Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Neseir

Użytkownik
  • Zawartość

    63
  • Rejestracja

  1. I tak się żyje na tej wsi, nie posiadając granic ego. Nie pójdę do kościoła czy innej sangi - wówczas wejdę w rolę "wiernego", "osoby uduchowionej", rolę która będzie próbowała dokonać absorpcji na "całości". Nie wyjdę do ludzi - interakcja wiąże się ze sprowadzeniem mojej "tożsamości" do funkcji zapisanego obrazu / wrażenia (w ich umysłach). Nie mają pojęcia, że stają się w pewnym sensie bogami mogącymi uwięzić i zmiażdżyć maluczkiego. Jeśli jednak zaczną mieć pojęcie... Nie chcę mieć żadnych dokumentów tyczących się mojej "tożsamości" - nie mogę pozwolić, by jakiekolwiek fragmenty jakiegokolwiek pisma zdefiniowały mnie, czytaj: zaabsorbowały i unicestwiły. Nie pójdę pograć w piłkę - wówczas wejdę w rolę "piłkarza" i to też będzie próbowało zagarnąć "resztę". I tak dalej, i tym podobne... Zaś konsekwencje działań, przyjemne, nieprzyjemne idą na konto obcego człowieka. To nie ja wejdę w strukturę, mającą poprawić mój stan psychiczny (np. próba powrotu do tzw. normalnego życia) - będzie to obca osoba gimnastykująca się nad obcym konstruktem... "ja" będę tylko z przerażeniem obserwował.
  2. Nie zamierzam być apostołem dokonującym złożonej egzegezy mądrości Petersona. Samozwańczego guru i - przede wszystkim - przedsiębiorcy, który z pełną świadomością nie adresuje swoich prelekcji w kierunku sprecyzowanej grupy słuchaczy właśnie po to, by zgromadzić jak największą grupę klientów-wyznawców. Linkowałem filmy. Może chodziło mu o właściwości neuroplastyczne mózgu - no, coś takiego istnieje... Tylko czemu nasz ekspert, który hołduje biologicznej wykładni odnośnie depresji, nie stosuje jej odnośnie wszelkich zaburzeń lękowych? Osobowość unikająca, fobia społeczna, zespół lęku uogólnionego - nie wynika ani trochę z genów? Albo... ze sposobu konstrukcji układu nerwowego, który kształtują - o zgrozo - rodzice? Z racji traumatycznych doświadczeń? Mam też pominąć potężne wpływy kulturowe, przekładające się na cały katalog lęków? "Po prostu przestańcie się bać, pamiętając, że samoocena nie istnieje!""
  3. Takie tam fragmenty Family Dynamics in Individual Psychotherapy: A Guide to Clinical Strategies (…) Większość obserwatorów rodzin zauważyło, że niektóre rodziny niemal „trzymają się razem”, gdy innym brakuje spoistości. Minuchin (Minuchin, Montalvo, Guerney, Rosman & Schumer, 1967) gdy przyszło zdefiniować style transakcyjne, opisywał rodziny w terminach „uwikłana” versus „wyprzężona”. Zaznacza, że większość rodzin nie jest kompletnie uwikłana ani wyprzężona, ale jej podsystemy charakteryzują się uwikłaną bądź wyprzężoną naturą. Problemy rodzą się na gruncie skrajnych przypadków rodzin lub rodzinnych podsystemów. Członkowie rodziny „uwikłanej” są do siebie nadmiernie przywiązani w następującym sensie: cokolwiek oddziałuje na jedną osobę, wywołuje także niezwykle silne reperkusje wśród reszty rodziny. Dla kontrastu, w systemie ekstremalnie „wyprzężonej” rodziny „tylko wysoki poziom indywidualnego stresu wywołuje reperkusje w postaci udzielenia rodzinnego wsparcia”. Według Minuchina „członkowie uwikłanych rodzinnych podsystemów mogą być życiowo upośledzeni z racji poświęcania własnej autonomii w zamian za wysokie poczucie przynależności, członkowie