Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Neseir

Użytkownik
  • Zawartość

    28
  • Rejestracja

  1. Naprawdę tak płytko postrzegasz gospodarkę? Istnienie czarnej / szarej strefy to efekt chorego, nieefektywnego systemu politycznego - ludzie płacą za państwowe usługi z których nigdy nie skorzystają, a jeśli skorzystają to mają pewność, że jakość tychże usług będzie stała na wątpliwym poziomie. To rodzi frustrację, przynajmniej pod naszą szerokością geograficzną. I nawet jeśli nie pracują legalnie, to wciąż przecież np. kupują towary obciążone VATem (no chyba że częstują się wyłącznie wódką z przemytu - ale ile jest takich osób?), który jest głównym źródłem dochodu pozwalającego na funkcjonowanie struktur / organizacji rządowych. Ja nie jestem przeciwny ogólnie redystrybucyjnej roli państwa - ale bardzo daleko mi do komunistycznych idei. O, o to chodzi - przyjęcie takiego kierunku. 500+ to kosztowna kiełbasa wyborcza - ludziki dostają pieniążki "do rączki" od dobrego wujka-polityka, więc w dniu wyborów odwdzięczą się mu właściwie, właśnie za tę "widoczną" pomoc. Ale przecież politycy mogliby zdjąć VAT z artykułów dziecięcych - i wskaźniki dzietności by z pewnością podskoczyły - lecz takie rozwiązanie nie wyczerpuje kiełbasianych znamion - oszczędności "nie widać", wtedy też wyborca dochodzi do wniosku, że TE POLITYKI NIC NIE ROBIO i nie odda głosu na darczyńców. Nie przekona podatnika też, że drugie rozwiązanie jest dużo mniej kosztowne w implementacji - nie ma potrzeby powoływania urzędnika (który przecież pobiera od podatnika osobną pensję tytułem tego, jak pieniądze tegoż podatnika wydaje...) decydującego, czy dana rodzina łapie się na ten program socjalny. Ale z pozostałą zawartością posta @spinoo "trochę" się nie zgadzam... Ech, serio? Takie "kołczingowe" teksty na TAKIM forum, gdzie udzielają się także ludzie, którzy nawet nie wyjdą z domu bez uprzedniego zażycia wiadra leków? Gdzie udzielają się osoby, które po latach KOSZTOWNEJ terapii (a im bardziej zaburzony człowiek, tym gorzej w społeczeństwie funkcjonuje, więc zarabia słabo albo w ogóle) dopiero zaczynają funkcjonować jak właśnie ci tzw. normalni, "dorośli" ludzie? Gdzie udzielają się użytkownicy znajdujący się w fatalnej sytuacji społeczno-rodzinnej, która skutkować będzie sabotażem nawet najszczerszych prób zmiany swojej sytuacji? Wystarczy przestać się rozczulać nad sobą - Paulo "Hardcore Conqueror" Coelho. Zdrowie psychiczne wlicza się w zakres publicznej opieki medycznej? Uprzejmie wydajesz dyspozycje odnośnie Twoich ciężko zarobionych pieniędzy w celu leczenia "psychicznych"? Jeśli tak, to w jakim zakresie? Koszty podania 1000 mg pernazyny po której zażyciu pacjent śpi 23 godziny na dobę zamkną się w granicach akceptacji? A co ze znacznie droższą psychoterapią, które może zdziałać cuda... albo wręcz coś przeciwnego, jeśli terapeuta na NFZ okaże się olewusem / szarlatanem - finansujemy? Czy może się nie szczypiemy i organizujemy akcję T4, usuwając pasożyty ze społeczeństwa (złamałem prawo Godwina, ale co tam...)?
