Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Neseir

Użytkownik
  • Zawartość

    36
  • Rejestracja

  1. No ba, pełna racja - po cholerę komu kontekst, specyficzna struktura poznawcza? Leczmy osobowość zależną tak jak narcystyczną (przecież obie w sumie cierpią na niskie poczucie wartości! One mają dokładnie tak samo!), efekty będą wielkie. Taka tam aluzja...
  2. Przepraszam za post pod postem. Bo odnośnie depresji / samobójstwa, w podejściu psychologicznym, sytuacja wygląda tak... Proszę, wybierzcie sobie ze szwedzkiego stołu, autorka tematu może się nawet odnajdzie w tej materii. Zasadę nowoczesnego myślenia przyswoiliśmy - wszyscy mają rację, nikt się nie myli.
  3. Pozwolę się bezczelnie wtrącić: temat się trochę rozbija o pojęcie KLINICZNEJ depresji. Możesz być skrajnym przypadkiem, a próba samobójcza będzie wynikiem "zaburzeń osobowości", nie tzw. "dużej depresji". Inny przykład - Np. w grupie schizofreników 5% chorujących popełnia samobójstwo, co jest potężną dysproporcją mając na uwadze samobójstwa pojawiające się w "normalnej" populacji - tam samobójcze śmierci to tylko 0.012% (dane z USA). Czyli na każde pojedyncze samobójstwo "normalnego" człowieka przypada 416 samobójstw schizofreników. I nie popełnili tego w stanie depresji, a psychozy... (tak, tak - wiem że większość dumnych posiadaczy literki F20 doświadcza także depresji na poziomie subklinicznym - jak to Laing pisał: Schizofrenia może być zrozumiana bez zrozumienia pojęcia rozpaczy...) Do czego zmierzam? Podręczniki naukowe, "naukowa" ewaluacja nie zawierają w sobie sensownej "miary" cierpienia, bo jeszcze nie można się włamać człowiekowi do głowy i zbadać jego tok myślenia / odczuwania. Więc zahaczamy, siłą rzeczy, o dziwny konstrukt pt. "Licencja na samobójstwo"... bo jak się ma "tylko" zaburzenia osobowości, to cierpienie niby mniejsze? Ale tu nie chodzi o odejmowanie komuś cierpienia, tylko o właśnie "oddanie cesarzowi co cesarskie". Podręczniki ICD / DSM zmuszają do nakreślania w miarę wyraźnych granic jednostek chorobowych. Fajna ta terapeutka była, taka nie za dobra. Czym jest w ogóle poczucie własnej wartości, swoją drogą? A co jest główną cechą osobowości unikającej? Zależnej? Coś innego, tak? Może niczym nie różnią się od narcyzów? Narcyzi mają bardzo wysokie poczucie wartości, ale już domyślam się, że tutaj chodzi o podświadomy paradygmat odrzuconego i skrzywdzonego dziecka, który próbuje kompensować w dorosłym życiu - i poczucie niższości jest mocno utajone. Oni pomylili miłość (a czym jest miłość? Miejsce na kolejne rozważania...) z podziwem: to jest rdzeń narcystycznego zaburzenia osobowości. Toż to zboczuch Freud dawno temu zauważył: narcyz przekręci się z rozpaczy, jeśli nie znajdzie jakiejś osoby, która utopi go w komplementach i przejawach "szacunku". On dokonuje ekstensji swoich potrzeb na cały świat, obliguje go do dokonywania pokłonów, aktów czci - a jeżeli nie zostaną spełnione... no cóż - destrukcja. Siebie samego albo nawet całego świata - byle by w końcu nakarmić toksyczny schemat, nawet w bardzo pokrętny sposób (rewelacyjnym studium narcyzmu jest film Upadek - ale ten z 2004 roku, czyli o pewnym niespełnionym malarzu). I nie, proszę sobie tego przykładu nie brać do serca.