wyprzężonych rodzinnych subsystemów mogą funkcjonować autonomicznie za cenę wypaczonego pojmowania niezależności, braku poczucia lojalności i przynależności, nieodnajdywania się w sytuacjach opierających się na współzależności, nieumiejętności udzielenia wsparcia, kiedy jest potrzebne”. Murray Bowen (1972) definiuje podobny fenomen za pomocą konceptu „jednolitej bryły ego”. On także zauważa u wielu rodzin motyw wspólnoty kosztem indywidualności. Tak jak Minuchin, Bowen postrzega jednostki w stopionych rodzinach jako wysoce reaktywne emocjonalnie wobec siebie nawzajem. Wersja Bowena nie pokrywa się w pełni z wizją Munchina, wynika to jednak z tego, że nie skupia się on mocno na zjawisku wyprzężenia, kiedy nie jest mechanizmem obronnym przeciwko ujednolicaniu. (…) Podobne podejście znaleźć można w pracach Stierlina (1977), który badał rodziny przeżywających trudności nastolatków w USA i Niemczech. Według Stierlina w rodzinach, które są związane zbyt ciasno, „członkowie nie potrafią wyartykułować swoich potrzeb i życzeń vis-à-vis”. (…) Tak jak Minuchin dostrzega w niezrównoważonych rodzinach niedostatecznie silnie zarysowane granice między pokoleniami i płciami. Robin Skynner, brytyjski terapeuta rodzin, który także postrzega rodzinę przez pryzmat odpowiedzi na pytanie „jak wiele oddzielności, indywidualności, oraz jaki poziom dojrzałości jest do zaakceptowania” zauważył bardzo specyficzną właściwość jednolitych rodzin – tam największymi komplementami są „nic się nie zmieniłeś”, „on wciąż jest taki sam” (1981). (…) Stierlin inaczej jeszcze tłumaczy „homeostatycznie uwikłaną” rodzinę. Brak różnicowania pomiędzy członkami rodziny miałoby w niebezpośredni sposób wynikać z próby chronienia się pary małżeńskiej przed poczuciem rozczarowania, jakiego dostarczyli im ich właśni rodzice, a także rozczarowaniem sobą samymi metodą, którą Laing (1965) określił jako „mistyfikacja”. Poprzez „mistyfikację”rozumiał on mechanizm przypisywania własnych negatywnych emocji bądź cech komuś innemu i przekonywaniu tej osoby, że jest tą, za jaką ją postrzegał. Skynner (1981) także interpretuje rozmycie granic i niejasne stanowisko odnośnie tożsamości w rodzinie jako mechanizm obronny. W celu odpędzenia zakazanych na przestrzeni pokoleń emocji stosowana jest projekcja, inni manipulowani są, by zachowywać się w sposób potwierdzający projekcję. W opinii Skynnera to projekcja tworzy poplątanie tożsamości i granic w rodzinie. Terapeuta musi mieć na uwadze, że nie może troszczyć się wyłącznie o granice w systemie rodzinnym, ale także o relację rodzina-reszta świata. Niektóre rodziny pozwalają na nawiązywanie znajomości poza najbliższym środowiskiem. Inne zdają się tworzyć niepisane zasady, które zakazują bądź istotnie utrudniają nawiązywania relacji z osobami „z zewnątrz”. Lyman Wynne (Wynne, Ryckoff, Day, Hirsch, 1958) jeden ze wczesnych badaczy rodzin schizofreników zauważył, że rodziny te wykazują bardzo niski poziom tolerancji na indywidualizację jej poszczególnych członków. W celu podtrzymania iluzji „trzymania się razem”, bądź czegoś, co Wynne określa „pseudowspólnota”, rodzina buduje „gumowe ogrodzenie” między sobą a otaczającym światem. I tak jak gumowe ogrodzenie, rodzinne granice wydają się coś przepuszczać, w rzeczywistości są nie do spenetrowania. (...)