  2. Psychopaci / sadyści / psychopatyczni sadyści też rzekomo istnieją tylko w filmach. Błagam. Dzieciństwo to okres, w którym chłonie się toksyczne wpływy otoczenia jak gąbka, więc w jakiej innej fazie samoocena ma najwyższe szanse paść na ryj (dorosły przecież nie podda się tak łatwo indoktrynacji, jeśli będzie jej ewentualną ofiarą)? Wtedy pierwsze skrzypce w formowaniu własnego ja gra kombinacja dwóch motywów: słynnej niezapisanej karty, na której wszyscy mogą nabazgrać piramidalne bzdury, które zaczynają "procentować" niemal natychmiastowo i egocentrycznej, właściwej dziecku "zwierzęcej" optyki - tak jak dzikie zwierzę - w pewnym sensie zamyka w sobie cały świat, więc jest przekonane że wszystko, co się w tym świecie rozgrywa to jego wina i udział; wilk niczego nie upoluje = będzie chodził głodny i "wie", że nie może szukać winnego tej sytuacji poza sobą... i identyczne podejście ma dziecko. Tyle, że to podejście nie sprawdza się w przypadku znacznie bardziej złożonych istot, obdarzonych samoświadomością, żyjących w ekstremalnie skomplikowanym systemie społecznych zależności. Nie ma "odgórnie" wrażliwych dzieci (więc wrażliwych dorosłych też nie...)? "Naukowy" termin na określenie tego, co potocznie nazywamy wrażliwością to wysoki poziom przetwarzania sensorycznego, który występuje u 15-20% populacji. To ma być bardzo mało? A jak to się ma to wszystko do osobowości unikającej... No cóż. Są badacze którzy uważają, że zaburzenie tworzy miks właśnie wysokiego poziomu przetwarzania sensorycznego i wpływów dysfunkcyjnego środowiska - spekulacje tyczą się także borderline, jednak z uwzględnieniem specyfiki doświadczeń: KLIK Zaś z tą częścią Twojego posta... ... się zgodzę. Chociaż ten osąd powinien uwzględniać odseprowanie gnojów, którzy mają bardzo poważne zadatki na prawdziwą psychopatię od "zwykłych" debili, którzy po prostu nie ogarniają co robią - z czystej bezmyślności. Wiem, że w tej chwili upraszczam - tutaj w sukurs wchodzą oddziaływania neuronów lustrzanych odpowiedzialnych za empatię i jeszcze kwestia mechanizmów obronnych, takich jak na acting out-acting in oraz przemieszczenie - których stosowanie nie czyni z automatu psychopatą / sadystą...
  3. Dla efektu i tak powtórzę, bo znam odpowiedź (poniżej...): I ta kobieta myślała, że nocny seks na parkingu z jakimś anonimem to preludium do tzw. PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI? No oczywiście. W przypadku takiej kobiety jej dramat wynika z "chorych mizoginistycznych trendów". Ona nie nie była niedojrzała / zaburzona; nie była wcale przypadkiem kwalifikującym się na ewentualną terapię, prawda? W jej przypadku nie można było zastosować ekstremalnie popularnej psychologicznej koncepcji pt. "problem jest tak naprawdę w tobie, a nie w innych - więc możesz to zmienić"? A tak w ogóle - seks "dopuszczany" w ramach wyłącznie tzw. normalnego, konserwatywnego, nierozerwalnie powiązanego z "miłością" związku to nie jest rzecz, z którą przypadkiem walczą feministki? Dalej: niezobowiązujące spółkowanie to jakiś exclusive dla kobiet, które "wyzwoliły się od patriarchalnego panowania"? Wiadomo - jeżeli kobieta w ogóle uprawiała seks (nieważne czym motywowanym) = dziwka. W takim razie jest więc tylko "przechodzoną", podłą istotą poślednią; potencjalnie słabą żoną i matką, co nie? Przepraszam za mój post - w tych kretyńskich, obyczajowo-seksualnych tematach był to pierwszy pierwszy i ostatni. Z każdym dniem utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że to schizofreniczny system struktury społecznej w największym stopniu doprowadza ludzi do szeroko pojętego obłędu.
