy nie zważała, a przecież na etapie, kiedy byłam jeszcze w formie dobrej/znośnej, brałam książkę do łóżka i owinąwszy się kocem, wsiąkałam. Nic nie burzyło organizacji takiej czynności. Teraz natomiast wyobrażenie o czymś tak sielskim zasmuca mnie, bo zdaję sobie sprawę, że sielskości tej w obecnym stanie nie osiągnę żadnym dziełem. Ani nawet najlepszą gorącą czekoladą. Tęsknię trochę za tamtym swoim głosem. Zawsze czytałam na głos. To była taka forma delektowania się jak dla mnie. Ogólnie rzecz ujmując to chyba zauważyłam pewną tendencję - kaligrafowana przeze mnie kolejność wyrazów w zdaniu jest na tyle rozpraszająca, że czytający/odbiorca nie dostrzega istoty, a jedynie pozorną "fajność" tych poprzestawianych form etc. Mam zaniki tego typu, że ciężko jest mi sobie przypomnieć treść dokładniejszą mojego postu pierwszego, w którym to dokonałam przeglądu różnych swoich spraw na przestrzeni kilku. Nie wiem za wiele ponad to, że tematyka oscyluje wokół wcześniejszych zaburzeń typu ocd.... No i w zasadzie na tym koniec Trochę mnie to zbija z tropu. A po wypowiedziach takiej na przykład vian, postanawiam narzucić sobie celibat na czytanie własnych rzeczy. Btw, śmieszną rzecz odkryłam znowu. Chodzi o to, że nigdy nie pamiętam zapisu "Rock n Roll" mimo, iż widziałam go więcej razy niż własną twarz w lustrze (kranach, wystawach, kałużach, szybach, sztućcach, okularach na nosie innych etc). Za każdym razem, gdy mam posłużyć się tym zapisem, to mam zanik i roję sobie, że trzeba zapisać to z jakimiś dodatkowymi przecinkami, apostrofami i innymi takimi. A przecież wystarczy zwyczajnie, jak wyżej. Dzisiaj podobnie, kiedy wypisywałam ulubioną muzykę w temacie o ulubionej muzyce. Musiałam sprawdzać w google (tak jak wcześniej już "niewiadomoile" razy) pisownię. Ciekawe, czy po takim sobie tego uświadomieniu, przestanę mieć ten groteskowy problem? o_O -- 17 wrz 2012, 08:04 -- Nie wiem wprawdzie, czy Ty nie masz przykładowo lat czterdziestu dwóch, bo na przykład sama znam paru facetów czterdziestodwuletnich, którzy piszą w podobnej estetyce co Ty Ale ja tak tylko sobie, tym swoim staroświecko rozwodzącym się bełkotem -- 17 wrz 2012, 08:18 -- Zresztą, tahela, o co Tobie się właściwie rozchodzi tak na dobrą sprawę? Nie narzucam Ci się nigdzie, a to raczej Ty już kilka razy podążałaś za moim postem, żeby coś tam dopisać. Oczywiście, dopisuj sobie i podążaj wedle życzenia, ale ja po prostu nie wiem, co Cię tak w tym urządza Btw, jeśli wysnułaś hipotezę, że jestem oldbojem (?), ponieważ słucham Beatlesów, a prywatki poważnie mi już spowszechniały, więc przeniosłam/em (?) się na forum psychologiczne to tym bardziej nie wiem, co Cię tak urządza -
Obecnie mam coś takiego, że nie śpię w nocy, bo mi jej szkoda. Tym samym wspomagam się zwykle kilkoma rozpuszczalnymi kawami z mlekiem i cukrem, fundując sobie po misce jabłek i śliwek, oczywiście jedzonych kompulsywnie. Dla mnie noc mogłaby trwać dniem i nocą. Teraz przykładowo, gdy świta, jestem rozżalona i rozdrażniona znacznie. Śliwki wcale a wcale nie smakują mi, bo są miękkie i mamejowate. Nawet noc nie sprawia, że pysznie smakują. A mimo to jem je, te fioletowe zamulacze.