  4. Ponieważ nie mam pomysłu jak kreatywnie odpowiedzieć markowi123 (bez tego ohydnego rabunku osobistego doświadczenia), wrzucę fotkę Marszala - no i CIEKAWY LINK, kontynuując miniaturowy (no, nie w tym wypadku...) wątek "słynni prawdziwi bądź fikcyjni schizotymicy"... Wierzenia Heaven's Gate wcale nie były niczym oryginalnym, ludzkość przerabiała podobne filozofie od setek lat, a i tak przekonania ugrupowania stały się pośmiewiskiem. I jak tu nie mieć przekonania, że "prawdziwe" religie to po prostu świetne agencje PR-owe? Jak nie mieć choćby minimalnego wrażenia, że psychiatria & psychologia funkcjonuje przede wszystkim jako narzędzie kontroli społecznej? Janowi Pawłowi II nikt "wystarczająco poważny" nie śmiał zarzucić, że - także za sprawą swojej charyzmy i zdolności aktorskich - uskutecznia wiarę w picie krwi człowieka zmarłego ~2000 lat temu, co miało skutkować osiągnięciem z tym zmarłym, a w sumie wciąż żywym, jedności. I to rzekomo nie są wcale komiczne wierzenia... A kogóż mamy tutaj? Staruszka z maskowatą twarzą, czymś bardzo typowym dla zaburzeń ze spektrum schizofrenii, którego wywodów trzeba słuchać z prędkością x1.25 albo x1.50, bo sadzi tak wielkie pauzy między zdaniami - może to właśnie za sprawą zjawiska blokowania myśli? Nie, to nie jest archetyp przywódcy kultu religijnego. Więc bezpiecznym jest pisać "O jaka beka z typa xd xd xd, statki kosmiczne LOL". Wracając do kwestii wierzeń... jakie to nienowoczesne elementy składały się na system filozoficzny "sekty"? Uwaga, bo napisałem to stylem wieś tańczy i śpiewa... - mit stworzenia, który bardzo podobnie brzmi w nauczaniu chyba wszystkich religii (kiedyś było "fajnie", ale weszliśmy w fazę "upadku" - Lucyfer / Ego / odrzucenie Ostatecznej Rzeczywistości, itp.). Punkt oczywiście wiąże się z... - motywem prawdy objawionej: oświeconego proroka / nauczyciela, który oferuje wiedzę zapewniającą "zbawienie" od takiego porządku rzeczy, bo nadchodzi... - motyw "końca czasów" przemieszany z motywem naturalnej cykliczności zjawisk (ostatnia szansa, by ewakuować planetę Ziemię, zanim rozpocznie proces oczyszczania - przy czym Applewhite zaznaczał, że nie chodzi o ziemski sposób liczenia czasu) - obecny jest gnostycyzm, ale taki ciekawie zmodyfikowany (świat & człowiek będącymi dziełami "złych konstruktorów - w tym przypadku wysoko rozwiniętych istot, które właśnie upadły", przy czym HG nie gardzili w typowy sposób materią - Królestwo Niebios było jak najbardziej fizyczne) - skoro gnostycyzm, to i oczywiście prawdziwe chrześcijaństwo - odrzucenie świata, "Ludzkiego Królestwa" i wszystkich jego zabawek, wraz z zostawieniem "grzebania umarłych innym umarłym" (Ten, kto kocha swoje życie, traci je, a kto nienawidzi swego życia na tym świecie, zachowa je na życie wieczne). - antynatalizm, ale wciąż w ramach takiej chrześcijańskiej retoryki (ludzie są zainteresowani rozszerzaniem "Ludzkiego Królestwa" z całym durnym, ludzkim porządkiem; dokonują aktu okrucieństwa powołując do tegoż Królestwa potomstwo, które zmuszane jest do utrzymywania statusu quo) - powiązane z gnostycyzmem motywy, nazwijmy to "buddyjsko-ezoteryczne": członkowie HG nie chcieli służyć jako naczynia dla "obcych dusz-konstruktorów" które nie przeżyłyby bez fizycznej formy, nie mogąc więc rozszerzać Ludzkiego Królestwa, przy czym termin "dusza" służył wyłącznie ułatwieniu zrozumienia przekazu. Stąd też człon "buddyjski" - HG hołdowali w pewnym sensie niedualistycznej optyce, topos "przejęcia ciała przez potężną, lecz wciąż bardzo prymitywną istotę, głodnego ducha (marę)" obecny jest w tradycji buddyjskiej od starożytności. Samobójstwo, a w sumie wcale nie śmierć, a Wzniesienie się na poziom ponadludzki, Poza Ludzkie Królestwo w tym konkretnym dniu w 1997 roku, miało ocalić członków HG przed staniem się tym czymś, co buddyzm określa właśnie marami - głodnymi duchami. Staliby się dokładnie tym, czym gardzili, budowniczymi Królestwa Ziemskiego. Oni określali to oczywiście inaczej, ale coś dużo tu podobieństw w "nauczaniu". - skoro samobójstwo, to i motyw pesymizmu musiał być obecny. Pogarda wobec człowieka zajmującego się jednocześnie destrukcją i przedłużaniem życia, z toksyczną, niereformowalną naturą... co łączy się z motywem "czasów ostatecznych". - no i wątek, nazwijmy to, science-fiction: przelatujący statek kosmiczny mające zabrać "dusze" na planetę wolną od ziemskiego statusu quo. Ten element to najczęstszy obiekt kpin zewnętrznych obserwatorów. Powiązany z motywem "prawdy objawionej". Ufff.... a i tak w mojej pisaninie zawarłem dużo uproszczeń. A jaka była "prawda" stojąca za tym wszystkim? Coś takiego nie istnieje, nieważne jak niektórzy chcieliby sobie uzurpować. Jedna z interpretacji brzmi tak:
  5. Więc chyba jednak można odhaczyć punkt 1 - "głosy komentujące". Z tymi "głosami" to w ogóle jest tak, że to szczególne doświadczenie nazwano jak nazwano z braku lepszych określeń: Głosy i myśli w psychozie: wprowadzenie Są schizofrenicy (no i także niestety psychiatrzy) którzy postrzegają implantację obcej myśli / komentarza / koncepcji jako w pełni akustyczne doświadczenie, ergo głos komentujący. Przy czym są i tacy chorzy, którzy autentycznie słyszą głosy, niczym nie różniące specyfiką od "normalnych" (tak jakby ktoś stał za uchem i uprawiał monolog itd.). W takim przypadku smutek "bytu" próbowały stać się automatycznie TWOIM, jako coś narzuconego, nie podlegającego uwarunkowaniom sporu. Może się mylę, to co opisałeś pasuje bardziej do mocarnego konfliktu neurotycznego (chodzi wyłącznie o punkt 8 z tą konkretną specyfiką). "Normalni" ludzie też są w ciągłym konflikcie z pewnym bytem - który nazywa się superego (czyli wewnętrzny pan wychowawca walący po łbie kodeksem z nakazami i zakazami). I różnica między schizofrenikami / schizotymikami a "normalnymi" w kontekście superego, jest taka, że dla tych pierwszych to coś kompletnie poszatkowanego, rozbitego - nawet we własnym obrębie - na autonomiczne "wiązki", które w pewnym sensie zyskały własną (pseudo)świadomość. No i manifestują się te konstrukty w postaci właśnie czegoś-kogoś narzucającego obce lub "obce" myśli / uczucia / żądania... albo wręcz przeciwnie, myśli i uczucia będą tak "naturalne" i tak intensywne, że w końcu wywołają bunt reszty "psychicznych organów" z obawy przed zagarnięciem całego "organizmu". W końcu zaczynasz postrzegać siebie samego nie jako konkretną istotę, a pole bitwy kretyńskich idei albo naczynie, z którego cały świat uczynił śmierdzący ustęp. I na tym polega właśnie istota DEZINTEGRACJI. Zabawne (ironiczne?), że według Georga Hegla właśnie cały sens rzeczywistości zawarty jest w "idei manifestującej się w ciele / naczyniu (aż idea samą sobą się nasyci)". I chyba miał rację. Co z tymi drugimi? Zdrowi, trzymają swoje superego na łańcuchu, który skracają albo wydłużają w zależności od okoliczności. przy czym - co najważniejsze, cały czas pozostają w zgodzie ze sobą (z innymi segmentami jaźni). Nie czują, że obcują z jakąś dziwną siłą czy dziwnym intrapsychicznym konstruktem. Są ZINTEGROWANI.
  6. Mistrzostwo. ZSRR nie uprawiało ludobójstwa, tylko porwane przypływem szlachetności uwalniało lud robotniczy od obrzydliwych kapitalistów i obszarników, III Rzesza nie podpaliła świata, tylko broniła cywilizację łacińską przed barbarzyńcami... i w miłości ("mniejszej" albo "większej") też jest miejsce na takie propagandowe zagrywki? W takich toksycznych tematach (kiedy dyskusja ma ZAWSZE taki sam przebieg) w sumie nie udzielam się, przylazłem tutaj zmotywowany doświadczeniem kolejnej, zaledwie 819887431229 próby trywializacji pojęcia KLINICZNEJ DEPRESJI. Nie chodzi o to, że "nie można" popełnić samobójstwa (a czytam, że OP nosi się z takim zamiarem) nie cierpiąc na kliniczną depresję - po prostu, że tak to ujmę, oddajmy w końcu Bogu to co boskie, cesarzowi - co cesarskie. Autor tematu może być ekstremalnie nieszczęśliwy i odczuwać utratę sprawstwa nad własnym losem - i nie odbieram mu ani grama przyprawiających o rozpacz o doświadczeń; klinicyści stawiają jednak sprawę raczej brutalnie: nie ma anhedonii - nie ma "prawdziwej" depresji. Optyka w stylu "Jeżeli nigdy nie będę miał szansy uprawiać seksu i w ogóle - popełnię samobójstwo" nie ma nic wspólnego z F32.1-F32.8.
  7. Wybacz impertynencję - raczej nie jesteś taką osobą. Wrażenie "czytania w myślach" =/= umiejętność odbioru sygnałów niewerbalnych... Zresztą, bardzo dobrym punktem odniesienia dla ewentualnej diagnozy zaburzeń schizotypowych, lepszym niż oficjalne kryteria diagnostyczne, będzie IMO lista pierwszorzędnych objawów schizofrenii wg. Kurta Schneidera: Głosy komentujące Omamy głosowe komentujące w trzeciej osobie działania chorego Głosy dyskutujące lub sprzeczające się Omamy dwóch lub więcej głosów dyskutujących lub sprzeczających się ze sobą Ugłośnienie (echo) myśli Słyszenie własnych myśli (jako głosów) Nasyłanie myśli Pojawianie się w obrębie własnych myśli myśli odbieranych jako cudze, obce, nasyłane przez inną osobę lub siłę Zabieranie myśli Poczucie, że inna osoba lub siła zabiera z umysłu chorego, wbrew jego woli jego myśli Rozgłaśnianie (przesyłanie) myśli Doznanie, że własne myśli stają się bezpośrednio jawne dla innych osób (rozgłośnione) Doznania zewnętrznego wpływu na wolę lub działanie Przekonanie i przeczucie, że inna siła lub osoba kieruje wolą i postępowaniem Doznania zewnętrznego wpływu na afekt Poczucie, że przeżywane emocje są emocjami innej osoby lub siły, albo przez nią kierowane Oddziaływanie somatyczne (owładnięcie) Doświadczenie głębokiego, obezwładniającego wpływu innej siły lub osoby na swoje ciało Spostrzeżenie urojeniowe Urojeniowa interpretacja prawidłowo spostrzeganego faktu, przedmiotu lub sytuacji Z zastrzeżeniem, że objawy te nie są aż tak silne i intensywne jak u schizofreników (a odnośnie schizofreników - nawet nie wszyscy w stanie psychozy przechodzą do tzw. fazy apokaliptycznej). Omawiamy jednak wciąż produkty zaburzenia, nie jego esencję. A tą jest brak granic ego, ew. mocno "przepuszczalne" granice ego. Więc... "dyskomfort w sytuacji kiedy jest się sam na sam z dziewczyną, bo można coś głupiego palnąć" to bardzo słabe kryterium zaburzeń ze spektrum schizofrenii.