  4. Tego... buddyzm dość podobnie traktuje pojęcie śmierci - tyle, że taka optyka tyczy się też życia. W sumie więc wypadałoby wziąć te dwa terminy w cudzysłów. No "chyba trochę na pewno" ktoś tutaj stosuje mechanizm projekcji. Mocnej projekcji. Okej, mogę się teraz jednocześnie domyślać, że odwołujesz się do sposobu myślenia mocno patologicznych jednostek, lecz TO wciąż nie działa tak, jak opisujesz. Dla takiej jednostki WSZYSTKO działa na zasadzie pretekstu do toksycznego sposobu realizacji swoich równie toksycznych pragnień (więc gdzie tu miejsce na rzekomą niepoczytalność?). Realizuje patologiczne cele, a obiekcje superego ucisza właśnie tą "pretekstową" racjonalizacją, a kiedy trzeba - rozszczepieniem, czyli np. "za dużo wypiłem, więc tak się zachowałem - to nie jest moje prawdziwe ja".
  5. Takie raczej luźniejsze, ogólne (albo i nie) wnioski... Zaburzenie schizotypowe lokuje się gdzieś między tzw. pełną psychiczną integracją, a "totalną" schizofrenią. To jedna z najbardziej trudnych do leczenia chorób. Dlaczego? Schizotymicy "zdecydowali" się na gwałt - bezczeszczenie - profanację - dokonanymi na tym, co określa się jako własne ja. Zabawne to jest o tyle, że własne ja i tak zawsze pozostanie w sferze chorej abstrakcji. Tu nie chodzi tylko o błędną / prawidlową (zinternalizowaną) definicję choćby terminu pt. "miłość", a o fakt pełnego zniszczenia aparatu poznawczego mogącego odebrać i przetworzyć tę właśnie definicję. I tak samo jest z trywialnym, wspomnianym już "przesuń krzesło". Nie jest możliwe więc połączenie się ze światem, co mogłoby dostarczyć oczyszczającego "prawdziwego doświadczenia self" - albo chociaż namiastkę... Tożsamość to pogorzelisko, wysypisko, nędzne resztki. Co istnieje w takim razie? Tak jak opisywał to Theodore Millon - jest tylko i wyłącznie amalgamat podstawowych impulsów, pragnień, fragmentarycznych wiązek relacji i traum. Plan absolutnego minimum - wszystko to ma starczyć na nędzną mediację mocno podstawowych konfliktów. Jeżeli będą one bardziej złożone - cóż, witamy w stanie psychozy, czy raczej tzw. quasi-psychozy. Ale stan ten żadnej "złożoności sytuacji" nie wymaga i tak. Nie ma czegoś takiego jak self, bo strategia obronna "umysłu" uznała je za wroga, niczym choroba autoimmunologiczna: ZNISZCZ SIEBIE, ZDEMOLUJ, WYSADŹ, ROZBIJ NA JAK NAJMNIEJSZE CZĘŚCI. Jeśli mam być szczery - nie dowierzałem, że tak abstrakcyjne motywy, wyjęte jak gdyby z jakiejś powieści fantasy/s-f (na gruncie psychiki) mogą być aż tak rzeczywiste, tak namacalne w skutkach. Mózg, sieć neuronów manifestujących się w określony sposób, zaczyna najzwyczajniej wariować - i to bez wpływu narkotyków czy jakichś (wtórnych) traum... Pojawiają się derealizacje, depersonalizacje i ataki paniki, nawet bez żadnych zewnętrznych przyczyn - bo tak właśnie ten mózg broni się przed kompletną psychiczną anihilacją, którą dyktują właśnie "założenia" osobowości schizotypowej. Samobójstwo w tym wypadku staje się czymś niebezpiecznie logicznym - kto chciałby prowadzić obce życie obcego człowieka? Po co utrzymywać przy życiu pasożyta, który nieustannie rości sobie prawa do twojego ja? Jeśli schizotymik w ogóle zgłosi się na terapię, terapeuta musi być kimś w rodzajem geniusza - on musi w każdej minucie kontrolować, czy pacjent najzwyczajniej nie dokonuje sabotażu na ewentualnym postępie w terapii: przez ciągłe wypędzanie / odrzucanie tego czegoś, co miało być "odbudowaną" tożsamością.
