-
Postów
68 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez faiter
-
To był koncert... http://pl.youtube.com/watch?v=0cNgV96JmLY
-
Momenty szczęścia niosące ze sobą to, co najlepsze - spełnienie marzeń, odwagę, miłość, nowe i bogate doświadczenia, ufność oraz poczucie bezpieczeństwa - mogą nadejść w każdej chwili. Życzę Tobie Ashley, abyś potrafiła na nie cierpliwie czekać, gdyż zwykle przychodzą niespodziewanie... STO LAT!!!
-
O tym artyście można mówić wiele, ale który z piosenkarzy może popisać się "takim" wokalem..? Przed wysłuchaniem tego kawałka najlepiej zrobić sobie "klimat" - przyciemnione światło, świece itp. http://www.youtube.com/watch?v=PJl7YSo-Prk&mode=related&search=
-
Skąd ja to znam... Byłem dziś pierwszy raz na psychoterapii indywidualnej. Pani psycholog powiedziała, że ciężko będzie mi utrzymać jakąkolwiek pracę bo mam "konfrontacyjny" stosunek do ludzi. Podobnie jak u Ciebie, wszędzie dookoła szukam wrogów, wszędzie wietrzę spisek na moją osobę... Czeka mnie ciężka praca - ale chyba warto, bo przecież tylko zdrowe relacje z otoczeniem mogą zapewnić, że nasze życie stanie się łatwiejsze i ... przyjemniejsze. Wiadomo, człowiek - istota społeczna Pani mgr psychologii stwierdziła też, że trzymam się swojego dzieciństwa cyt. "rękami i nogami". Kurcze, ciężko mi się od tego uwolnić, bo to był czas kiedy bywałem szczęśliwy, kiedy było "normalnie". I znów czeka mnie ciężka praca, tym razem nad wyrobieniem w sobie samodzielności i odpowiedzialności (szczególnie tego drugiego). Co tu dużo mówić - nigdy mi się do tego zbytnio nie śpieszyło... Ogólnie więcej oczekiwałem od psychoterapii. A to była w zasadzie krótka rozmowa - 25 min. (albo raczej mój monolog ) Ale co tam, wybiorę się jeszcze raz - przynajmniej mam się okazję wygadać Hehe, to może zanim zaczniesz z Pudzianem na "rozgrzewkę" spróbujesz ze mną
-
Nawiązując do niedawnego koncertu Genesis w Polsce. Piosenka i teledysk nie wymagają komentarza...
-
Ja też chętnie spotkałbym się z "ekipą" z forum, ale Wrocek to prawie drugi koniec Polski... Mam nadzieję, że dobrze się bawicie
-
Ja podczas wizyty w gabinecie prosiłem o jakiś "łagodny" i nieuzależniający lek - lekarz zapisał mi właśnie cital. Powiedział też, że powinienem go brać conajmniej przez kilka miesięcy, a pierwsze efekty zauważa się po 1-2 tygodni. Dziś rano wziąłem pierwszą "dawkę" - 20 mg. Z oczywistych względów nie wypowiem się na temat jego działania, jednak zauważyłem chwilowy, niegroźny efekt uboczny - suchość w ustach. Trochę też byłem senny, ale nie wiem czy to działanie leku, czy też efekt "zawalonej" przeze mnie nocy
-
"Nawet sprzeciwiać się życiu, dyskutować z nim, udowadniać życiu jego bezsens - nie można inaczej, tylko żyjąc". Sławomir Mrożek
-
Dużo optymizmu tchnęła we mnie książka Johna Grey'a "Jak mieć to, czego się pragnie i pragnąć tego, co się ma", Poznań 2002. Książka jest opisana jako "Praktyczny i duchowy przewodnik na drodze do osobistego sukcesu", ale tak naprawdę to każdy znajdzie tam coś o sobie i dla siebie. Polecam - miłej lektury
-
Tygryska - witamy w gronie "magazynierów" Ja dziś wybrałem się do psychiatry. Co prawda wizytę miałem umówioną za tydzień, ale pani w rejestracji zasugerowała mi żebym spróbował dziś - no i spróbowałem... Oczywiście najpierw zapytałem czy lekarz mnie przyjmie - z lekką niechęcią pani doktor zgodziła się. Kiedy wszedłem do gabinetu, zostałem zapytany z czym do niej przychodzę - kiedy zacząłem opowiadać z "czym" mam problem to odniosłem wrażenie, że ona po prostu wątpi w to co mówię Zapytała mnie czym dla mnie jest depresja, bo przecież wielu Polaków uważa, że na nią choruje Potem pani doktor stwierdziła, że chyba nie jest ze mną tak źle skoro wszedłem do niej cyt. "przebojem" Na końcu powiedziała, że głównym moim problemem jest niechęć porzucenia przeze mnie dzieciństwa, czyli lęk przed dorosłością (tu się z nią zgadzam ) i że z tego biorą się te moje "stany" emocjonalne. Dość szybko mnie "spławiła" przypominając, że przecież się do niej "wprosiłem", a inni na korytarzu czekają... Aha, "coś" mi zapisała na receptę - spróbujemy, zobaczymy... Będąc w "temacie" zapisałem się na psychoterapię indywidualną - jestem ciekawy, co z tego wyniknie
-
"JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!