  8. U obrazie choroby schizotymiczek więcej jest cech nerwicowych, dodatkowo częściej dokonują prób samoleczenia za pomocą substancji psychoaktywnych. Lekka dygresja: w "tym słynnym teście co to jest chyba 600 pytań", czyli MMPI-2, schizotymicy najczęściej uzyskują kod 2-7-8 (albo jego wariację), czyli "żyłują" w skalach Depresja (wiadomo) - Psychastenia (mierzy ogólne poczucie lęku i dyskomfortu) - Schizofrenia (mierzy m.in. możliwość strukturalnego uszkodzenia tożsamości). Test zawiera też skalę 5 - identyfikację z rolą płciową: w przypadku wysokiego wyniku w kontekście kobiet-schizotymików (wysoka pasywność / podległość), będą one dodatkowo pozwalać otoczeniu na dokonywanie aktów przemocy (szeroko pojętej) wobec siebie. I jeśli dojdzie do konfrontacji ze specjalistą, to prawie pewne że wystawi diagnozę borderline, a nie STPD. W końcu to najbardziej "babskie" zaburzenie, w dodatku border funkcjonuje wygodnie w światku psychiatryczno-terapeutycznym także jako śmietnik diagnostyczny za sprawą swojej specyfiki: trochę psychozy, trochę zespołu lękowego, trochę manii, trochę depresji... Efekt potwierdzenia umiera ze śmiechu, czego jednym z dowodów jest np. fakt, że 61% pacjentów na oddziałach dziecięcych otrzymuje właśnie etykietkę borderline. Sprawę komplikuje jeszcze coś innego: w amerykańskim DSM "można" mieć zaburzenia schizotypowe i cechy innych zaburzeń osobowości... no i nie jest to efekt błędnych założeń: Zaburzenia tożsamości, poczucie pustki, granice spektrum z zakresu schizofrenii. Gorąco polecam przeczytać całość (pół żartem - dopiero teraz specjaliści takie wnikliwe rzeczy piszą? Całą ich uwagę pochłonęli narcyzi i socjopaci?), na zachętę trochę potłumaczyłem... Amanda, 23 lata, matura z dobrymi wynikami. Od czasu egzaminów zaczęła odczuwać ambiwalencję odnośnie przyszłej edukacji i porzucała kolejne kierunki studiów. Mieszka w internacie, obecnie przebywając na zwolnieniu lekarskim. Do placówki psychiatrycznej została przyjęta rok wcześniej po drugiej próbie samobójczej. W chwili mówiła o swojej tendencji do działania pod wpływem impulsu, wspomniała także o aktach samookaleczenia. Czasami odczuwała agitację i niepokój względem trudności w relacji interpersonalnych. Była przygnębiona, pozbawiona energii, płakała bez wyraźnego powodu, nie uczęszczała na zajęcia. (...) W okresie dojrzewania doznała niejasnego wrażenia, że jest „bystrzejsza” od reszty ludzi. Nie uważa się jednak za bardziej inteligentną, spekuluje zaś, że miała lepszy wgląd odnośnie ludzkiej natury. To wrażenie odmienności być może wyewoluowało w „bańkę”, przez co Amanda nie czuje się prawdziwą częścią świata. Nie ma pojęcia kim jest. Kiedy przychodzi jej opisać siebie, jedyne przymiotniki jakich używa to „leniwa” i „energiczna”. Nie potrafi wskazać jakichś specyficznych osobistych wartości, preferencji, zainteresowań. Jej „osobowość” przejawia się wyłącznie w rolach jakie zdecyduje się przyjąć. Kiedy patrzy w lustro, czasem ma wrażenie, że widzi obcą osobę. Podobnie jej uczucia i myśli stają się w pewnym sensie anonimowe i „wolno płynące”, jakby nie należały do niej. Opisuje też swoje wspomnienia jako odseparowane od niej samej, jakby doświadczenia dzieciństwa należały do kogoś innego. Zastanawia się czy jest transseksualistką, może też źródłem problemów z tożsamością jest to, że po prostu nie urodziła się chłopcem. Rozważa także kwestię możliwego nieuświadomionego homoseksualizmu (bo pod względem seksualnym interesują ją tylko mężczyźni). Planuje konsultację z jasnowidzem odnośnie lepszego pojmowania siebie samej. Jej brak poczucia tożsamości owocują w pewnym sensie pustką: „we mnie nic nie ma, nic w sensie duszy bądź czegokolwiek”. Tę pustkę opisuje jako „czarną dziurę” i „przepaść” w rejonie