  4. BŁASZCZYKOWSKI TEsz MIAŁ TRAUMĘ, A ZOSTAŁ SŁAWNYM PIŁKARZEM1!!!!11111111JEDENAŚCIE NIE RÓB SOBIE WYMUWEK GENERACJO X!!!!!!!!!!jeden A teraz na serio... johnn - od strony teoretycznej nie ma już za wiele do dodania (no, z "naszej" perspektywy). Identyfikujesz się w jakikolwiek sposób z historiami / rozprawkami / cytatami z poprzednich stron? Pisałeś o "radach specjalistów" - rzeczy w stylu zmiana jest możliwa, jeśli tylko się bardzo chce i przeszłości nie zmienisz, ale wciąż możesz wzrastać (co to awruk w ogóle znaczy w kontekście schizotymika?) to ekwiwalent naplucia w twarz przez ignoranta, a nie otrzeźwiająca informacja posłana przez diabelnie inteligentnego, empatycznego psychologa. Ci przećpani humanizmem znawcy zobligowani są, by robić dobrą minę do złej gry - zawsze można przecież zarobić parę złociszy... Badania? Cokolwiek w tym stylu? Jeden przypadek, któremu pomogło 20 mg arypiprazolu. Mam też drugi - pacjentowi poprawiło się po... "lekach" homeopatycznych. Zbadano grupę schizotymików w Indiach, większość jednak kwalifikowała się także na borderline - słaby punkt odniesienia, jeśli uwzględnimy jeszcze kwestie kulturowe. A jak z UDANĄ terapią? W jednym przetłumaczonym przeze mnie studium przypadku. Erik był jednak słabo dotknięty zaburzeniem... Swoją drogą, gdyby terapeuta w Polsce, w latach 90, doradził schizotymikowi służbę wojskową "w celach nabycia zdolności społecznych", to po dwóch tygodniach pacjent uspołeczniałby się w czarnym worku. Ponieważ nie chcę się powtarzać, polecę może kolejny film, z takim zachęcającym screenem: I trzymać się z daleka od żenady pt. "Piękny umysł".
  5. "Dzisiaj"? Przypomnę więc dobrze znany Eksperyment Rosenhana. I nie - nie jestem z tych którzy uważają, że "schizofrenia nie istnieje".
  6. Znowu coś potłumaczyłem... John Weir Perry wysunął teorię, że schizofrenia to manifest dwojakiej natury: zapaści self i aktywacji nieuświadomionego. Takie podejście bardzo bliskie jest założeniom praktyk mistycznych, gdzie celowo próbuje się wywołać nieuświadomione za pomocą mantr i wizualizacji, jednocześnie powstrzymując ekspresję indywidualnego „ja” przez post, odosobnienie i celibat. Far Side of Madness dokumentuje odkrycia Perry'ego wynikającej z dogłębnej analizy doświadczeń dwunastu (schizofrenicznych) pacjentów w latach 1949–1961. W doświadczeniu psychotycznym zauważono spójne, powtarzające się wzorce: mitu, rytuału, mistycyzmu i mesjanizmu. Według Perry'ego genezę tych schematów można znaleźć w treści rytuałów królestwa starożytnej Mezopotamii opierających się na motywach: - Ceremonialnej śmierci; - Procesu odnowy w cyklu rocznym; - Odrodzeniu świętego króla; - Rewitalizacji jego królestwa Istotą teorii Perry'ego jest to, że cywilizacja, która rozpoczęła się w starożytnej Mezopotamii, wymagała wynalezienia określonych rytuałów i mitów w celu zapewnienia kolektywnego przewodnictwa i nadania ciągłości projektowi. Te rytuały i mity zostały pochowane w zbiorowej nieświadomości pierwotnych mieszkańców miasta. Po pomyślnym uruchomieniu projektu w Mezopotamii przedstawiciele innych cywilizacji wchłonęli osmotyczną metodą model mezopotamski – wraz z miejskim stylem życia i zbiorową nieświadomością. Te rytuały i mity wciąż spoczywają w zbiorowej nieświadomości współczesnego człowieka. Funkcjonują one jako wspólny mianownik, nadający spójność społecznemu organizowaniu się. Kiedy indywidualne ego człowieka ulega zapaści, często poprzez brak właściwej integracji w społeczeństwie, te archetypowe mity i rytuały zalewają świadomość w próbie ponownego ukonstytuowania. Gdy ten proces się powiedzie, efektem będzie odbudowa self, lepiej przystosowanego do życia w społeczeństwie. Centralnym punktem książki jest tabela demonstrująca pokrywanie się specyficznych, wewnętrznych doświadczeń psychotycznych, a ich jednolitość ma sugerować inspirację modelem mezopotamskim. Perry objaśnia: 1. wspólność doświadczeń obejmuje Jakość obrazu samego siebie; 2. to przekonanie schizofrenika, że powinien wziąć udział w jakimś Rytuale, bądź Dramie; 3. odnosi się do motywu Centrum Świata – przekonania, że konkretne