  6. Chyba wiele innych osób uważa tak samo - i niestety, takie podejście to ślepy zaułek. "Psychiatryzacja" zła istniejącego w człowieku to zamiatanie problemu pod dywan i ewentualnie implikacja zastrzyku finansowego dla iluś tam instytucji. 96% przestępstw popełniane jest przez osoby zdrowe psychiczne, ale to nie przeszkadza w zwalczaniu obaw odnośnie np. sąsiada z "żółtymi papierami" - bo on w imię Szatana pozabija całą rodzinę albo co!!! RD Laing stawiał sprawę jasno: o wiele bardziej niebezpieczny dla otoczenia jest wyszkolony pilot bombowca działający w imię "wojny sprawiedliwej" (innych przecież nie ma, prawda?) niż schizofrenik przekonany, że nosi bombę w sobie. I żeby nie było - w pełni zdaję sobie sprawę, że świat nie składa się wyłącznie z barw czerni i bieli (a taki podział bardzo propagują politycy, przywódcy religijni i inni wpływowi szmaciarze). Ale dajmy na chwilę spokój "psychiatryzacji" zła - jeszcze ciekawszy jest casus "kulturyzacji" zła. Czy przymusowe wycinanie łechtaczek małym dziewczętom - i to jeszcze za pomocą np. brudnego kawałka szkła, to 1. Dowód choroby psychicznej? 1a) Jeśli tak, dlaczego jest ona powszechna i wcale nie przeszkadza w tzw. normalnym funkcjonowaniu? To przecież przeczy definicji "choroby psychicznej"? 2. Przejaw innej, normalnej kultury? 2a) Dlaczego ja, gardząc taką kulturą, staję się więc "niebezpiecznym, nietolerancyjnym psychopatą", a nie normalnym przedstawicielem jeszcze innej, normalnej kultury, którą wypadałoby przecież zaakceptować - w odróżnieniu od "choroby psychicznej"? 2b) Jak doprowadzić zatem do sensownej koegzystencji tak odmiennych, sprzecznych w założeniach kultur? Odpowiedź w stylu "taka już cena wolności" ma być wystarczająca? Post chyba zbyt dygresyjny.
  7. Neseir

    Depresja- fakty i mity

    A skąd. Oczywiście, że są rzeczy mogące sprawić przyjemność... które i tak nic (w końcu) nie zmieniają. To ważna cecha depresji atypowej, czyli anhedonia paradoksalna - co wyjaśnia, przynajmniej częściowo, przypadki typu "spotkał się ze znajomymi, bawił się, śmiał się, wrócił do domu i się powiesił". "Typowa" depresja z zahamowaniem psychoruchowym, z ekstremalnie stereotypowym "wpatrywaniem się w sufit" to właśnie mniejszość przypadków. I wcale też nie znaczy, że jest jakoś mniej "poważna" - by nie było. "Between 2–8% of adults with major depression die by suicide" No nie wiem - te procenty to chyba manifestacja ciężkiej depresji. Albo że "się im w dupie poprzewracało", jak to mówi Janusz Nowak. Ten drugi ma mocne dowody - KiedyśToByłyczne. Także powtarzam - nie wiem.
  8. Behawioryzm właśnie był (w danym czasie) absolutnie dominującym trendem psychologicznym w USA przez ~30 lat. Rezultat? Z pewnością miał spory udział w tworzeniu największej liczby seryjnych morderców przypadających na kraj na świecie. Skoro można człowieka najzwyczajniej wytresować do bycia "dobrym", to jak najbardziej - do bycia "złym", więc po co "ofiarom" JAKIEKOLWIEK poczucie odpowiedzialności za swoje czyny? Wściekłego psa, który pogryzł dziecko też osądzacie jako niemoralnego? No, behawioryści przenieśli tą optykę na relację ludzie - ludzie i jak widać, ze znakomitym skutkiem.