klatki piersiowej. Odczuwa tę przepaść w bardzo konkretny sposób, precyzując jej rozmiary. „Wyrwa” zdawała się być mniejsza, kiedy była w relacji z chłopakiem, ale wciąż istniała. Wtedy spróbowała relacji z dwoma partnerami naraz, ale to też nie pomogło. Teraz zastanawia się, czy dokooptowanie kilku kolejnych mogłoby sprawić, że pustka zniknie. Poczucie pustki związane jest z wrażeniem, że Amanda nie czuje się jednością ze swoim ciałem. Opisuje ona je jako „narzędzie”, które służy „przemieszczaniu się z punktu A do B”. Myśli są w jej głowie; jej ciało jest puste. W szczytowych momentach tych doświadczeń odczuwa bolesny niepokój i lęk, bez autonomicznych objawów. Opisuje swoje „ja” w zwarty sposób, niczym „płynną masę”, niczym „płynny zarys” na wietrze – nie jako kompletną osobę. Raportuje że jej "JA" jest tak rozmyte, że czasem odnosi wrażenie, że nawet nie może umrzeć – ponieważ nie istnieje „rdzeń”, który mógłby gwarantować ewentualne „wykluczenie z gry”. Gdy Amanda idzie po ulicy, zastanawia się, czy ludzie patrzą się na nią właśnie dlatego, że dostrzegli, iż jest pusta. U pacjentki zdiagnozowano zaburzenie osobowości typu borderline z racji zaburzenia obrazu tożsamości, z brakiem jasno zaznaczonych celów, poczuciem pustki, niestabilności afektu i nastroju, aktów samookaleczenia i dysfunkcji na poziomie relacji interpersonalnych. Epizody depresji stoją w zgodności z diagnozą zaburzenia typu borderline. (…) Jednakże przypadek Amandy spełnia także kryteria schizotypowego zaburzenia osobowości. Jasne staje się, że najważniejszym elementem obrazu klinicznego jest zaburzenie tożsamości, wpływające na życie osobiste i proces edukacji. Ewidentnie przejawia się ono na poziomie konstruktu, który nazwaliśmy indywidualną narracją, czegoś przejawiającego się w ten sposób, że Amanda nie ma osobistych preferencji czy zainteresowań, ani nie wyznaje konkretnych wartości. Jej problemów nie można jednak lokować wyłącznie w obszarze narracyjnym, lecz przede wszystkim na bardzo podstawowym, strukturalnym poziomie doświadczenia. Przykładowo – pacjentka doświadcza zanikania „obecności przez siebie”: nie ma żadnych trwałych i znaczących odczuć odnośnie „ja / ja-siebie / ja-moje”. Wyraża fundamentalną (ontologiczną) różnicę względem innych („Anderssein”). Jej pierwszoosobowa perspektywa została zniekształcona z racji postępującej anonimizacji procesów myślowych i wspomnień, co w końcu zaowocowało wymazaniem cechy „własności”. Jej ambiwalencja i brak kierunku w życiu, które manifestują się na poziomie narracyjnym osobowości, są naszym zdaniem związane z jej przytłaczającym poczuciem redukcji „obecności przez siebie”, a nawet istnienia jako-takiego. Przypadek ten tyczy się właściwie pojęcia utraty generalnego znaczenia „bycia” (pacjentka czuje się jak ciecz / płynna masa / niewyraźny zarys czegoś). Z tej perspektywy jasnym staje się fakt, że te zaburzenia sfery narracyjnej są produktem głębszego, strukturalnego zaburzenia, wraz z całym bagażem niestabilnego obrazu tożsamości i odczuć względem jej samej. Uszkodzenie rdzenia tożsamości w kolejnych stadiach włącza do kieratu motyw „uprzestrzenienia” doświadczenia (Amanda może wskazać miejsce w swoim ciele, gdzie konkretnie odczuwa brak duszy), motyw braku niezakłóconej jedności z sobą samą i motyw fizycznej dyslokacji – cięła się motywowana anhedonią i z racji wrażenia, że jej ciało jest martwe. Tok myślenia Amandy ujawnia tolerancję wobec sprzeczności (opisywała siebie jednocześnie jako „leniwą” i „energiczną”) i logikę na granicy rozumowania psychotycznego (wzrastająca liczba partnerów miałaby zmniejszać poczucie pustki). Podsumowując, pacjentka demonstruje szereg bardzo charakterystycznych cech właściwych zaburzeniom ze spektrum schizofrenii (...)
