Ojjj jakbym czytała o sobie :) Boję się przeraźliwie biegania, roweru, czegokolwiek takiego, bo jak nic będzie zawał :) Ale stosuję metodę małych kroków. Swego czasu biegałam, mimo że bałam się przeraźliwie, ale o dziwo uspokajał mnie pulsometr. Mogłam kontrolować puls, widziałam, co się dzieje z moim sercem, i , niesamowite, nic się nie działo. Ba, biegałam w górnej granicy, przy pulsie rzędu 160 i nie umarłam. Zaczynałam baardzo powoli, minuta biegu, pięć minut spacerku, z czasem, gdy nie było efektów ubocznych, zmieniałam proporcje. Trzeba zaufać swojemu sercu, bo jeśli jest fizycznie zdrowe, to super, dajmy mu żyć i nie stresujmy go niepotrzebnie. A bieganie ma fantastyczny wpływ na serce, polecam.
Na początku każdych ćwiczeń, zwłaszcza jeśli długo się nie ćwiczyło, serce się szybciej męczy - to nie jest objaw choroby, to jest normalne. Potem zwiększa się wydolność i jest lepiej. Pamiętam czasy szkolne, gdzie tak nas ćwiczyli, że serce czuć było w gardle, i te nikt nie umarł. Trochę zaufania do swojego organizmu, nerwy nerwami, ale jakoś tam stara się prawidłowo funkcjonować :)