  9. Dlaczego w ogóle udzielam się w temacie, który czytałem już 17924 razy? Panie terapeuto, powiedz pan, czy żem chory na narcyzm? A moim "udziałem" jest szczere polecenie artykułu, czy raczej eseju pt. Psychologia, wychowanie a obłęd - od schizofrenii kultury zachodniej do doświadczenia inicjacyjne I wiele rzeczy powinno (hłe, hłe, hłe) stać się jasne...
  10. No, to jeden z miliona sposobów na radzenie sobie ze świadomością bycia ofiarą indoktrynacji. W kwestii ateizmu, albo "ateizmu" młodzi najczęściej ludzie nie mogą za bardzo znieść zjawiska "zmarnowanych lat" - za sprawą religii właśnie. To ogólnie temat na szerszą dyskusję, ale w szczególe kwestia przedstawia się tak: stanowisko ofiary przez X lat, czyli pobieranie nauk w duchu nie rób tego i tamtego, nawet nie MYŚL o tym i tamtym - bo inaczej wiadomo: wieczne potępienie, nie wściekaj się - to wszystko dla Twojego dobra przecież! po czym pewnego dnia, w końcu, ofiara odkrywa masę absurdów w religijnym nauczaniu (dochodzi do tego oczywista hipokryzja kapłanów) - przychodzi moment oświecenia, ale ono nie wpływa pozytywnie na poczucie krzywdy. Wobec tego, co zostaje? Choćby "internetowe krucjaty" - ofiary mogą z braku laku, zostać "oprawcami" - stąd właśnie te ateistyczne wstawki albo nawet elaboraty. Gardzą religią - IMO słusznie, ale próbują wylać dziecko z kąpielą, usilnie wmawiając otoczeniu - działając nieświadomie (?) na rzecz rozmaitych grup wpływu - że człowiekowi tzw. pneuma / sacrum / Ostateczna Duchowa Rzeczywistość wcale do życia nie jest potrzebna, bo "KSIĘŻA GWAŁCOM!!!!!jedenjeden1111 i BYŁY KRUCJATY I KOLONIZACJA!!!!!1111jedenaście1 i MANIPULUJOM! Maryja wcale nie była dziewicą!!!!1111" Religia nie może mieć nic wspólnego z filozofią - prawdziwa filozofia chce dotrzeć do prawdy, nawet jeśli okaże się ekstremalnie brutalna, religia zaś to system struktur, których celem jest za wszelką cenę przetrwać, choćby nie wiadomo co...
  11. I najczęściej będą to zdrowi psychicznie (bo terapeuty / psychiatry / księdza / misia-przytulanki nigdy potrzebować nie będą), świetnie funkcjonujący w świecie ludzie, z rodzinami, z całkiem wysokim statusem społecznym, y tak dalyj, y tak dalyj, it sityra, deżawu. To "plebsowi" nie wolno używać wyparcia, projekcji, czy przeniesienia. "Tak to już jest, trzeba iść do przodu, kiedyś będzie lepiej, wszystko zależy od Ciebie, łącznie z tym że np. spreparowane przez KOGOŚ INNEGO oszczerstwo zrujnuje Ci życie - jeśli tak, czas na tzw. migrację wewnętrzną, jak na wolnego człowieka przystało". Głębokie przemyślenia, za co przepraszam.
  12. No, to mogą być właśnie kamyczki, które napędziły lawinę "późniejszych wydarzeń". I Iekka dygresja: popełniasz powszechny błąd myślowy - TROSKĘ (dbanie) mylisz z KONTROLĄ. Nadopiekuńczość rodzica nie wynika z tego, że nie chce nie zaniedbywać dziecka: wynika z pragnienia kontroli właśnie, pragnieniu jeszcze MOŻE towarzyszyć tajona pogarda do osoby, którą figura matczyna / ojcowska wychowuje. Wracając już do tematu, oto co ma do powiedzenia na temat Teoria Wiązań: Pewnie szybko odszukasz konkretny "styl rodzicielski", pasujący jak ulał do Twojej matki (oczywiście bazuję wyłącznie na tym, co napisałaś).