  9. Naprawdę tak płytko postrzegasz gospodarkę? Istnienie czarnej / szarej strefy to efekt chorego, nieefektywnego systemu politycznego - ludzie płacą za państwowe usługi z których nigdy nie skorzystają, a jeśli skorzystają to mają pewność, że jakość tychże usług będzie stała na wątpliwym poziomie. To rodzi frustrację, przynajmniej pod naszą szerokością geograficzną. I nawet jeśli nie pracują legalnie, to wciąż przecież np. kupują towary obciążone VATem (no chyba że częstują się wyłącznie wódką z przemytu - ale ile jest takich osób?), który jest głównym źródłem dochodu pozwalającego na funkcjonowanie struktur / organizacji rządowych. Ja nie jestem przeciwny ogólnie redystrybucyjnej roli państwa - ale bardzo daleko mi do komunistycznych idei. O, o to chodzi - przyjęcie takiego kierunku. 500+ to kosztowna kiełbasa wyborcza - ludziki dostają pieniążki "do rączki" od dobrego wujka-polityka, więc w dniu wyborów odwdzięczą się mu właściwie, właśnie za tę "widoczną" pomoc. Ale przecież politycy mogliby zdjąć VAT z artykułów dziecięcych - i wskaźniki dzietności by z pewnością podskoczyły - lecz takie rozwiązanie nie wyczerpuje kiełbasianych znamion - oszczędności "nie widać", wtedy też wyborca dochodzi do wniosku, że TE POLITYKI NIC NIE ROBIO i nie odda głosu na darczyńców. Nie przekona podatnika też, że drugie rozwiązanie jest dużo mniej kosztowne w implementacji - nie ma potrzeby powoływania urzędnika (który przecież pobiera od podatnika osobną pensję tytułem tego, jak pieniądze tegoż podatnika wydaje...) decydującego, czy dana rodzina łapie się na ten program socjalny. Ale z pozostałą zawartością posta @spinoo "trochę" się nie zgadzam... Ech, serio? Takie "kołczingowe" teksty na TAKIM forum, gdzie udzielają się także ludzie, którzy nawet nie wyjdą z domu bez uprzedniego zażycia wiadra leków? Gdzie udzielają się osoby, które po latach KOSZTOWNEJ terapii (a im bardziej zaburzony człowiek, tym gorzej w społeczeństwie funkcjonuje, więc zarabia słabo albo w ogóle) dopiero zaczynają funkcjonować jak właśnie ci tzw. normalni, "dorośli" ludzie? Gdzie udzielają się użytkownicy znajdujący się w fatalnej sytuacji społeczno-rodzinnej, która skutkować będzie sabotażem nawet najszczerszych prób zmiany swojej sytuacji? Wystarczy przestać się rozczulać nad sobą - Paulo "Hardcore Conqueror" Coelho. Zdrowie psychiczne wlicza się w zakres publicznej opieki medycznej? Uprzejmie wydajesz dyspozycje odnośnie Twoich ciężko zarobionych pieniędzy w celu leczenia "psychicznych"? Jeśli tak, to w jakim zakresie? Koszty podania 1000 mg pernazyny po której zażyciu pacjent śpi 23 godziny na dobę zamkną się w granicach akceptacji? A co ze znacznie droższą psychoterapią, które może zdziałać cuda... albo wręcz coś przeciwnego, jeśli terapeuta na NFZ okaże się olewusem / szarlatanem - finansujemy? Czy może się nie szczypiemy i organizujemy akcję T4, usuwając pasożyty ze społeczeństwa (złamałem prawo Godwina, ale co tam...)?
  10. Psychopaci / sadyści / psychopatyczni sadyści też rzekomo istnieją tylko w filmach. Błagam. Dzieciństwo to okres, w którym chłonie się toksyczne wpływy otoczenia jak gąbka, więc w jakiej innej fazie samoocena ma najwyższe szanse paść na ryj (dorosły przecież nie podda się tak łatwo indoktrynacji, jeśli będzie jej ewentualną ofiarą)? Wtedy pierwsze skrzypce w formowaniu własnego ja gra kombinacja dwóch motywów: słynnej niezapisanej karty, na której wszyscy mogą nabazgrać piramidalne bzdury, które zaczynają "procentować" niemal natychmiastowo i egocentrycznej, właściwej dziecku "zwierzęcej" optyki - tak jak dzikie zwierzę - w pewnym sensie zamyka w sobie cały świat, więc jest przekonane że wszystko, co się w tym świecie rozgrywa to jego wina i udział; wilk niczego nie upoluje = będzie chodził głodny i "wie", że nie może szukać winnego tej sytuacji poza sobą... i identyczne podejście ma dziecko. Tyle, że to podejście nie sprawdza się w przypadku znacznie bardziej złożonych istot, obdarzonych samoświadomością, żyjących w ekstremalnie skomplikowanym systemie społecznych zależności. Nie ma "odgórnie" wrażliwych dzieci (więc wrażliwych dorosłych też nie...)? "Naukowy" termin na określenie tego, co potocznie nazywamy wrażliwością to wysoki poziom przetwarzania sensorycznego, który występuje u 15-20% populacji. To ma być bardzo mało? A jak to się ma to wszystko do osobowości unikającej... No cóż. Są badacze którzy uważają, że zaburzenie tworzy miks właśnie wysokiego poziomu przetwarzania sensorycznego i wpływów dysfunkcyjnego środowiska - spekulacje tyczą się także borderline, jednak z uwzględnieniem specyfiki doświadczeń: KLIK Zaś z tą częścią Twojego posta... ... się zgodzę. Chociaż ten osąd powinien uwzględniać odseprowanie gnojów, którzy mają bardzo poważne zadatki na prawdziwą psychopatię od "zwykłych" debili, którzy po prostu nie ogarniają co robią - z czystej bezmyślności. Wiem, że w tej chwili upraszczam - tutaj w sukurs wchodzą oddziaływania neuronów lustrzanych odpowiedzialnych za empatię i jeszcze kwestia mechanizmów obronnych, takich jak na acting out-acting in oraz przemieszczenie - których stosowanie nie czyni z automatu psychopatą / sadystą...