-
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
No tak. Napiszę coś później, bo na ten moment potencjalna moja refleksyjność uległa zwietrzeniu. Podrzucić za to chciałam link do jednego z cudniejszych bitelsowskich utworów, który z pewnością jest doskonały przy otwieraniu się na Aspergera i którego, zupełnie podświadomie, umieściłam w tytule mojego tematu. Jeśli nie widziałaś/nie słyszałaś to bardzo zachęcam do bliższego zapoznania się, zarówno z teledyskiem, jak i z wymownym tekstem. Jak dla mnie jest to jedna wielka metafora ;_; -
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
No to ja z kolei na wolno, bo jednak takie zainteresowanie kogoś moją osobą trochę obaw we mnie budzi, a ponadto jest dla mnie, nie ukrywajmy, trochę krępujące i w ogóle. 1) Nic nie wykluczano, kierunku żadnego konkretnego też chyba nie obrano. (Btw, ten zespół wydaje się być przerażający) 2) Nie znam niestety. Mógłbyś mi wskazać jakieś powiązanie pomiędzy nim a ZA? 3) Siedemnaście mam lat. Jest prawie na początku mojego pierwszego postu ;_; -
CHCIAŁAM OŚWIADCZYĆ WSZEM I WOBEC, WBREW WPISYWANYM "ANA/ANY", ŻE JESTEM MORSEM DZIEWCZYNĄ (MORSKĄ, MORUSKĄ?) ;_; Przecież mój psychodeliczny dym w emblemacie jest różowy! -- 17 wrz 2012, 02:00 -- Wybaczcie ten niepoczciwy wjazd na Marków, ale miała ochotę zaskoczyć kogoś niczym Hiszpańska Inkwizycja. Lepiej już, dzięki.
-
No racja Czasem trzeba sobie najzwyczajniej w świecie pohipsterzyć, co by się spało milej
-
Relatywista, nie mówisz chyba o sobie?
-
O, skoro w tym kierunku tendencja, to ja mam gdzieś na składzie legendarnego Pegazusa jeszcze. I ośmielę się do oferty dorzucić wieść o działającym nadal padzie.
-
Uważam, że forumowe oko jest niesamowite.
-
Svafa, witajże. Jak wieczór?
-
Relatywisto, brzęk i chlup! Candy, fajna Coma w podpisie. Swego czasu miało się w bibliotece ajtjunsa ;_;
-
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
Ja tam wszystko lubię pod warunkiem, że nikt na mnie nie patrzy, nikt mnie nie odwiedza i nie muszę kombinować jak by tu poczuć coś fajnego, wartościowego. Odrobinę może zgubne, ale forum spełnia te kryteria. Nie ma białego dymka. Ale co tam, fioletowa czciona też dobra ;_; No i generalnie "Pani I am the walrus" jest po prostu zwykłym morsem, a to całe i am the walrus to tylko po to, żeby jednak nie brzmieć/nie wyglądać tak goło i zwierzęco ;_; -- 17 wrz 2012, 01:57 -- CHCIAŁAM OŚWIADCZYĆ WSZEM I WOBEC, WBREW WPISYWANYM "ANA/ANY", ŻE JESTEM MORSEM DZIEWCZYNĄ (MORSKĄ, MORUSKĄ?) ;_; Przecież mój psychodeliczny dym w emblemacie jest różowy! -
Dzieńdobry wieczór ;_;
-
Kawę. A co się dziwisz?