  13. Składam na Twoje ręce najszczersze gratulacje - jesteś mistrzem gierek psychologicznych i manipulacji: 1. W Twoje życie nie wolno się nikomu wpieprzać, ale innych w razie czego niech zgarnia pogotowie w celu udzielenia tej błogosławionej "jakiejkolwiek pomocy", co? No tak - Ty szukasz przecież feedbacku, którego otrzymanie i tak wieńczy zagrywka "tak, ale...". Sprytne. 2. Tobie na forach obcy ludzie nie pomogą, ale innemu choremu na KLINICZNĄ depresję już tak, więc jak śmiem, jak jakiś psychopata, odradzać publiczne uzewnętrznianie się? Terapia być może nie działa, bo próbujesz wykrzyczeć swoją rozpacz w Internecie, zamiast w gabinecie u (no, załóżmy że....) FACHOWCA. A jak ten słynny "ktoś szukający pomocy" natrafi na Twój post i wyciągnie wnioski, że lepsze są naładowane pasywną agresją apele o eutanazję w formie bloku tekstu niż wizyta u profesjonalisty (co te apele mają dać? Jak niby mają pomóc w odkryciu sedna depresji?). Zaraz, kto tu miał pomyśleć przed napisaniem posta? 3. "Think about children!" - i na koniec ohydnie imputujesz mi, że to ja namawiam tego słynnego "kogoś" do samobójstwa, samemu pisząc rzeczy w rodzaju "Śmierć jest dobra". Ale oczywiście - ten temat to tylko twój prywatny pamiętniczek (na ogólnodostępnym forum), jesteś czysty, etc. Z początku myślałem, że twoje zachowania wynikają z ambiwalencji napędzanej przez traumy, stąd trochę się obruszyłem na sposób w jaki Cię wcześniej potraktowano. Jeszcze raz gratuluję i wypisuję się z Cyrku Beznadziejniaka. Buziaczki.
  14. Mogłem obszerniej zacytować - odnosiłem się bardziej do tego fragmentu: I podobnie jak z temperamentem (ciężko mi trochę wyobrazić sobie "unika" z silnym układem nerwowym, jednak wciąż należy pamiętać, że "osobowość" to rzecz kumulatywna) depresyjne skłonności w klinicznym rozumieniu po trosze przychodzą od mamy, taty bądź pradziadka. A i tak myślę, że większą rolę niż geny w Twoim wypadku odegrał jeden czynnik: ZANIEDBANIE. Oczywiście, że nie było patologii w domu - przemoc fizyczna czy seksualna to patologie, czyli praktyki odbiegające od tzw. "normy". Tymczasem patologiczne zaniedbanie jest tak rozpowszechnione i społecznie akceptowane, że przestaje uchodzić za zwyrodnienie. Polecam z całego serca cały Wykład prof. Vetulaniego którego właśnie bezczelnie zacytowałem.
  15. Wciąż wołasz o pomoc, w zawoalowany sposób, ale jednak. Ustalmy więc jedną rzecz: Internety są jednym z najgorszych miejsc do szukania prawdziwej, sensownej pomocy. Ktoś się tutaj wkur... przepraszam - "zatroszczy", przekaże komu trzeba twoje forumowe dane z adnotacją "możliwe samobójstwo, proszę działać", po czym panowie w czerwonych uniformach przetransportują Cię do panów w białych uniformach i wtedy doświadczysz "odrzucenia przez społeczeństwo" na kolejnym, możliwie że nieznanym Tobie poziomie. No, chyba że korzystasz z VPN / TORa, wtedy oczywiście moja pisanina traci sens. No cóż... https://www.reddit.com/r/offmychest/comments/5vk43k/my_high_school_bullys_son_killed_himself/
×