  11. Dla efektu i tak powtórzę, bo znam odpowiedź (poniżej...): I ta kobieta myślała, że nocny seks na parkingu z jakimś anonimem to preludium do tzw. PRAWDZIWEJ MIŁOŚCI? No oczywiście. W przypadku takiej kobiety jej dramat wynika z "chorych mizoginistycznych trendów". Ona nie nie była niedojrzała / zaburzona; nie była wcale przypadkiem kwalifikującym się na ewentualną terapię, prawda? W jej przypadku nie można było zastosować ekstremalnie popularnej psychologicznej koncepcji pt. "problem jest tak naprawdę w tobie, a nie w innych - więc możesz to zmienić"? A tak w ogóle - seks "dopuszczany" w ramach wyłącznie tzw. normalnego, konserwatywnego, nierozerwalnie powiązanego z "miłością" związku to nie jest rzecz, z którą przypadkiem walczą feministki? Dalej: niezobowiązujące spółkowanie to jakiś exclusive dla kobiet, które "wyzwoliły się od patriarchalnego panowania"? Wiadomo - jeżeli kobieta w ogóle uprawiała seks (nieważne czym motywowanym) = dziwka. W takim razie jest więc tylko "przechodzoną", podłą istotą poślednią; potencjalnie słabą żoną i matką, co nie? Przepraszam za mój post - w tych kretyńskich, obyczajowo-seksualnych tematach był to pierwszy pierwszy i ostatni. Z każdym dniem utwierdzam się coraz bardziej w przekonaniu, że to schizofreniczny system struktury społecznej w największym stopniu doprowadza ludzi do szeroko pojętego obłędu.
  12. Tego... buddyzm dość podobnie traktuje pojęcie śmierci - tyle, że taka optyka tyczy się też życia. W sumie więc wypadałoby wziąć te dwa terminy w cudzysłów. No "chyba trochę na pewno" ktoś tutaj stosuje mechanizm projekcji. Mocnej projekcji. Okej, mogę się teraz jednocześnie domyślać, że odwołujesz się do sposobu myślenia mocno patologicznych jednostek, lecz TO wciąż nie działa tak, jak opisujesz. Dla takiej jednostki WSZYSTKO działa na zasadzie pretekstu do toksycznego sposobu realizacji swoich równie toksycznych pragnień (więc gdzie tu miejsce na rzekomą niepoczytalność?). Realizuje patologiczne cele, a obiekcje superego ucisza właśnie tą "pretekstową" racjonalizacją, a kiedy trzeba - rozszczepieniem, czyli np. "za dużo wypiłem, więc tak się zachowałem - to nie jest moje prawdziwe ja".
