Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Yvaine

Użytkownik
  • Zawartość

    261
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. I to jest chyba sedno sprawy. A przynajmniej im dłużej nad tym myślę, tym bardziej mam takie wrażenie. Pojechałam do niego na weekend. Myślałam, że skoro tak mu źle, to będziemy rozmawiać, spędzać ze sobą czas, może gdzieś się razem wybierzemy, żeby do świata i ludzi wyjść. Ale nie, on wolał się spić. A następnego dnia mieć do załatwienia sprawę i wybyć z domu, tak że wrócił jakąś godzinę przed moim odjazdem. Wydaje mi się, że muszę zaakceptować taki stan rzeczy, dopingując go przy tym do wyjścia na prostą. I pamiętać, że moje zamartwianie się nic tu nie da. Al;e kurcze, serce mi się kraje... To w końcu ojciec, a przy tym jedyny rodzic, jaki mnie "chce". To akurat robię - wie, że jest dla mnie ważny itd. Wsparcie od najbliższej rodziny i przyjaciół ma również. Na terapię iść żadną nie chce, bo nie. Tylko to wszystko jakby mało, tzn. docenia oczywiście każdą pomoc, ale zwyczajnie się nie odnajduje. Mam wrażenie, jakby był dzieckiem zamkniętym w ciele dorosłego faceta, które musi sobie nagle radzić w życiu i nie ma pojęcia jak to zrobić. Albo buntuje się przeciw temu i "tupie nóżką", a echo dotyka najbliższych.
  2. To nawet nie chodzi o to, czy w małym czy dużym, tylko teściowie się na to zwyczajnie nie zgodzą. Są uczuleni na wszelkie przejawy pociągu do alkoholu. Zresztą on ma też pracę tam na miejscu... Pójście na terapię to bardzo dobry pomysł, tylko jak to zrobić? Przez lata próbowałam prośbą, groźbą i na mnóstwo innych sposobów. Ale on nie uważa, żeby miał problem. Jego zdaniem po prostu lubi piwo
  3. Mój wielki powrót. Z przytupem. Bo inaczej być by nie mogło. Mam ojca. Alkoholika, ale nie takiego hardcorowego, a przynajmniej tak wszyscy chcemy myśleć. Tata pije od lat parunastu, podobno dlatego, że nauczyła go moja mama, z którą obecnie nikt nie ma kontaktu. I jak o tym myślę, to nie dziwię się, bo moja rodzicielka jest tak "uroczą" osobą, że nic tylko uciekać, albo chlać na znieczulenie. W każdym razie tata mieszkał z moją Babcią (swoją mamą) przez jakieś 10 lat. Kiedy się dało, pracował (tu akurat przeszkadzały problemy zdrowotne, niezwiązane z alkoholem). A czasem miał tygodnie, że codziennie przychodził pijany, kładł się grzecznie spać, by następnego dnia zacząć od nowa. Ale potrafił też nie pić wcale np. przez miesiąc lub przynajmniej ograniczać się do np. jednego piwa. W każdym razie jakoś funkcjonował, a Babcia dopingowała go do dobrego i ogólnie starała się trzymać nad wszystkim pieczę. Pół roku temu niestety Babcia zmarła. Ból ogromny dla wszystkich, bo lepszego człowieka nigdy nie spotkałam, poza tym była mi Babcią, matką i ojcem, kiedy było trzeba. każdemu zawsze pomogła. Bardzo trudno pogodzić się ze stratą. Dodatkowo tata ma teraz problemy mieszkaniowe, stara się o przyznanie mieszkania, bo w tym po Babci podobno nie może zostać. Sprawa się ciągnie. Tata się załamuje. Ale, lepiej lub gorzej, do tej pory jakoś funkcjonował, pracował itd. "Ciągi" Alkoholowe zdarzyły mu się chyba dwa razy. Przed Świętami przez kilka dni nie odbierał ode mnie telefonu, dopiero w niedzielę się odezwał. Myślałam, że przytrafił mu się trzeci raz, ale okazało się, że po prostu miał doła i nie bardzo chciał z kimkolwiek rozmawiać. Rozumiem, zwłaszcza w perspektywie samotnych Świąt. Staram się go wspierać, podtrzymywać na duchu. Dziś jednak obudził mnie jego telefon. Płakał w słuchawkę i prosił, żebym przyjechała na weekend, bo już nie ma siły, ma dość, nie wytrzymuje tego wszystkiego i nie wie, czy jak przyjadę w sobotę, to czy w poniedziałek nie będę musiała urządzać mu pogrzebu. Że jakby nie odbierał telefonu, to znaczy, że już go nie ma. Po głosie słyszałam, że coś pił, więc pocieszałam, owszem, ale starałam się nie brać tego bardzo do siebie. Choć i tak się wystraszyłam - słyszeć takie teksty od rodzica? Bezcenne. Zadzwoniłam do niego kontrolnie jeszcze wieczorem. Jest już trzeźwy, ale nadal załamany. Opowiadał o tym, gdzie chce być pochowany i znowu, że nie wie, czy uda nam się jeszcze po moim przyjeździe porozmawiać. No i tu zaczynam panikować. Bo co ja mam zrobić? Mieszkam na drugim końcu Polski. Nie mogę rzucić wszystkiego, pojechać tam i go pilnować. Niedawno zaczęłam pracę, której szukałam kilka miesięcy, mam tu męża, życie. Do siebie wziąć nie mogę, bo mieszkam z teściami, a poza tym to dorosły facet przecież jest. Ale przecież ojca też tak nie zostawię. Nie wspomnę o tym, jak to wszystko wpływa na moją psychikę, która po kilku latach depresji zaczyna mniej więcej normalnie funkcjonować. Jak mogę mu pomóc? Czy ktoś z Was był w podobnej sytuacji? Jakieś rady? Cokolwiek, proszę.
  4. Yvaine

