Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

piernikowa marta

Użytkownik
  • Zawartość

    36
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Cześć, jakiś czas nie pisałam w wątku ale tak się akurat złożyło, że ostatnimi czasy mialam dwie duże imprezy nazwijmy je firmowe z potężną ilością alkoholu. Sama ok, trochę wypiłam ale nie tyle, by staczać się pod stół, natomiast jak zobaczyłam jak ludzie reagują na wódkę to aż mnie to fizycznie zabolało. Śmiejcie się lub nie, ale miałam ochotę się skulić, wcisnąć w jakiś kąt i nie wychodzić. Ale co ja zrobiłam - oczywiście, trzymałam głowę wymiotującym, pomagałam sprzątać, prowadziłam na siedzenie pasażera i zapinałam w pasy... Nie jestem w stanie sobie tego wytłumaczyć, dlaczego ludziom po alko włącza się opcja mega-prze-kozak tzn oni muszą się z kimś pobić, zdobyć jakąś laskę, która jest średnio chętna do zabawy czy uwaga hit.. przepłynąć rzekę z mega rwącym nurtem...
  2. aardvark3 szczerze powiedziawszy też bym nie pożyczyła. To nie są drobne kwoty tylko spore sumy, oni sobie zbudują dom, a na Ciebie się wypną i co Ci zostanie? Nie będziesz miała żadnej umowy, świadków, a przecież jak sama piszesz, masz rodzinę. W ogóle się dziwię, że ludzie mają tupet prosić o takie rzeczy- jest tyle banków, instytucji pożyczkowych itd. Ale tam, trzeba pieniądze oddać i to z procentem i nie ma zmiłuj. Żeby nie było- nie znam Twoich znajomych i nie wiem co Ich skłoniło do takiego kroku ale ja byłabym ostrożna. Od ostrożności jeszcze nikomu nic się nie stało. W ogóle to się bardzo cieszę że wątek przypadł do gustu - pieniądze są zawsze trudnym tematem ; widzę to po znajomych, którzy nie mieli takich traumatycznych przezyć rodzinnych, a pomimo to potrafią być o kasę strasznie zazdrośni. Lubią wiedzieć jakim kto samochodem jeździ, ile kosztują kupowane przez niego ubrania, jakieś to dla mnie takie...
  3. Słuchajcie, nie zakładałam nowego tematu, nie mam już na to wszystko sił. Wydawało mi się, że jakoś sobie z tym wszystkim poradzę ale ostatnio, nawarstwiło się tego aż do niemożliwości. To jest sytuacja nie do zniesienia. Nie chcę żyć tak dalej - nie chce przepłakiwać całych nocy, a potem śnić o swoim pogrzebie. Nie chcę być budzona odgłosami awantur o byle co, a potem martwić się w co też znowu wpakował się mój ojciec. Proszę, jeżeli znacie jakiegoś dobrego terapeutę dajcie namiar - interesuje mnie rejon centralnej Polski, może być Warszawa, Toruń, Płock, bez różnicy. Chyba już nie może być gorzej...
  4. Candy14, żebym ja jeszcze wiedziała co mi sprawia przyjemność, to by było pół biedy. To nie jest tak, że ja uwielbiam gromadzić pieniądze, ja się po prostu w ten sposób czuję bezpieczniej. Uważam też, że tak jest lepiej dla mojej rodziny. Jakby coś, jest zapas, taka żelazna rezerwa. Za każdym razem jak mam ją naruszyć to mi przemykają przez głowę różne scenariusze, w których te środki są potrzebne na coś innego. Efekt jest taki, że wydaje max. kilkaset złotych na rzeczy absolutnie niezbędne, a i to z wielkimi wyrzutami sumienia. Zazdroszczę innym luzu i spokojnego podejścia do tych tematów, bo mi to całkowicie nie wychodzi. Potworzyłam jakiś czas temu różne "stertki" (coś jakby subkonta) z których jedna miała być na przyjemności. Tak, zgadliście, jest nietknięta...
