Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

kaleo

Użytkownik
  • Zawartość

    15
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    Czuję się jakbym nieustannie była na jakimś cholernym rollercoasterze emocji. Dół, góra, dół, góra i tak w kółko. Jak się wznoszę, to z przytupem, napalona na życie, jak szczerbaty na suchary. Trzy tysiące pięćset decyzji, pierdyliard dżuli energii w tyłku, ptaszki ćwierkają, jednorożce istnieją i ogólnie kroczę sobie po tęczy do krainy szczęścia. "I can do it" i inne motywacyjne hasełka. Później bęc. Bo jak już spaść, to z wysokiego konia, czy tam jednorożca. I wracamy do starych zwyczajów, do bezczynności, bezsilności, bezsensowności i innych bez. Rzygać się chce, serio.
  2. kaleo

    Jak się dziś czujecie-umiecie to opisać?

    Dziś pierwszy raz doświadczyłam "niacin flush" po kompleksie wit. B. Przez chwilę nawet myślałam, że w końcu zamieniam się w buraka z wyglądu, żeby dopasować się do bycia burakiem z charakteru. Ale jednak przechodzi. Zatem wracam do leżenia i odburaczania się, miłego dnia! PS. Założę się, że nie wiecie.... Co robi truskawka w dżemie? Drzemie.
  3. kaleo

    B12

    Jeżeli już decydować się na suplementację, to wybrać dobry, zmetylowany B kompleks, tak jak radził kolega wyżej. Metylokobalamina jest droższa od cyjanokobalaminy, ale jest najlepiej przyswajalną formą B12. Warto, czy nie warto oszczędzać, to już sam zadecydujesz. Czy taki poziom witaminy B12 może powodować psychozy? Szczerze wątpię. Lekką depresję? Tu już bardziej. W ogóle ciężko mówić, że zbyt niski poziom witaminy B12 może coś POWODOWAĆ akurat w Twoim przypadku. U pacjentów, u których nie działają leki winę może ponosić B12, ale powiedzmy sobie szczerze, że może to być jedna z wielu przyczyn. Nie polecam robić nagłego BUM, lecieć do apteki i nastawiać się, że przecież B12 wyleczy wszelkie zło tego świata. Nie mówię jednak, że nie pomoże. Dodatkowe wspomaganie farmakoterapii o witaminę B12 według mnie ma dużą zasadność. Tak samo jak wspomaganie kw. foliowym i witaminą D.
  4. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    Rozpędzona ciuchcia myśli i dylematów. Brać dziekankę, nie brać dziekanki, kończyć ten kierunek, czy nie kończyć, studiować i uczyć się do poprawy matury, czy tylko studiować, czy tylko się uczyć, czy może zostać ninja, czy jest taki zawód "profesjonalny zamartwiacz" i jaka jest stawka za godzinę, czy się urwać z tego wszystkiego, czy powiedzieć rodzinie "żegnam", czy dalej trzymać się czegoś, co nigdy rodziną nie było.
  5. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    Nie kliknęło. Szlag by to.
  6. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    U psychologa. Próbowaliśmy jednej metody, która skupiała się na negatywnych wspomnieniach z całego mojego życia i ich usuwaniu, dopóki psycholog nie zorientowała się, że głównym problemem jest moja relacja z rodziną, matką konkretniej. Rzadko które wzmocnienie na mnie działało, po dzisiejszym też nie czuję jak na razie żadnej różnicy, zobaczymy jak to będzie po fazie snu głębokiego, może coś kliknie, a może nie.
  7. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    Terapia idzie jak po grudzie. Mało co się udaje, nie mogę się skupić i w ogóle cholera by to wzięła. Wyprowadzka była prawie dwa lata temu, ale naprawdę ciężko się odciąć. Zrobię dwa kroki do przodu, spotkam się z rodziną albo wystarczy, że zadzwonią - krok w tył. Uciążliwe.
  8. kaleo

    "JĘCZARNIA"-czyli muszę się komuś wyżalić!

    Leczę się na depresje. Wszystko się poprawia, ale jestem DDD i z pewnymi rzeczami nie umiem się nadal pogodzić, czemu moja rodzina wygląda tak, a nie inaczej, czemu rodzice zachowują się tak, a nie inaczej. Złość mnie niszczy od środka. Zmieniacz czasu by się przydał, co to bym mogła przyspieszyć wizytę u psychologa, bo zaraz chyba wyrzucę mózg do kosza i wszystkie uczucia, które wreszcie zaczęły się wyłaniać z tej pustki. Dziwnie mi z nimi. Jestem skołowana. Po każdym kontakcie z rodziną wychodzę skołowana. jfnsuifnjnsddddddddddddddddddddddddddniwofnweio. Idę zaparzyć sobie meliskę.
  9. kaleo