    Spamowa wyspa

    Zosia_89, filip133, dziękuję Wam bardzo. Jakoś tak raźniej, kiedy czuje się empatię wirtualnych, nowych znajomych Muszę zaakceptować nową sytuację - w końcu śmierć nie jest końcem istnienia. Czuję opiekę i obecność Kochanej Osoby. I wiem, że tam na chmurce Jej lepiej, bo nic już nie boli. I choć nie ma już ciała to ogrom miłości jaki mi dała, wciąż żyje. W moim i w Jej sercu. A tymczasem dobrej nocki wszystkim
  5. Yvaine

    Spamowa wyspa

    kosmostrada, za przytulenie i słowa otuchy bardzo dziękuję. I za gratulację oczywiście :) Oparcie na szczęście mam. I to bardzo duże. Ale chyba będę teraz częstszym gościem na forum. Pustka woła o wypełnienie, a koniec życia chce być zrozumiany.
  6. Yvaine

    Spamowa wyspa

    filip133, kosmostrada, miło widzieć Zaginęłam w czeluściach mojej magisterski (dlatego teraz "skromnie" przedstawiłam się "mgr" ), depresji mej i kłopotów rodzinnych. A tydzień temu przyszło mi pogrążyć się w żałobie po najbliższym mi i najcudowniejszym człowieku na świecie.
  7. Yvaine

    Spamowa wyspa

    mgr Yvaine wita po bardzo długiej przerwie :) Niestety w bardzo smutnych okolicznościach.
  8. Yvaine

    Nasze Sny

    A mnie się od jakichś trzech miesięcy śni systematycznie, że uciekam. Czasem w grupie, czasem sama, w różnych okolicznościach. Ale tak sobie uciekam, uciekam i chowam się po zakamarkach jakichś. A jak akurat danej nocy nie uciekam, to cokolwiek by mi się nie śniło, jest stresujące. Nawet jeśli śnię jakąś głupotę, (np. ostatnio, że zerwałam niedojrzałą czereśnię z drzewa i ktoś na mnie nakrzyczał) to budzę się tak zestresowana, jakby nie wiadomo co się stało. I w ogóle bardzo dużo śnię. W ostatnich trzech miesiącach było raptem kilka dni, kiedy albo snów nie było, albo ich nie pamiętam. Pomijając już fakt, że mój mózg ubzdurał sobie, że przed 3 spać nie pójdzie i tak sobie siedzimy nocami, a jak kogut zapieje ewentualnie się kładziemy
  9. Yvaine

    Pacjent czy klient?