  5. Witam, ja - jak zwykle- z problemem... Od pewnego czasu trapi mnie moje podejście do pieniędzy. Dorastałam w rodzinie, w której zawsze ich brakowało, wszyscy o tym wiedzieli bo rodzice wielokrotnie musieli od innych członków rodziny pożyczać. Ja nie jeździłam na wakacje, chyba, że ktoś z rodziny zdecydował się mnie "przygarnąć" na te kilka dni. Jako osoba dorosła mam syndrom dusigrosza. Najchętniej bym składała. Jak byłam w liceum i na początku studiów lubiłam chodzić do galerii żeby coś sobie obejrzeć, wybrać, teraz mam totalny odrzut. Tylko sporadycznie zdarzy mi się kupić ciuch do pracy (czyli baaardzo potrzebny, dobrej jakości i często, dobrze wykorzystany) , a pomimo to mam wyrzuty sumienia. Nie mogę powiedzieć bym składała na coś konkretnego - na wakacje nie mam kiedy jechać, kupno nowych mebli odrzuciłam bo stwierdziłam, że wystarczy tylko lekko przerobić szafę. Może już do reszty ześwirowałam...Wy też macie podobnie?
  6. Steviear, śnię o swojej śmierci ale w ten sposób, że nie widzę jej bezpośrednio.. to nie jest tak, że widzę nóż, topór czy szpitalne łóżko. Te sny wyglądają raczej tak, że jest rozmowa innych osób o mnie w czasie przeszłym, widzę jak trudno jest moim rodzicom finansowo i pod każdym innym względem - jak trudno im zorganizować życie, z płaceniem rachunków na czas, interesowaniem się pewnymi rzeczami itd. Te osoby, które rozmawiają na moim pogrzebie, są mi znane- wypowiadają się o mnie różnie, nie zawsze miło. Budzę się po takim śnie i już nic nie wiem. Rozmawiam z kimś z pracy rano, odbieram sms od znajomego i mam niejasne uczucie, że to co mówią czy piszą nie jest szczere.
  7. Chciałam się spytać, czy zdarzają się Wam sny o śmierci, pogrzebie, a jeśli tak, to czy macie je często? Ja się nimi czuję strasznie przybita...
  8. Przepraszam, że tak wprost spytam - czy to coś daje, że spytamy samych siebie po raz setny o to samo? Dlaczego właśnie ja, a nie np. sąsiad albo kolega z klasy ma takie porąbane życie? Jak się ma beznadziejny dzień, za oknem jest do bani, w pracy też nie bardzo, ktoś nas wkurza, to ja rozumiem, że komuś takie myśli chodzą po głowie...Ja nie staram się już tego jakoś rozpatrywać. Po prostu jest na świecie pula jakichś chorób, toksycznych rodziców , nieszczęść w postaci bycia ofiarą przestępstwa i ktoś tam z góry na oślep nas wybiera... Jakiś czas temu usłyszałam albo przeczytałam - możliwe całkiem, że nawet na forum, ale nie dam za to głowy- że jak ktoś jest dobrą piłką, to mocno kopnięty poleci daleko.. Tak to sobie należy tłumaczyć. Chyba.