    Ostrzeżenie: elaborat

    Jakim słowem mogłabym opisać swoje dzieciństwo? Niepokój. To uczucie, które spoczywało na moich barkach, kiedy zastanawiałam się, czy tym razem zrobiłam wszystko dobrze, czy będzie krzyk, czy też może mi się poszczęści. Nawet dziś, kiedy już z nimi nie mieszkam, a zjeżdżam do "domu" mam w zwyczaju zamieniać się w Sherlocka Holmesa i obserwować każdą najmniejszą zmianę emocji na twarzy mojego ojca, czy wsłuchiwać się w ton głosu matki, by wychwycić znajome "nieprzyjazne" tony. Nie zdążyłam dobrze przejść przez próg a już zastanawiam się "co się stało? czemu? czy to ja? co jest nie tak?". Kiedy czasem, na rodzinnych obiadach, zdarza nam się żartować, nazywamy moją matkę "wodzem" albo "sierżantem". Czarny humor, naprawdę. Na początku pani psycholog (leczę się na depresję) poprosiła mnie o wypisanie negatywnych wspomnień z dzieciństwa, na mojej liście pojawiło się zdanie "nie dogadywałam się z matką". Krótko, zwięźle. Mam w zwyczaju umniejszać swoje problemy. To całkiem zabawne, jak na końcu okazuje się, że przecież wszystko jest okej i co ja tutaj w ogóle robię, przecież przed blokiem czeka na mnie mój jednorożec, żebyśmy po tęczy udali się do Krainy Szczęścia. W końcu po przerobieniu na terapii kilku z moich wspomnień, spytała mnie o moje kłótnie z mamą. Roześmiałam się cicho. Zapytała: "Dużo ich było, prawda?", więc pokiwałam tylko głową. Było ich tyle, że jakbym miała spisywać kłótnie o każdą rozbitą przeze mnie szklankę, które kończyły się najgorszymi przezwiskami, to nie starczyło by mi zeszytu. Nie pamiętam tych wszystkich powodów, przez które łkałam po nocach, ale pamiętam krzyki i pamiętam to, jak się wtedy czułam. Mała, bezbronna, myśląca tylko o tym, by to się skończyło, by przestała, by zostawiła w spokoju. Paradoksalnie rodzice byli bardzo opiekuńczy. W domu nigdy nic nie brakowało, jedzenie i ubrania z górnej półki, zachcianki spełniane. Kiedy byłam nastolatką ojciec potrafił o 20 szukać mnie, żebym wróciła do domu, bo już późno, kiedy inne dzieciaki bawiły się po nocach. Na każdym kroku "Jadłaś coś? Na pewno? Chyba się nie odchudzasz?" albo "Masz szalik? Czapkę? Nosisz podkoszulek?" to obraz całkiem dobrego rodzica, prawda? Rodzice dużo pracowali, więc przez kilka lat opiekowała się mną sąsiadka. Kiedy wracali do domu byli zmęczeni, więc wytworzył się stały schemat - kolacja, telewizja, sen. W gimnazjum miałam pewne problemy z rówieśnikami, moją największą bolączką jest nadmierna wrażliwość, więc wszystko odbierałam pierdyliard razy mocniej. W końcu zaczęłam się odsuwać, uciekać w internet, fikcyjne znajomości, bo wydawało mi się, że tylko tam, chociaż w małym stopniu, ktoś mnie rozumie. Byłam uzależniona, bo inaczej nie można tego nazwać, kiedy wstaje się o 6 rano, żeby przed szkołą szybko zdążyć sprawdzić wiadomości, na niektóre z nich odpisać, później po powrocie całe popołudnie spędza się w swoim wirtualnym świecie, aż wybija 20, książki na stół, wracają rodzice. Krótka rozmowa, wspólna kolacja, a później kierunek pokój, bo mam tyle "nauki". I tak do nocy. Rodzice o niczym nie wiedzieli. Udało mi się ukrywać przez około 3 lata, aż mama wzięła do ręki mój telefon i zobaczyła sms, w którym napisałam, że chciałabym umrzeć. Odbyło się więc przesłuchanie i konfiskowanie wszystkich elektrycznych urządzeń, które posiadałam. Wmawiałam sobie, że nasze kłótnie są "normalne", ale to szybko mijało, kiedy kolejny raz usłyszałam od niej, że jestem jebn.ięta, że jestem popier.doleńcem, krową, judaszem, antychrystem. Niektóre z tych epitetów były na porządku dziennym. Nigdy nie zrozumiem, jak można nazwać tak swoje dziecko. Nigdy. Wypełnia mnie tyle złości, kiedy o tym pomyślę. Mimo moich ucieczek w internet (po odzyskaniu sprzętu) zawsze miałam dobre oceny. Bardzo dobre. Średnia 5,2 przez całe gimnazjum i całe liceum. I nie mówię tego, żeby się pochwalić. Uczyć mi się nie chciało, wszystko odkładałam na ostatni moment i kiedy miałam nóż na gardle łapałam za książkę i kułam jak szalona. Ze strachu głównie, bo co by mama powiedziała. Ta myśl pojawia się i teraz: "A co by mama powiedziała?". Wszystko musiało być przez nią zatwierdzane. Rano, przed pracą, kiedy ja szykowałam się do szkoły, wybierała, co mam ubrać. Nie znosiła sprzeciwu, nawet kiedy coś mi się nie podobało. Nawet mały pomysł z mojej strony, na jakąś drobną zmianę, na coś innego, potrafił kończyć się niezłą kłótnią. Więc przestałam mieć pomysły. Nie, to