faiter odpowiedział(a) na magdasz temat w Depresja i CHAD
Niedawno wróciłem z pogrzebu kolegi. Śmierć jest straszna. Ciągle nie dociera do mnie, że już go nie ma. Nie przyjmuję do wiadomości absurdów tego świata; w końcu gdzie jest tzw. SPRAWIEDLIWOŚĆ?! M nie był "przygotowany" na śmierć; był lubiany - żegnały go tłumy, czasem ludzie prawie go nieznający, wielu płakało... Mnie nie żegnano by w taki sposób - nie zasłużyłem sobie na to. M był naturalny, ze wszelkimi wadami i zaletami, był po prostu "ludzki". A ja stałem jak kamień, "zablokowany" emocjonalnie, nie odczuwałem zupełnie nic, tylko skupienie... Czułem się zupełnie odizolowany od reszty ludzi, zazdrościłem im, że mogą przeżywać emocje. Wielu "znajomych" traktowało mnie jak powietrze - nic nowego, ostracyzm to kara za brak pokory z mojej strony (a ja po prostu nie umiem, boję się na nich otworzyć). Przyzwyczaiłem już się do tej "izolacji", do tych drwiących uśmieszków lub spojrzeń pełnych nienawiści. Po głowie chodziły mi natrętne myśli: kto teraz na mnie patrzy, kto mnie ocenia, czy on (ona) mnie zauważy, jak "wypadam" w tej sytuacji, jaki jest mój wizerunek; nie płaczę - pewnie odbierają mnie jak potwora pozbawionego uczuć... Wielu ludzi mnie nienawidzi; nic im nie zrobiłem, z niektórymi nie zamieniłem nawet słowa - może dlatego, że nie pokazuję słabości, że staram się być na każdym polu "doskonały", że zawsze liczę się tylko moje własne JA, mój "nieskazitelny" wizerunek. Zresztą doskonale widać to na tym forum - traktuję je jak konfesjonał; nikomu nie pomagam, skupiam się na sobie, tylko czekam aż ktoś mnie pocieszy w moim użalaniu się nad sobą, czekam aż ktoś pogłaszcze mnie po głowie i powie, że przecież wcale nie jestem taki zły... Szukam rozgrzeszenia. Tak, prawda jest brutalna, ale chyba nadszedł na nią czas. Ile razy jeszcze mam być "ofiarą" prześladowań w pracy, w miejscu zamieszkania? Jak mocno trzeba mi "dokopać" abym zrozumiał istotę bycia człowiekiem? Jak głęboko muszę upaść, żeby docenić i uszanować drugiego człowieka? Ile jeszcze zdołam znieść? PS. Wiem, że M patrzy na mnie gdzieś z góry; on już wszystko wie i wszystko rozumie. -
Ja zawsze trzymałem wszystko w sobie w obawie przed drwiną ze strony najbliższych. Wiedziałem, że jeżeli tylko powiem o tym jak się czuję, to zostanę wyśmiany i dodatkowo obgadany w kręgu dalszej i bliższej rodziny. W ogóle okazywanie przeze mnie pozytywnych emocji zawsze było wykorzystywane wśród mojej rodziny do tego, żeby się ze mnie ponabijać Potem zaczęły pojawiać się konsekwencje... W sumie dlatego tu jestem.