-
Jakie tam pozory w Simpsonkach? Wedle mnie wyjątkowo niepozorny serial z wielkim (ogromniastym) potencjałem. Amerykanie go nie za mocno uwielbiają Btw, Ty masz jedno, ja trzy. Ale za to potrójnie kochane ;_;
-
Dowiaduję się, że za dwadzieścia pierwsza (za dziesięć!). W związku z tym "obawiam się" (nie jest to do końca świadome i autentyczne obawianie, a bardziej jałowe już przyzwyczajenie), że użytkownicy znikną z forum, - i Ci ukryci, i Ci zidentyfikowani, - a ja zostanę tutaj sama i kiedy spojrzę na licznik wejść, zobaczę marnych paru gości Mój jak najbardziej standardowy scenariusz forumowy ;_; Ponadto piję kawę rozpuszczalną - zimną, a nawet bardziej zimną, bo stoi na parapecie, przy otwartym oknie. Ma zupełnie inny smak niż ciepła. Jak gdyby jej smak rozbudował się co najmniej do pięciu razy, z czego żadnej smakowej nutki wyczuć jakoś nie umiem. Marznę sobie *podpina guziczek łososiowego swetra swojego dziadka*
-
Przerażają mnie takie tematy i pasja z jaką się im oddaję. Najchętniej spędziłabym życie na szukaniu grafik nawiązujących do czegoś tam we mnie Abstrakcyjnie, skojarzeniowo, niezobowiązująco. Idealnie. To ;_; Wraz z Tym *_________*
-
House, Simpsonowie, Monty Python's Flying Circus ;_; Moje trzy upośledzenia.
-
natrętna potrzeba mówienia/wyznawania
i am the walrus odpowiedział(a) na capranera temat w Nerwica natręctw
Śledzisz moje posty Co tu jest do tłumaczenia? Dałam do zrozumienia autorce tematu, że moim natręctwem jest zupełna odwrotność jej natręctwa, w tym wypadku natrętna, niczym nie motywowana, chęć przemilczenia jakiejś sprawy. Żeby nie było wątpliwości, autorka nadmieniła o swoim przymusie mówienia o jakiejś sprawie. Bonusem ode mnie było wyjaśnienie, gdzie i w jakich okolicznościach natręctwo to mnie dopada (lekarze, psychoterapeutyczna kozetka) oraz czego doświadczam, kiedy natręctwo mnie dopada (podniecenie, niezdrowa radość). -
Ja o sobie.
-
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
To wiesz, ja to się chyba zdecyduję na odkrywanie kawałek po kawałku w takim bądź razie Bo wiem, że sama nie ogarnę tego inaczej, a tym bardziej prościej Swoją drogą, to forum potrafi być nieźle nakręcającą maszyną. Ludzie z jakąś schizą czytają innych ludzi z jakąś schizą, którzy to z kolei nie mają możliwości skoncentrowania się na nieskoncentrowaniu osoby piszącej komentarz do postu, którego autorem była osoba w psychozie. To w jakimś stopniu urocze i "nasze". Ja nie wiem no. W sumie "nasze" mogłabym nie obejmować w cudzysłowie, ale wątpię w swoją chorowitość, więc mam potrzebę ujmowania w cudzysłowie takich rzeczy ;_; -- 16 wrz 2012, 22:50 -- No proszę Cię... Jejku Bo generalnie chodzi o to, że nie trzeba takiego poświęcenia dla mnie i tak dalej (A to ciekawe, bo przed chwilą jeszcze, przed paroma minutami, miałam ochotę krzyknąć Ci kapslokiem tekst w rodzaju wymuszającego w sklepie bachora: No przeczytaj mój pierwszy post, proooooooooszę!) Ale znowu to takie było.... Złudne. -- 17 wrz 2012, 00:31 -- Kojarzycie Lunę (Pomylunę) Lovegood z Harry'ego Pottera? ;_; Kiedy byłam w szpitalu, ktoś stwierdził, że przypominam ją. Tak mi się przypomniało, bo właśnie widziałam fajny gif z nią. To znaczy nie ruszał się, ale był taki gifowaty. Ciekawie swoją drogą. Lubię Lunę. Ale to tak wiecie (Co by sobie promotora życiowego znaleźć naprowadzającego na zdobywanie umiejętności w zakresie miłego spędzania czasu podczas schiz przeżywania) Btw, czy te tematy powitalne służą do takiego sobie gadania, czy może nie? Bo jeśli dopuszczam się jakiegoś nadużycia czy czegoś, to prosiłabym o poinformowanie po prostu -