miejsce, lokacja stanowi „środek świata” bądź swego rodzaju kosmiczną oś; 4. Śmierć tyczy się poglądu, że schizofrenik umarł i żyje już w rzeczywistości pośmiertnej; 5. Powrót do początków – regresja do najwcześniejszych stadiów ewolucyjnych, ale także własnego dzieciństwa; 6. Kosmiczny konflikt – uczestnictwo w wielkim konflikcie przeciwstawnych sił, reprezentowanych przez dobro / zło, światłość / ciemność, itp. 7. Zagrożenie ze strony płci przeciwnej – to postrzeganie płci przeciwnej jako siły, która w jakiś sposób przytłoczy schizofrenika, 8. Apoteoza – to wiara, że chory ulega transformacji w bóstwo, osobę świętą, osobę o bardzo wysokim statusie, herosa bądź mesjasza. 9. Święte zaślubiny – obejmuje fizyczne doświadczenie małżeństwa z Bogiem, Boginią, bądź inną mitologiczną / religijną figurą o dużym znaczeniu; 10. Nowe narodziny odnoszą się do odrodzenia / zamanifestowania jako zbawiciel z misją, obiecany przez proroctwa; 11. to Nowe społeczeństwo – wizja nowego porządku społecznego – New Age, Utopia, Nowa Jerozolima 12. wspólność obejmuje Kwadryfikację świata / kosmosu – pogląd, że tenże świat bądź kosmos ma „czteroramienną strukturę” przejawiającą się postaci choćby czterech stron świata, czterech ras, czterech żywiołów, czterech pór roku, czterech stanów świadomości. Wiele miejsca Perry poświęca odkrywaniu związków między doświadczeniami schizofrenicznymi, a mitologią starożytnej Mezopotamii. (...)
  7. Większość kryteriów F21 wręcz utrudnia diagnozowanie. To już komputerowe modele diagnostyczne lepiej sprawdzają się w "pracy".
  8. Oj, johnn, johnn... Zaburzenie schizotypowe po prawdzie ciężko nawet uznać za zaburzenie osobowości, bo ona zwyczajnie nie istnieje, ew. "osobowość" jest tak zmasakrowana, że nie w sumie "nie ma z czego zbierać". Tzw. objawy to tylko produkt konkretnej kondycji psychicznej. Poczytaj może wcześniejsze posty: schizotymik niczego na nowo nie zinternalizuje, bo nie "dorobił" się takich zdolności. Jego warsztat z narzędziami umożliwiającymi w teorii "naprawę psychiki" został splądrowany - i to w tym sensie, że definicje pojęć w rodzaju zdrowia, choroby, narzędzia, zmiany są obce, puste. Schizotymicy znajdują się w sferze nieobejmującej "chcę" / "nie chcę" - zostają więc przede wszystkim potrzeby fizycznego ciała, które musisz realizować jak niewolnik... niewolnik własnego, kruchego, nieraz zbuntowanego organizmu. A czy człowiek uznaje się wyłącznie za zespół tkanek? Za kości i krew? Za katalog przekaźników w mózgu? Słowo "integracja" jest obce - pojmuję je wyłącznie jako intelektualny konstrukt. Ale bez tej integracji gwarantującej ontologiczną pewność, gwarantującej tzw. dominujący światopogląd (pojęcia zaczerpnięte z literatury okołopsychiatrycznej) nie idzie żyć, nie tutaj, nie na tej planecie. Oczywiście słowo "żyć" też funkcjonuje wyłącznie jako chory abstrakt. Więc, qrva, na czym my stoimy? Jak odpowiedzieć terapeucie, który wysuwa pytanie "Z czym pani / pan do mnie przychodzi?" Co ma zakomunikować człowiek, którego nie ima się czas? Który tak naprawdę nie ma przeszłości ani przyszłości? Tjaaa, rozpracujemy to, za cenę 150 PLN / godzina terapeutyczna. Będzie dobrze. Wystarczy przywlec swoje rozkładające się ciało do gabinetu. Będzie dobrze. Inwestycja w swoje rozkładające się ciało to wspaniała inwestycja. Będzie dobrze. Mam docenić to co "mam"? Borze sosnowy, na ulicy mijam setki ludzi nawet nie potrafiących dostrzec, że mają coś takiego jak SELF / TOŻSAMOŚĆ / WŁASNE NIEZBYWALNE, "KULOODPORNE" JA. Największy dar - przynajmniej tutaj, w tym ludzkim systemie. I najwyraźniej mają to gdzieś, uskuteczniając postawę wincyj wincyj, dajta wincyj, chcę wincyj. Fajnie. Czuję się anomalia w "żywym" świecie - przez jakieś pięć minut, bo później i tak definicja słowa "anomalia" zostaje unicestwiona. Mam jakieś 99% pewności, że ta struktura to właśnie strażniczy paradygmat, którego zadaniem jest ochrona "posiadacza" przed inwazją. Kiedy posiadacz nie dysponuje granicami ego (kolejna rzecz właściwa dla "zdrowego" self), paradygmat wypracowuje 2000% normy i nie dopuszcza do "właściciela" niczego "nowego".