    Krzywdy się nie robi, oczywiście. Ale moje subiektywne odczucia co do takiego określenia są negatywne. Kiedy jestem pacjentem, jestem pod opieką, leczę się. Kiedy jestem klientem, dokonuję jakiejś transakcji, płacę za coś. W tym przypadku mam wrażenie, że towarem handlowym są moje emocje. A to mi znowu nasuwa skojarzenie, że można porównać ból/radość/tęsknotę/żal etc. do np. kg kiełbasy u rzeźnika O ile nie przeszkadza mi, gdy ktoś używa zamiennie określeń klient - pacjent, ja sama wolę mówić o sobie, że jestem pacjentem
  10. Niestety, czasem to, co nam wydaje się czymś wyjątkowym, dla innych jest zabawą. Ale najważniejsze, że nie żałujesz. Psychiatra dobrze Ci doradził i dzięki temu zawodowi możesz ruszyć dalej bez patrzenia wstecz. We wszystkim trzeba szukać plusów Tak. Do niego też przylgnęłam zanim się jeszcze poznaliśmy. Po trzech dniach rozmów na gg (początkowo mieszkaliśmy daleko od siebie, więc internet był główną formą naszego kontaktu) wyobrażałam sobie nasz ślub i wspólne życie. Mimo że wtedy o żadnym flircie nie było jeszcze mowy i nic na to nie wskazywało.
  11. A ja właśnie teraz to wszystko ze sobą powiązałam. Nie miałam pojęcia, że zakochiwanie się w ciągu dwóch minut i przekonanie, że to jest "TO", może wynikać z braku miłości w domu. Zastanawia mnie tylko jedno - mam męża, od kilku lat tworzymy szczęśliwy związek, troszczy się o mnie, opiekuje się, gdyby mógł nieba by mi przychylił. A ja dalej szukam. Nie romansu czy czegoś takiego. Szukam jakiegoś zachwytu nad sobą, kogoś, kto się mną zainteresuje, powie coś miłego, zrozumie, podniesie na duchu, będzie chciał być blisko. Lgnę do osób, których nawet nie znam, ale w których już widzę kogoś potencjalnie bliskiego. Zaczynam obsesyjnie o kimś takim myśleć, szukać kontaktu jak tylko się da, chcę ciągle więcej. Niektórzy wprost mi powiedzieli, że czują się osaczeni. Czy to możliwe, żeby tej miłości było tak mało? Że mimo wszystko wciąż mi brak i brak? czy to już zawsze będzie taki niedosyt? jedza94, to bardzo przykre, co Cię spotkało, ale dobrze, że głupie pomysły wypadły Ci z głowy. I oby więcej tam nie wracały! Dobrze, że kierowca postawił sprawę jasno po 2 dniach, że nie zrodziło się z tego coś więcej. Choć to nieładnie z jego strony, że zwracał na siebie Twoją uwagę przez tak długi czas. Wiem, że teraz na pewno Cię boli, ale pomyśl, że może to lepiej, że tak się stało. Sprawa się wyjaśniła i masz znowu czystą kartę. A ból minie. Każdy ból mija. Trzeba go "tylko" przeboleć. Spróbuj zająć się czymś, co sprawia Ci przyjemność lub relaksuje Poczytaj książkę, obejrzyj jakiś fajny film, coś co oderwie myśli.
  12. Może po prostu nie podawaj rodzicom nowego adresu? Nie będą wiedzieć, gdzie mieszkasz, to i policji i pogotowia nie będzie jak wezwać. Zresztą ja chyba nie rozumiem - za każdym razem tak wszystkie służby przyjeżdżają na zawołanie? Na jakiej podstawie? Bo to, że ktoś zadzwoni i powie, że jesteś chory, jakoś mnie nie przekonuje. Polska policja nie należy do szczególnie szybkich, a już zwłaszcza w takich "domowych" sytuacjach.
  13. Yvaine

    Początki psychoterapii

    I takie reakcje są mi bliskie i zrozumiałe dla mnie, bo ja też nie należę do tych szczęśliwców, którzy ze spotkania na spotkanie coś załapują. Trzeba pouciekać trochę, pobabrać się w kompoście, wtedy człowiek czuje, że żyje Pozazdrościć. Bo ja owszem, rozumiem, że powinnam się zająć tym i tym, rozumiem racjonalne argumenty T. i jej spojrzenie na sprawę, ale co z tego, skoro nie potrafię tego poczuć. Nawet jak o czymś jej opowiadam, to zaznaczam, że wiem, że to głupie, ale czuję tak i tak Podzieliłyśmy już sobie nawet moje wnętrze na sferę racjonalną i emocjonalną. Póki co emocjonalna rządzi
  14. Yvaine

    Początki psychoterapii

    Serio? Z tego, co wyczytałam, jesteś po 4 spotkaniach. I już jesteś w stanie stwierdzić, że coś Ci się w głowie układa? W sumie to pytanie można skierować do ogółu - ile czasu minęło/ ile sesji zanim coś Wam tam zaskoczyło i inaczej spojrzeliście na pewne sprawy? Pytam, bo mi potrzeba dłuuuugo, żeby jakiś T. przemówił do mojego rozumku i wytłumaczył mu, że źle myśli (dlatego też boję się, że moja obecna terapeutka w końcu straci cierpliwość jak tak będziemy się dłużej bawić w kotka i myszkę), a początek terapii to już w ogóle masakra i jeden wielki buzujący kocioł w głowie. Więc ogólnie szacun za tak szybkie postępy, jeśli tak można to już nazwać.
×