  13. Takie raczej luźniejsze, ogólne (albo i nie) wnioski... Zaburzenie schizotypowe lokuje się gdzieś między tzw. pełną psychiczną integracją, a "totalną" schizofrenią. To jedna z najbardziej trudnych do leczenia chorób. Dlaczego? Schizotymicy "zdecydowali" się na gwałt - bezczeszczenie - profanację - dokonanymi na tym, co określa się jako własne ja. Zabawne to jest o tyle, że własne ja i tak zawsze pozostanie w sferze chorej abstrakcji. Tu nie chodzi tylko o błędną / prawidlową (zinternalizowaną) definicję choćby terminu pt. "miłość", a o fakt pełnego zniszczenia aparatu poznawczego mogącego odebrać i przetworzyć tę właśnie definicję. I tak samo jest z trywialnym, wspomnianym już "przesuń krzesło". Nie jest możliwe więc połączenie się ze światem, co mogłoby dostarczyć oczyszczającego "prawdziwego doświadczenia self" - albo chociaż namiastkę... Tożsamość to pogorzelisko, wysypisko, nędzne resztki. Co istnieje w takim razie? Tak jak opisywał to Theodore Millon - jest tylko i wyłącznie amalgamat podstawowych impulsów, pragnień, fragmentarycznych wiązek relacji i traum. Plan absolutnego minimum - wszystko to ma starczyć na nędzną mediację mocno podstawowych konfliktów. Jeżeli będą one bardziej złożone - cóż, witamy w stanie psychozy, czy raczej tzw. quasi-psychozy. Ale stan ten żadnej "złożoności sytuacji" nie wymaga i tak. Nie ma czegoś takiego jak self, bo strategia obronna "umysłu" uznała je za wroga, niczym choroba autoimmunologiczna: ZNISZCZ SIEBIE, ZDEMOLUJ, WYSADŹ, ROZBIJ NA JAK NAJMNIEJSZE CZĘŚCI. Jeśli mam być szczery - nie dowierzałem, że tak abstrakcyjne motywy, wyjęte jak gdyby z jakiejś powieści fantasy/s-f (na gruncie psychiki) mogą być aż tak rzeczywiste, tak namacalne w skutkach. Mózg, sieć neuronów manifestujących się w określony sposób, zaczyna najzwyczajniej wariować - i to bez wpływu narkotyków czy jakichś (wtórnych) traum... Pojawiają się derealizacje, depersonalizacje i ataki paniki, nawet bez żadnych zewnętrznych przyczyn - bo tak właśnie ten mózg broni się przed kompletną psychiczną anihilacją, którą dyktują właśnie "założenia" osobowości schizotypowej. Samobójstwo w tym wypadku staje się czymś niebezpiecznie logicznym - kto chciałby prowadzić obce życie obcego człowieka? Po co utrzymywać przy życiu pasożyta, który nieustannie rości sobie prawa do twojego ja? Jeśli schizotymik w ogóle zgłosi się na terapię, terapeuta musi być kimś w rodzajem geniusza - on musi w każdej minucie kontrolować, czy pacjent najzwyczajniej nie dokonuje sabotażu na ewentualnym postępie w terapii: przez ciągłe wypędzanie / odrzucanie tego czegoś, co miało być "odbudowaną" tożsamością.
  14. Chyba wiele innych osób uważa tak samo - i niestety, takie podejście to ślepy zaułek. "Psychiatryzacja" zła istniejącego w człowieku to zamiatanie problemu pod dywan i ewentualnie implikacja zastrzyku finansowego dla iluś tam instytucji. 96% przestępstw popełniane jest przez osoby zdrowe psychiczne, ale to nie przeszkadza w zwalczaniu obaw odnośnie np. sąsiada z "żółtymi papierami" - bo on w imię Szatana pozabija całą rodzinę albo co!!! RD Laing stawiał sprawę jasno: o wiele bardziej niebezpieczny dla otoczenia jest wyszkolony pilot bombowca działający w imię "wojny sprawiedliwej" (innych przecież nie ma, prawda?) niż schizofrenik przekonany, że nosi bombę w sobie. I żeby nie było - w pełni zdaję sobie sprawę, że świat nie składa się wyłącznie z barw czerni i bieli (a taki podział bardzo propagują politycy, przywódcy religijni i inni wpływowi szmaciarze). Ale dajmy na chwilę spokój "psychiatryzacji" zła - jeszcze ciekawszy jest casus "kulturyzacji" zła. Czy przymusowe wycinanie łechtaczek małym dziewczętom - i to jeszcze za pomocą np. brudnego kawałka szkła, to 1. Dowód choroby psychicznej? 1a) Jeśli tak, dlaczego jest ona powszechna i wcale nie przeszkadza w tzw. normalnym funkcjonowaniu? To przecież przeczy definicji "choroby psychicznej"? 2. Przejaw innej, normalnej kultury? 2a) Dlaczego ja, gardząc taką kulturą, staję się więc "niebezpiecznym, nietolerancyjnym psychopatą", a nie normalnym przedstawicielem jeszcze innej, normalnej kultury, którą wypadałoby przecież zaakceptować - w odróżnieniu od "choroby psychicznej"? 2b) Jak doprowadzić zatem do sensownej koegzystencji tak odmiennych, sprzecznych w założeniach kultur? Odpowiedź w stylu "taka już cena wolności" ma być wystarczająca? Post chyba zbyt dygresyjny.
  15. Neseir

    Depresja- fakty i mity

    A skąd. Oczywiście, że są rzeczy mogące sprawić przyjemność... które i tak nic (w końcu) nie zmieniają. To ważna cecha depresji atypowej, czyli anhedonia paradoksalna - co wyjaśnia, przynajmniej częściowo, przypadki typu "spotkał się ze znajomymi, bawił się, śmiał się, wrócił do domu i się powiesił". "Typowa" depresja z zahamowaniem psychoruchowym, z ekstremalnie stereotypowym "wpatrywaniem się w sufit" to właśnie mniejszość przypadków. I wcale też nie znaczy, że jest jakoś mniej "poważna" - by nie było. "Between 2–8% of adults with major depression die by suicide" No nie wiem - te procenty to chyba manifestacja ciężkiej depresji. Albo że "się im w dupie poprzewracało", jak to mówi Janusz Nowak. Ten drugi ma mocne dowody - KiedyśToByłyczne. Także powtarzam - nie wiem.
×