-
"JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!
faiter odpowiedział(a) na magdasz temat w Depresja i CHAD
W sobotę zmarł mój kolega - miał 29 lat. Jechał samochodem i miał atak (chorował na astmę); mimo reanimacji nie udało się go uratować. Tak sobie myślę, że chyba M nie czuł się szczęśliwy w życiu, chociaż bardzo się tym życiem przejmował (często przesadzał), chyba nawet nie miał nikogo, tylko praca, dom i samochód. Wiem, że tam gdzieś głęboko w nim tkwiła tęsknota za innym, lepszym, takim wymarzonym - życiem. Może mu zabrakło odwagi, zabrakło wiary w ludzi i cały ten świat? W swoim działaniu M kierował się przede wszystkim opinią innych ludzi, jakby oni wiedzieli lepiej niż on co jest dla niego dobre! I co robią teraz ci inni? Gdzie oni są? Dlaczego wtedy mu nie pomogli, nie dali mu wolnego wyboru, nie pozwolili mu sięgnąć marzeń?! Od kilku lat nie miałem z M kontaktu, chyba też zaliczam się do tych innych... Tam gdzie mieszkam jest zwyczaj, że do dnia pogrzebu codziennie przychodzi się do domu zmarłego na różaniec. Od niedzieli nie dawała mi spokoju myśl, że powinienem tam pójść. Jednak jak tylko o tym pomyślałem ogarniał mnie lęk; przecież pójdę tam sam, a tam będzie tłum ludzi - co oni o mnie pomyślą - te kpiące uśmieszki? Jak mam się zachować, kiedy tam przyjdę? Pewnie spotkam tam tych, którzy bardzo mnie "lubią" Dziś po rozmowie z koleżanką podjąłem decyzję i poszedłem. Oczywiście byłem pełen lęku, ale jakoś przemogłem się; żałuję tylko, że zrobiłem to tak późno (zauważyłem, że część ludzi miała do mnie żal). Były tłumy, ale starałem się nie myśleć o tym, nie dla nich tu przyszedłem. Po powrocie do domu uwolniły się emocje i trochę sobie popłakałem. Kurcze, przecież każdego to może spotkać... A ja od lat nic nie robię ze swoim życiem?! Od lat nie żyję swoim wewnętrznym JA. I co z tego, że być może mam wielkie marzenia, od lat są takie same i nigdy nie wyszły ze sfery snów... I najważniejsze: Nie chcę umierać ze świadomością, że nigdy nie kochałem i nie byłem kochany... No tak, ale żeby zasłużyć sobie na miłość, trzeba też samemu coś od siebie dać... -
Najpierw musiałbym zmienić otoczenie w którym się znajduję, a potem chyba zacząć wszystko od nowa razem ze swoim nowym, prawdziwym JA... Rzeczywiście, moim nawykiem jest postawa obronna - z każdej strony spodziewam się ataku na swoją osobę, a rezultat jest wiadomy... Dodając do tego wszystkiego stany lękowe i nerwicę - to wtedy powstaje niezły kocioł Poza tym mam głęboko wpojone, niskie poczucie własnej wartości; jakiś lęk przed ludźmi, nie umiem walczyć o swoje, brakuje mi pewności siebie - bardziej szanuję innych niż samego siebie Nic, tylko brać z Ciebie przykład - powodzenia! Piotrek słyszałem o książce o tym tytule, a film już sobie ściągam Czasami okoliczności i pęd życia powodują, że zapominamy o pewnych zasadach rządzących naszym istnieniem - warto czasem się na chwilę zatrzymać Dobranoc
-
Siema, Zrobiłem to. Powiedziałem szefowi, że się zwalniam. Przyjął to bardzo spokojnie; jako powód podałem w perspektywie inną pracę, o złej atmosferze tylko wspomniałem - szef obrócił to w żart... Tak naprawdę facet jest bystry i od dawna widział co się święci, może teraz boi się, że pozwę firmę o mobbing? Cały dzień zastanawiałem się czy to zrobić, jednak dziś moje "koleżanki" dały mi się wyjątkowo we znaki - także decyzja była prosta. Nawiasem mówiąc przypadkowym świadkiem jednej z "jazd" był mój kolega z innego działu - był w szoku; stwierdził, że w życiu nie pozwoli się przenieść na moje stanowisko... Czasem w rozmowie