  9. piernikowa marta

    DDA a kłamstwa

    O rany, temat dla mnie - tak pomyślałam, jak tylko przeczytałam tytuł wątku. U mnie jest tak, że kłamstwo to bezpieczeństwo. To własny alternatywny świat, który zbudowałam, żeby poczuć się lepiej. Inaczej w nim wyglądam, inaczej się zachowuję, inaczej odnoszę się do mężczyzn. Zostawiłam na szczęście zawód bo nie wiem po czym bym poznała, że ja to ja Ogólnie, ucieczka w kłamstwa zaczęła się w podstawówce, czyli mniej więcej wtedy, kiedy koleżanki zaczyna interesować dlaczego nie masz Furby'ego i gdzie jedziesz na wakacje- och, te moje wymyślone opowieści, gdzie to ja nie byłam i czego nie widziałam. Potem doszło jeszcze pisanie wypracowań na język polski, bo przecież każda pani polonistka ma szczególne upodobanie w tym , by pognębiać dzieci, które nigdzie nie wyjechały i jest im z tego powodu dość przykro, zadając temat wypracowania domowego "Moje wakacje". Nie wiem, czy u Was jest tak samo albo podobnie, ale u mnie faza kłamania bez sensu przeszła na etapie liceum i studiów w fazę kontroli absolutnej. Bardzo się tego wstydzę - chyba nawet bardziej niż tego, że tyle się w życiu nakłamałam, bez najmniejszej potrzeby. Mieszkałam ze współlokatorkami i z całych sił je kontrolowałam. Podobnie z pierwszym facetem. Naruszałam ich prywatność, wiem, że nie zasługiwałam na ich zaufanie. Doszło do tego, że zaczęłam się za to nienawidzieć - postanowiłam, że małymi krokami się od tego odzwyczaję, bo to "tylko bardzo zły nawyk", coś jak obgryzanie paznokci. Ustalałam sobie czas, np. dwa tygodnie, w którym nic nikomu nie przegrzebię. Jak mnie nosiło z niepokoju, to zwyczajnie do tej osoby dzwoniłam albo robiłam porządki we własnych szpargałach. Było bardzo, bardzo trudno. Czy u Was te fazy też ewoluują i jak z tym walczycie? Mi ze szperactwa trochę zostało.
  10. Mateusz, proszę odpisz co i jak. Studia to tylko studia, profesorowie jacy są - to każdy z nas dobrze wie. Można mieć poprawkę za zły kolor długopisu albo tylko dlatego, że w kasie wydziału są pustki. Ja swoją 1. poprawkę baaaaardzo przeżywałam, dużo płakałam, wydawało mi się, że jestem beznadziejna. Ponieważ studiowałam równolegle drugi kierunek,a moja promotorka widziała, że się z czymś gryzę, to z nią na ten temat porozmawiałam. Szczerze powiem - nic mi tak nie pomogło :) Odnośnie przeprowadzki - podziwiam, chociaż nie wiem , jakie są jej okoliczności, ale zamieszkać z kimś kogo sie kocha, pod jednym dachem, obnażyć się przed tą osobą ze wszystkiego to duża odwaga. Dla mnie to.. to na tyle dużo, że kiedyś w podobnej sytuacji spanikowałam. Mateusz, napisz w szczególności jak w pracy. Mam nadzieję, że ta osoba, która napsuła Ci krwi zmieniła już swoje zachowanie. Niezależnie od wszystkiego, pamiętaj, że wszystko co złe przeminie, trzeba realizować własne pragnienia, widzieć siebie dalej i wyżej, nie patrzeć na to, co mówią dookoła, bo dużo w ludziach zazdrości i złych emocji. Życzę aby w 2014 roku wszystko było ok
  11. Mam na myśli te sytuacje, gdy wszyscy od Ciebie oczekują, że coś zrobisz, najlepiej tak, żeby nie trzeba było nic płacić, nic mówić, nie narażać się na czyjąś interwencję, palcem małym nawet nie kiwnąć. W razie gdy mówię, że tak się nie da, zawsze można się na mnie wydrzeć. Bo przecież jestem tylko nic nie znaczącą osobą zamieszkującą z nimi pod jednym dachem, nic nie wiem, nie mam żadnego doświadczenia życiowego. Ach, no i oczywiście ja nie mogę mieć swoich planów, swoich marzeń, swoich oszczędności. Bo zaraz znajdują się pilniejsze potrzeby- jakiś mandat, jakaś kara umowna, jakieś wydatki na wesele, na którym się nawet pewnie nie pojawię bo wystarczy, że zasponsoruję sam prezent... Wydaje mi się, że nie jestem jakoś specjalnie przewrażliwiona, gdy tych sytuacji nie nagromadzi się milion pięćset w jednym czasie. Gorzej, kiedy występuje tzw. klęska urodzaju. Ale wtedy zawsze mam Was :)
  12. Jakie macie recepty na takie właśnie sytuacje kryzysowe? Pytam, bo w ciągu ostatniego tygodnia miałam już takich kilkanaście... lekko licząc... różnego kalibru i szczerze powiedziawszy, nie mam naprawdę na to wszystko siły. Z każdym dniem czuję się coraz słabsza, coraz bardziej bezsilna wobec biegu wydarzeń. W pewnej części to są sytuacje sztampowe, spod sztancy, więc niby wiem, co po kolei powinno być robione tyle tylko, że z uwagi na .. nie wiem.. to zmęczenie materiału, chyba.. sama tracę głowę. Proszę o jakieś dobre rady bo lipiec i początek sierpnia są jak rodem z jakiegoś koszmaru...