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
Powietrzny Kowal, jesteś fajny i miły umieszczając urocze zdjęcia foczek i innych zwierząt. Naprawdę pozytywne. A na domiar jeszcze te białe dymki z napisami ;_; -
"the fool on the hill", czyli wita się mors
i am the walrus odpowiedział(a) na i am the walrus temat w Witam
Aha. Nie no, ja potraktowałam to chyba w najprostszy z możliwych sposobów - domniemałam się aluzji do mojego przydługiego, mogącego świadczyć o jakimś niewyżyciu, postu, otwierającego ów temat. No bo właściwie jest to prawdopodobnie jedyna kwestia poruszana tutaj Bo z zamieszczaniem tego typu "paintowych" obrazków z białym dymkiem i napisem to trochę kłopotliwa sprawa przy prawidłowym/jednoznacznym rozpoznaniu intencji autora. Podobnie jak dla Was może być kłopotliwy mój, nie upieram się, że z czegoś konkretnego wynikający (a jedynie z moich odczuć i odbierania różnych spraw), wywód. Dlatego wiele interpretacji jego komiksowego przesłania może stanowić klucz. Zauważyłam zresztą, że Powietrzy Kowal całkiem skutecznie urozmaica forum swoją twórczością Zresztą, nawracając jeszcze do Twojej opinii o nieskładności mojego opisu. Może i faktycznie jest właśnie taki, jak mówisz, ale zastanawiam się, czy bardziej opłacalne jest w jakiś sposób, choć namiastkowy, wyrazić siebie, czy może silić się na "podpasowujący" wszystkim schemat "Chyba coś ze mną nie tak (...). Mam wrażenie, że moje otoczenie jest nierzeczywiste (....). Pomóżcie!". Do mnie to chyba zwyczajnie nie pasuje albo ja nie umiem tak ładnie i przyjemnie formułować zdań Btw, muszę też nadmienić tutaj, że w większości momentów mojego życia nie przemawia do mnie utkana życzliwie "wielka teoryja" o moim jakimś choróbsku. W większości czuję się po prostu karykaturą, wynaturzeniem, nie mającą sensu bezosobowością. Więc jeśli chodzi o mnie, to takie oczywiste i jedynie słuszne wypowiedzi raczej i tak by się nie sprawdziły. Albo ewentualnie sprawdziły by się bardzo średnio. I nie, żadna uraza w grę tutaj nie wchodzi absolutnie. Raczej w przebłysku, krótkim bo krótkim, nikłym bo nikłym, "przekonania, że jestem jednostką nadrzędną", uznałam, że to Wy powinniście czuć się urażenie nierozumieniem mnie Ale to takie tam, wiecie. Zupełnie już nieaktualny przebłysk. Najidiotyczniejszą rzeczą po takim przebłysku jest jednak to, że podwójnie uświadamiam sobie swoją marność. -
To pewnie nie będzie żadna szczególna analogia dla Twojej rozterki/byłej rozterki (poza oczywistością, że również nadmienię o wykonawcach muzycznych), ale jestem zazdrosna o wszystkich fanów The Beatles. O siebie też czasem jestem zazdrosna, bo: a) jak może istnieć przy mnie taka osoba, kochająca miłością tak czystą i nieskazitelną, która w "rzeczywistych relacjach"(rzeczywistych relacjach) nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet połowy wspomnianych wyżej pokładów? b) jak może istnieć przy mnie taka osoba, przeginająca swoją zajebistością przy "obcowaniu" z ich muzyką, która przy podejmowaniu się "rzeczywistych działań"(rzeczywistych działań) nie jest w stanie wykrzesać z siebie nawet połowy wspomnianych wyżej pokładów? Btw, z Wami mogę się Bitlami podzielić