złe określenie, przestałam mówić o nich głośno. Kiedy koleżanki pytały, czy mogą do mnie wpaść, zbywałam je słowami, że coś mi wyskoczyło, a tak naprawdę robiłam wszystko, by nie zapytać mamy, bo wiedziałam, że pytanie mamy o niektóre sprawy kończy się źle. Nauczyłam się, o co można pytać, a czego dla własnego dobra lepiej nie poruszać. Mama przez długi czas była nastawiona bardzo anty na wszelkie wizyty u koleżanek, o ich wizytach u nas sama nawet nie myślałam. Nauczyłam się tłumić wszystko w sobie. Czasem się śmieję, że jakby odjąć wspomnienia z dzieciństwa, to rodzice wiedzą o mnie tyle, co znajoma ze studiów, z którą nawet nie jestem w grupie. Nie było u nas pytań o samopoczucie, o to jakiej muzyki lubię słuchać, co czytam, dlaczego lubię to, a dlaczego nie lubię tamtego. Nie chodziliśmy na spacery, nie spędzaliśmy wspólnie czasu, każde robiło swoje. Osobno. Relacje moich rodziców można opisać na dwa sposoby "Kłótnia za to, że oddycha" i "Oziębła akceptacja". Siedziałam w pokoju i słuchałam tych wszystkich wyzwisk, którymi się obdarowywali i które sprawiają, że mam ochotę coś zepsuć. Mama nauczyła mnie sprzątać. Pedantycznie. Więc codziennie odkurzałam, wycierałam kurze, podłogi, kafelki, parapety (szczoteczką do zębów). Kiedy wracała, a akurat nie była w nastroju, krzyczała na mnie, że mieszkanie wygląda tak, jak przed jej wyjściem i co ja robiłam cały dzień. Jako nastolatka kipiałam złością. Wynikała ona z kłótni i z tego, co działo się po nich. Mama miała w zwyczaju zmieniać moje słowa i usuwać swoje, kiedy opowiadała siostrze, babci, cioci, wujowi stryja rudego kuzyna psu, jak źle się zachowuję i ile kłopotów przynoszę naszej rodzinie. Wycinała wszystkie obelgi, które rzucała pod moim adresem, a z moich wypowiedzi, wybierała te najgorsze, podrasowując je przy tym kilka razy. Na początku próbowałam przepraszać. Próbowałam, bo większość z moich prób kończyła się kolejnymi krzykami i wałkowaniem na powrót tego samego. Większość przeprosin odrzucała, czasem je wyśmiewała i mnie też. Wyśmiewała mój płacz, kiedy dusiłam się łzami i szlochałam tak głośno, że pół bloku słyszało, potrafiła powiedzieć "O patrzcie, jaka wrażliwa się teraz zrobiła!". Nigdy nie podeszła do mnie i powiedziała "Nie płacz, będzie dobrze, jest w porządku". Właściwie nawet nie musiałaby tego mówić. Wystarczyłoby, żeby wyciągnęła dłoń. Strasznie mi czegoś takiego brakowało i nadal brakuje. Kiedy zabierała mnie na zakupy, wydawała na mnie naprawdę duże sumy. Później, kiedy już siedzieliśmy w samochodzie, z masą toreb upchanych w bagażniku, odwracała się i mówiła "Widzisz, jak masz z nami dobrze? A Ty jesteś dla nas taka niedobra." Mam siostrę sporo ode mnie starszą. Kiedy dorastałam miała już własne życie i nie mieszkała z nami, ale mama wpłynęła też i na nią. Nie potrafi podejmować decyzji. Z każdą drobnostką dzwoni do mamy, mama musi wszystko zatwierdzić, jej słowo jest świętością, mama, mama, mama. Łapię się za głowę, kiedy to słyszę, bo jeśli o mnie chodzi, to mama nawet nie wie, że mam depresję. Wie, że na studiach radzę sobie dobrze (tak jej odpowiedziałam), w związku jest dobrze, a z koleżankami jest, nigdy nie zgadniecie - dobrze. Nie wie, że bałam się ludzi, że miałam ataki paniki, że potrafiłam przez dwa tygodnie nie wychodzić z domu, że zastanawiałam się, jak to jest zasnąć, tak na dobre, że ja sama nie wiem, kim tak naprawdę jestem, co chcę robić, że myślę, że ktoś tam na górze stworzył mnie na próbę i zapomniał wyłączyć, że czasami czuję pustkę tak wielką, że można się w niej zgubić a z drugiej strony przepełniają mnie emocje, z którymi za Chiny ludowe sobie nie radzę. Na potrzeby naszych relacji stworzyłam obraz, który im przedstawiłam. Jestem chyba całkiem dobrym reżyserem, sama decyduję co i kiedy ujawnić. Od ostatniej wizyty u psychologa myślę o naszych relacjach coraz częściej, a jeszcze jakiś czas temu, był to dla mnie temat tabu. Pani psycholog powiedziała mi pewne słowa, które nie dają mi spokoju "A może Twoja mama nie umiała kochać? Może nikt jej tego nie nauczył?" Mogłabym taki pisać w nieskończoność, jest jeszcze kilka tematów, które leżą mi na sercu, ale na tym skończę, bo ileż można przynudzać. Pozdrawiam wszystkich śpiochów, którzy nie wytrzymali i teraz smacznie ślinią sobie klawiaturę, ale też tych wytrwałych, którzy włożyli sobie zapałki między powieki, żeby wytrzymać i przeczytać to coś, co nazywam swoim małym, prywatnym szambem.
  10. kaleo