  9. Jasne, że tak. Wykrywalność zaburzeń psychotycznych poprzez MMPI-2 oscyluje na poziomie ~55%. A stosując tzw. metodę Goldberga (mającą w teorii odseparować nerwicowców od psychotyków) wykrywalność wynosi 46%. Dla porównania - taki SCID II wyłapuje wyłącznie 25% podchodzących do testu psychotyków. Testy nigdy nie powinny służyć za najwyższą instancję odnośnie diagnozy - na pewno nie we wszystkich przypadków. Osobowość borderline w "klasycznym" wydaniu ma niewiele wspólnego z osobowością schizotypową. Chyba że... poczytaj historię przypadków ze stron 12-13 - będzie przynajmniej jakiś punkt odniesienia.
  10. Neseir

    Neurloeptyki- ogólnie

    Po prostu... jak to się mówi, "sów brak" - https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/articles/PMC3476840/ Motyw "zapytaj lekarza odnośnie prawdy" jedynie wzmacnia komizm wypowiedzi. Nawet nie będę przytaczał przykładu bliskiego członka mojej rodziny - domyślam się, że zbombardowany zostanę argumentami w stylu "proszę nie ulegać efektowi potwierdzenia" i "większości pacjentów farmakoterapia służy - gdyż jak lek odstawią, choroba wraca..." Tylko dlaczego kwestia neuroleptyków wypłynęła w temacie o paroksetynie?
  11. Terapeutka Kati Morton (zbytnio) nie pojmuje Czyli zasadniczo "poczytajmy se (prowadzący na manowce) DSM-V". Przynajmniej przyznała w komentarzach, że mało wie na temat tego zaburzenia... Ale filmik - tak czy inaczej - można nakręcić, prawda? Świetną ocenę sobie wystawia, SPECJALISTKA. Inny udzielający się w Internecie psychoterapeuta, Todd Grande, jest jeszcze lepszy - próbował powiązać zaburzenie schizotypowe z tzw. Mroczną Triadą (narcyzm, makiawelizm, psychopatia). Tja, skoro schizotymicy są dziwni, z pewnością mają za skórą diabła...
  12. Post pod postem (będzie ostrzeżenie?)... No i znalazłem: "Nie ma głupich pytań, jeżeli wystarczająco poświęcasz uwagę"
  13. GÓRÓ Peterson nie rozumie GÓRÓ Peterson dalej nie rozumie GÓRÓ Peterson nie rozumie "UP TO ELEVEN" I oto on - autorytet, zbawiciel dysponującym 76453 IQ. Rzekomo wybitny psycholog nie pojmujący motywu lęku społecznego, więc tym bardziej osobowości unikającej. Nie że mnie to jakoś dziwi... Nawet nie wiem od czego zacząć, wysłuchawszy te prelekcje. "Przypuśćmy że znajdujesz się na imprezie", "Przestań skupiać się na swoich reakcjach, a staraj się odbierać reakcje innych", "Wybierz z tłumu jedną osobę i z nią konfrontuj swoje racje, a reszta pójdzie jak z płatka", "Przestań zbytnio (?) myśleć co powinieneś powiedzieć, tak właśnie spieprzysz sprawę", "Wyjdź z domu i doświadczaj obcych sytuacji o charakterze społecznym, w końcu wytworzą Ci się w mózgu odpowiednie proteiny, likwidujące (?) lęk". To mają być rady dla fobika / unika? W najlepszym wypadku mogą pomóc osobie cierpiącej na umiarkowaną tremę przed wystąpieniami publicznymi. No, ale skoro w treść swojego wykładu wujka Wieśka wmontował SMOKA CHAOSU i OKO HORUSA to na pewno ma rację. Peterson w ogóle uwielbia "uświęcać" swoją narrację powoływaniem się na mitologiczne konstrukty - tam, gdzie w ogóle nie są potrzebne. Moment, kiedy kompletnie już zwątpiłem w "oświecenie" naszego guru to ten, kiedy w odniesieniu do lęku społecznego, Jordan zalecił, żeby się nie przejmować co inni powiedzą. Tak. Nie był to kolejny pożal-się-boże wykład, a jakiś stream - jeżeli nie usunęli, znajdę go i zalinkuję.