ze znajomymi słyszę, że powinienem się bronić, odpowiadać na zaczepki; ja jednak boję się, że to się zamieni w wielką kłótnię (a tak będzie) no i popsuję sobie opinię w firmie, poza tym na pewno te osoby będą się na mnie mściły, jeszcze bardziej będą zatruwać życie... Tak się zastanawiam - CO we mnie jest takiego, że znów mnie TO spotyka...? Może to "wrodzony" syndrom ofiary? Czego ma mnie nauczyć ta sytuacja? Co mam w sobie zmienić? DUŻO mnie to wszystko kosztuje... No, ale w końcu kiedyś "po nocy przychodzi dzień..." PS. Dzięki za wsparcie "starych" znajomych Dobranoc
-
Witam, Postanowiłem, że jutro powiem szefowi o swoim zwolnieniu. To przemyślana decyzja; jest wiele argumentów, które za nią przemawiają: finansowe, godzinowe, no i najważniejsze - współpracownicy (2 osoby), które wywołują we mnie lęki i robią mi "jazdy", zresztą apodyktyczny szef też potrafi nieźle zastraszyć pracownika. To wszystko "rozwala" moją i tak już słabą psychikę (stany nerwicowo - lękowe nasiliły się), już kiedyś tak miałem - piep... "deja vu" Boję się jak cholera, boję się, że nie znajdę niczego i znów miesiącami będę bezrobotny. Albo jeszcze gorzej: trafię do podobnej pracy... Ale chyba warto zaryzykować, choćby dla mojego zdrowia psychicznego; może dobry los uśmiechnie się do mnie...
-
Witam, A ja dziś obroniłem dyplom magistra. Dojście do tego momentu zajęło mi "dość" długi okres czasu - moja przygoda ze studiami rozpoczęła się w 1996 roku... W międzyczasie było parę "nietrafionych" kierunków i sporo kryzysów, ale jakoś w końcu "dałem radę" Życzę wszystkim studentom wytrwałości w dążeniu do "celu" Pozdrawiam.
-
Witam, Moje kontakty z nowopoznanymi ludźmi, sprowadzają się do tego, że za wszelką cenę staram się zrobić na nich dobre wrażenie. Chcę, żeby mnie polubili, zaakceptowali - stało się to moją neurotyczną potrzebą. Źle się czuję, jeśli wiem, że ktoś z jakiegoś powodu mnie nie lubi; te natrętne myśli absorbują całą moją uwagę... Z drugiej strony jestem strasznym egocentrykiem; chcę żeby cały świat kręcił się wokół mnie. Chcę, żeby wszyscy interesowali się mną, podziwiali mnie i za każdym razem potwierdzali moją wartość. Jestem uzależniony od akceptacji innych ludzi. Oczywiście powodem takiego stanu rzeczy jest niska samoocena oraz lata izolacji od społeczeństwa. Często rezultatem mojej nadmiernego "oddania" innym jest kac moralny, złe samopoczucie, które jeszcze bardziej obniża moje poczucie własnej wartości... W pracy trafiłem na ludzi, którzy "pokazali" mi jaką naprawdę mam samoocenę, ile tak naprawdę jestem wart. Nikt nie chołubił mnie, nikt nie mówił jaki jestem "wielki", nikt nie tańczył tak jak ja zagrałem. Bolesne zderzenie z rzeczywistością... "Lekcja" pokory. Poza tym jak mawiają: "Każdy ma takiego szefa na jakiego zasłużył". Przez te lata wiele krzywd wyrządziłem innym ludziom, wiele raniących słów wyszło ode mnie, wiele osób cierpiało przeze mnie; zawsze pokazywałem wszystkim jaki jestem ważny; nie liczyłem się z innymi - liczyłem sie tylko z samym sobą... Teraz za to wszystko przyszło mi zapłacić. Znów siedzę samotnie w domu w sobotni wieczór, znów nie wiem co ze sobą zrobić, znów przepełnia mnie tęsknota za ludźmi, tęsknota za niewyrażonymi emocjami, tęsknota za akceptacją grupy. Nie wiem czy nie jest za późno, aby wszystko naprawić; nie wiem co robić aby być szanowanym i kochanym przez innych - a właśnie tego najbardziej pragnę. Nie chcę już dalej być sam. Chcę razem z innymi cieszyć się życiem; cieszyć się drugim człowiekiem. Czy "Los" da mi szansę tego doświadczyć...? Dobranoc.