    Jak się dziś czujecie-umiecie to opisać?

    Dobrze. Po prostu... Dobrze. To takie fajne uczucie, czuć się dobrze. Czuć, jak ten gruby kokon, którym tak dokładnie się owinęłam zaczyna powoli pękać. Może nie jest to zawrotne tempo, ale o dziwo nigdzie mi się nie spieszy. Nie będę zachłanna, chcę czuć, to wystarczy.
  11. kaleo

    Jak się dziś czujecie-umiecie to opisać?

    Wszystko się rozmywa, czas ucieka między palcami, kiedy czuję, jakbym stała w tym samym miejscu, nie robiąc kompletnie nic.
  12. kaleo

    Wyraź siebie poprzez obrazek.

    [attachment=0]tumblr_odxu31Dbca1s1uo1ro1_540.png[/attachment] dentist: open up please me: sometimes i get sad
  13. kaleo

    Hej.

    Z tej strony Lena. Lena, której cholernie ciężko jest w kilku zdaniach opisać, co jej tam w duszy gra i przedstawić streszczenie swoich "trudnych spraw" i pisała ten wstęp prawdopodobnie tryliard razy, aż backspace prawie się wytarł. Znacie ten typ człowieka, który przy pierwszym spotkaniu wydaje wam się być niemową i zastanawiacie się, co ciekawego stało się z jego językiem i zdolnością artykulacji, a kiedy poznacie go bliżej otwiera się bezbrzeżnie i wtedy zastanawiacie się, jak taka mała osoba może tyle mówić i gdzie to się wszystko mieści? Ja w pigułce. Nie gwałtu, całe szczęście. Znacie też pewnie ten typ, który, kiedy się denerwuje i chce przełamać lody, przeistacza się w marną imitację Kryszaka. Czasem śmieję się z siebie, że jestem jak słoik, a moje problemy są jak ogórki, które muszą się porządnie kisić, zanim je otworzę. Czy za idiotyczny wstęp mogę dostać bana? Pozdrawiam.
  14. kaleo

    Hej.

    Z tej strony Lena. Lena, której cholernie ciężko jest w kilku zdaniach opisać, co jej tam w duszy gra i przedstawić streszczenie swoich "trudnych spraw" i pisała ten wstęp prawdopodobnie tryliard razy, aż backspace prawie się wytarł. Znacie ten typ człowieka, który przy pierwszym spotkaniu wydaje wam się być niemową i zastanawiacie się, co ciekawego stało się z jego językiem i zdolnością artykulacji, a kiedy poznacie go bliżej otwiera się bezbrzeżnie i wtedy zastanawiacie się, jak taka mała osoba może tyle mówić i gdzie to się wszystko mieści? Ja w pigułce. Nie gwałtu, całe szczęście. Znacie też pewnie ten typ, który, kiedy się denerwuje i chce przełamać lody, przeistacza się w marną imitację Kryszaka. Czasem śmieję się z siebie, że jestem jak słoik, a moje problemy są jak ogórki, które muszą się porządnie kisić, zanim je otworzę. Czy za idiotyczny wstęp mogę dostać bana? Pozdrawiam.
×