  14. 11/10. Myślałem kiedyś że to tylko moja, ekstremalnie wyjątkowa historia. Obcując z czymś takim przestaję wierzyć, że wszechświat jest przypadkowy... bo schizotymika NIE da się stworzyć "normalnym" terrorem, tj. chociażby prostackim szantażem czy straszeniem opartym na motywie reputacji ("Co ludzie powiedzą?!?!?"). Nic z tych rzeczy. Tzw. progresywne środowiska utyskują na od lat na uprzedmiotowienia kobiet - mogę z całą pewnością stwierdzić, że nie mają pojęcia, co to znaczy PRAWDZIWE uprzedmiotowienie. Sprowadzenie do absolutnego zera było ulubioną techniką wychowawczą mojej matki - ja nie byłem już "sobą", nie byłem "tylko" ciałem, byłem wyłącznie zamanifestowaną emocją, prymitywną wiązką myśli - tak oto tworzyła perfekcyjne warunki, by móc przepchnąć swoją propagandę odnośnie "misji". To nie jest zwyczajne psychiczne obezwładnienie / rozbrojenie: Oczywiście nigdy tego tak nie sformułowała, nie szepnęła ani słówka - ale jej "plan wychowawczy", odnośnie założeń, niemal perfekcyjnie się wypełnił. Kudos?
  15. Poznałem przyczynę unicestwienia swojej jaźni - ew. celowego zablokowania jej rozwoju. I to nie była praca na gruncie psychologii, a raczej detektywistyki - serio. W tej totalitarnej organizacji, nazwanej dla ściemy rodziną, aktywnie ukrywano informacje kluczowe w kontekście mojego "zdrowia psychicznego" (piszę w cudzysłowie - mogę już tylko spekulować, co to znaczy). Ukrywano... bo liczył się pewien "wyższy cel", misja, którą miałem zrealizować pod przymusem - ale żebym tego przymusu nigdy nie odczuł, nie mogłem mieć tożsamości, wiedzy, niczego. Tym bardziej absurdalnie brzmi teraz rada, jaką otrzymałem w psychuszce w 2008 roku - "IĆ NA TERAPJĘ, TO 70% SUKCEZU!!!". Przecież terapeuta strzelałby podręcznikowymi teoriami, licząc że któraś w końcu "zaskoczy" - a nie może przyznać przed pacjentem, że psychologia potrafi być bezsilna i nie wyjaśnia wszystkiego. Wyglądałby to tak samo, jak mój proces diagnostyczny w szpitalu: A może to jest tak, że... A czy nie jest trochę tak, że... Być może myślisz w ten sposób, bo... X mogło poniekąd wynikać z Y Tyle, że tam już mieli z góry założoną tezę (ignorowali niepożądane komunikaty, poza tym - to nie była moja pierwsza próba samobójcza) tj. ooo, nawracające próby, pacjent ogólnie trudny - więc klepnijmy mu bordera. NFZ za mało płaci, by specjaliści zachowywali się profesjonalnie, kawka się sama też nie wypije. Byłem "wychowywany" metodami (pseudo?)terapeutycznymi - co jak co, ale do niszczenia człowieka nadają się idealnie. Zresztą proces terapeutyczny (z całą otoczką) za bardzo przypomina procedurę prania mózgu w sektach.
×