-
"JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!
faiter odpowiedział(a) na magdasz temat w Depresja i CHAD
Witam, Jestem zmęczony, chce mi się spać; znowu dopadł mnie bezsens życia. "Dzięki" temu zmęczeniu nie miałem dziś emocjonalnych "jazd" - to jedyny pozytyw. Jezu, jakie mam popiepszone życie; ile lat już to trwa?! Atmosfera w pracy spowodowała, że stałem się bierny emocjonalnie, a co za tym idzie w ogóle nie utożsamiam się z tym co robię, do niczego się nie przykładam; sekundy zamieniają się w minuty, minuty w godziny... Nie mam celu w życiu - chyba w tym największy problem. Niczego nie chcę bo i tak wiem, że nie uda mi się tego zdobyć; nawet nie próbuję - po co tracić energię na jakieś bezsensowne działanie, które i tak do niczego nie doprowadzi? Wyuczona bezradność (bezczynność), tkwienie w złudzeniach i mrzonkach - wszystko oparte na emocjach i wyobraźni; to ostatnie lata mojego życia. Poza tym konflikt wyobrażeń z rzeczywistością... Rezultat? Frustracja, nerwica, rozpacz, depresja... Uciekam od mojej rzeczywistości, nie umiem jej zaakceptować, wstydzę się jej, wstydzę się samego siebie - uciekam od tego wszystkiego do "mojego świata", tam lubię przebywać najbardziej... Nie mam siły żeby ciągle mierzyć się ze światem, mierzyć z dniem codziennym. Czasem błahe czynności wydają mi się niezrozumiałe i bezcelowe, czasem nie rozumiem sensu tego wszystkiego - wtedy czuję się najbardziej zmęczony. Chciałbym wtedy zasnąć i przespać te swoje "obowiązki", uciec od nich jak najdalej... Może miałem zbyt wielkie oczekiwania od życia, tak wielkie, że bałem się spróbować je zrealizować; bałem się, że może mi się nie udać, że runą moje marzenia i wtedy nie pozostanie mi już nic, nie będę miał gdzie się schować... Ostatnio bardzo się postarzałem, pogłębiły się bruzdy między brwiami, wyglądam groźnie; negatywne emocje nie mają ujścia... Nie mam ochoty już nawet płakać, chcę po prostu zasnąć... Dobranoc. -
Witam, Moje emocje... Właściwie przesłaniają mi całe życie, są moim "nałogiem" - jestem od nich uzależniony. Mam poważne problemy żeby się wyciszyć. Są oczywiście pewne "zapalniki" moich emocji; to wszelkiego rodzaju problemy, konflikty (często reaguję niewspółmiernie do zaistniałej sytuacji) oraz... muzyka. Potrafię odlecieć przy dobrym kawałku (kawałkach) i ruszać się jak w transie - wtedy jestem poza rzeczywistością. Podczas tego szalonego "tańca" daję upust swojej wyobraźni i jeszcze bardziej się nakręcam. Wtedy "widzę" siebie takiego jakim chciałbym być, robię to co zawsze chciałem robić itp. Taki amok trwa u mnie nawet kilka godzin, jestem po tym cały zlany potem, robię to codziennie - to nałóg. Zdaję sobie sprawę, że to marnowanie czasu, ale nawet zajmując się czymś innym, potrafię nagle wszystko przerwać i wrócić do mojego "transu". Trwa to już od wielu lat. Nie wiem jak się "wyleczyć" z tego nałogu emocjonowania się. Emocje powodują, że wszystkie problemy znacznie wyolbrzymiam i działam pod wpływem impulsu (oczywiście potem tego żałuję). Doszło do tego, że mam problem aby posiedzieć przez chwilę i np. poczytać książkę; cisza i spokój są dla mnie dziwnym stanem - wtedy "tęsknię" za moim transem. Bardzo często po takiej emocjonalnej "jeździe" wpadam w depresję, z jednej skrajności w drugą... W mojej obecnej sytuacji (praca itp.), nie pozostało mi nic innego jak łykanie persenu, wycisza ale działa też nasennie. Może ktoś z forumowiczów poradził sobie z takim problemem? Będę wdzięczny za rady; ten nałóg "zabrał mi" sporo życia, mam problemy, żeby być tu i teraz, mam problemy, żeby skupić się na teraźniejszości, skupić na tym co dla mnie ważne - nad swoim życiem... Pozdrawiam,
-
Witam, Myśli samobójcze miewam od dawna. Najczęściej przychodzą kiedy jestem w pogrążony w depresji; czasem też pojawiają się jako rozwiązanie problemów na które natrafiam. Samobójstwo jest kwestią ostateczną, doskonale zdaję sobie z tego sprawę. Wiadomo, że człowiek w depresji nie myśli racjonalnie, jest w swego rodzaju transie, najmniejszy problem wydaje się nie do pokonania... Niby to wszystko wiem, w końcu mam spore "doświadczenie", jednak kiedy "przychodzi" ten "stan" to ta wiedza staje się zupełnie nieprzydatna. Tak sobie myślę - przez te wszystkie lata miewając głębokie stany depresyjne - że od samobójstwa uratowało mnie chyba tylko moje wrodzone tchórzostwo... Ostatnio pojawia się u mnie dość zabawna myśl; stojąc na peronie i widząc nadjeżdżający pociąg... to przecież parę kroków. Ale nie, ten rodzaj śmierci jest zbyt "drastyczny". Moje ewentualne samobójstwo, oprócz zakończenia moich cierpień, dedykowałbym moim rodzicom (przecież mi tego życzyli) oraz wszystkim tym, przez których tyle wycierpiałem... Może to egoizm i manipulacja? Może... Myślę, że moja śmierć nie byłaby jakąś wielką tragedią, pewnie niektórych by ucieszyła; świat i ludzie doskonale się beze mnie obejdą; nie mam też żadnych zobowiązań - jestem "wolny". Pewnie na to trochę za "wcześnie", ale i tak wiem, że kiedyś to zrobię - kiedy? Kiedy oprócz mojej "choroby" nie pozostanie mi już NIC i NIKT; tak po cichu: sam na sam z sobą...
-
"JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!
faiter odpowiedział(a) na magdasz temat w Depresja i CHAD
Witam, Dziękuję Wam za posty; dziękuję za zrozumienie i wsparcie. Pomaga świadomość, że człowiek nie jest sam, że ktoś "słyszy" ten jęk rozpaczy, ciche wołanie o pomoc, wołanie o drugiego człowieka... Ja już trochę "życia" mam za sobą. Chyba łatwiej jest zapomnieć o przeszłości, jeżeli teraźniejszość jest dużo lepsza, jeżeli "ciemna" przeszłość doprowadziła nas do "jasnego" teraz. U mnie od lat nic się nie zmienia; może nawet bym tego nie zauważył (taki rodzaj letargu), gdyby nie zmieniające się otoczenie: ludzie, infrastruktura itp. Najbardziej boli "przebudzenie"; pojawia się ogromny żal, żal za straconym czasem, żal za wszystkim co mnie ominęło... Czasu nie cofnę. Chyba najgorsze jest to, że właśnie życie przez lata pozostaje takie same, że nic się nie zmienia. Co gorsza pewne "traumatyczne" wydarzenia powtarzają się, "wracają" - wraca przeszłość, "czarna" przeszłość. Miałem już w życiu stany naprawdę głębokiej depresji, stany w których prosiłem Boga o śmierć; to była niewyobrażalna udręka... Zawsze o tej porze roku stany depresyjne nasilają się u mnie; wtedy - tak jak przez lata - pozostaje mi kartka papieru, klawiatura lub modlitwa. Wtedy też każdy dzień to swojego rodzaju walka, walka o "życie". Tak naprawdę to nikt i nic mnie "tu" nie trzyma. Chyba tylko mobilizuje mnie świadomość, że przecież tyle już przeszedłem, tyle razy się nie "poddałem"; pojawia się myśl, że to przecież jakiś absurd, aby TO tak długo mogło trwać - TO przecież musi się niedługo skończyć... Tak okłamuję się przez lata. Nic nie jest u mnie proste, wszystko jest zawikłane. Moja rodzina - konflikt, od dawna nie czuję się jej częścią; Przyjaciele - nie mam; Znajomi - małe grono z bardzo daleka; Miejsce w którym mieszkam - wzbudza we mnie lęk, byłem tu "prześladowany", ludzie mnie nie lubią; Praca - szkoda gadać, Życie intymne - nie istnieje; Mój dzień - praca-dom, dom-praca; Czas wolny - dom, tv, komputer; Stosunek do ludzi - lęk, napięcie, niewybaczone krzywdy; Plany na przyszłość - nie mam. Teraz jak zwykle zanurzam się w morzu obojętności... To mnie "znieczula", wtedy jest łatwiej, byle do jutra... Dobranoc. -
Witam, Pracę znalazłem po długim bezrobociu (1,5 roku); pracuję od 13 marca w dziale obsługi klienta. Oprócz mnie w tym dziale pracują dwie "koleżanki" - wcześniej były trzy (ta ostatnia została przeniesiona do innego działu). Na początku, jak to zwykle bywa wszystko było ok., podekscytowany nową pracą nie zwracałem większej uwagi na minusy. Na początku też miałem ze wszystkimi dobry kontakt, jednak w miarę upływu czasu stwierdzałem, że 'koleżanki" usiłują mnie sobie podporządkować, zaczęło się wydawanie poleceń (mamy równorzędne stanowiska) lub drwiny pod moim adresem. Drwiny pojawiały się wtedy, kiedy się gdzieś pomyliłem - jakieś haha i "odpowiedni" komentarz. Oczywiście stwierdziłem, że trzeba jakoś na to reagować; robiłem to grzecznie acz stanowczo. No i wtedy dopiero się zaczęło... Każda "obrona" mojej osoby zamieniała się w kłótnie. Oczywiście pasowałem; pojawiały się groźby typu: "będziesz miał ze mną ciężkie życie". Potem przestałem reagować na "komentarze" mimo, że wszystko kotłowało się we mnie. Pomyślałem sobie, że może pokaże im, że to nie fair i udawałem obrażonego - to spowodowało efekt przeciwny od zamierzonego... Obecnie jestem izolowany od grupy, nie mam dostępu do kluczowych informacji, próbuje się podważać moje kompetencje itp. Najgorsze jest to, że moja praca wymaga współpracy grupowej - ja jestem pomijany lub na "siłę" (przy udziale szefa) wprowadzany w temat. Jutro firma organizuje spotkanie integracyjne, jednak ja poprzez intrygę i manipulację moich "koleżanek" nie mogę wziąć w nim udziału (one wzięły sobie jutro wolne, mówiąc mi o tym jak wychodziłem z pracy). Wszelkie próby załagodzenia sytuacji; wyciągnięcie ręki - zostały odrzucone. Bardzo przeżywam tę sytuację; od kilku dni przychodzę do pracy naładowany środkami uspokajającymi. Cały ten stres powoduje, że robię coraz więcej błędów, a poprzez ograniczenie dostępu do źródła informacji nie wiem o ważnych sprawach dotyczących firmy. Pojawia się pytanie: skąd to się wzięło? Podejrzewam, że jednym z powodów jest zawiść - czasem zdarza mi się "błysnąć"' poza tym mam dość dobry kontakt z "apodyktycznym" szefem (chociaż on mnie nie faworyzuje), ostatnio przyszedł mi na myśl inny dość zabawny powód: podobno jestem przystojny - może to też ma znaczenie? Zetknąłem się już z mobbingiem i skończyło się to dla mnie wielkim urazem psychicznym. Obawiam się, że to wszystko też może do tego doprowadzić. Nie wiem co mam robić, nie chcę znów wylądować na "bezrobociu". Od lat mam problemy z samym sobą (nerwica, depresja), a teraz do tego wszystkiego doszło "to"... Jezu, jak ja cieszyłem się z tej pracy; pomyślałem, że w końcu odbiję się od dna, że będę mógł zdystansować się od mojej choroby, że rozpocznę normalne życie... Nie wiem co mam robić.