  13. Hm, jak napiszę, że nie ma prostych rad i prostych dróg, to się pewnie wkurzysz, że ktoś tu próbuje udawać mądrzejszego niż jest...Pamiętam jednak, że jak ja pierwszy raz napisałam na tym forum , to najbardziej liczyło się dla mnie, by chociaż ktoś te moje wypowiedzi przeczytał, coś odpisał,zainteresował się tym, co mnie tak codziennie dręczy.. Każdy z nas ma inaczej, więc nie wiem do końca czy Ty też tego potrzebujesz........ Odnośnie długów - ruchomości jakie są w domu i zostały kupione w trakcie trwania małżeństwa rodziców, nie podlegają egzekucji. Oczywiście, jak komornik albo aplikant przyjdzie z wizytą, to może je zająć ale wtedy są środki ku temu, by się od tego uwolnić , oczywiście, o ile są jakieś dowody np. faktury na to,kto kupił meble, telewizory itd. Podobnie z egzekucją z nieruchomości w wypadku współwłasności- wtedy przysługuje prawo złożenia sprzeciwu. Dodatkowo : podstawowy sprzęt i pewne przybory potrzebne każdemu człowiekowi do codziennej egzystencji są zwolnione spod zajęć - mowa tu o przyborach do nauki, pracy, sprzętach agd. Również ze środkami na rachunku bankowym nie jest tak, że z chwilą zajęcia komorniczego "przepadają" jak kamień w wodę. Wolne od egzekucji są alimenty, zasiłek dla osób bezrobotnych ( o ile komornik nie egzekwuje alimentów), najniższe wynagrodzenie wynoszące 1600zł brutto, zasiłki i renty z opieki społecznej. Rada dla mamy spłacającej dług- niech płaci bezpośrednio do wierzyciela- wtedy podobno opłata naliczana przez komornika wynosi 5%, a nie jak to często bywa 15%. Z drugiej strony, komornik też człowiek (naprawdę) i potrafi drugiego zrozumieć o ile widzi , że ktoś chce dług spłacić. Nie wiem, gdzie mieszkasz i czy masz jakieś oszczędności , a jeżeli tak to czy one wystarczą na zainstalowanie się w innym mieście. Mam nadzieję, że tak, bo warto oderwać się od problemów i chociaż popatrzeć przez chwilę na świat bez problemów. Życzę powodzenia i odezwij się
  14. Mam wyrzuty sumienia, że zaglądam tu tak sporadycznie ale zawsze kiedy to robię czuję ogromną ulgę. Nie mogę się opędzić od takiej myśli, że ja się moich rodziców w pewien sposób , no jakby to powiedzieć , fizycznie brzydzę. Tyle przypominania żeby wyrwali spróchniałe resztki zębów, zapisali się w kolejkę po protezę a jak coś to im dołożę parę groszy i nic... Cały czas wysłuchuję o ich zmęczeniu - w związku z tym jak łazienki nie sprzątnę to sobie tam wszystko tak leży, dzień, dwa, tydzień. Nieważne brudne, ususzone, namoczone - wszystko przechodzi jednym odpychającym zapachem... Głupio mi za to poczucie wstydu względem nich ale nie wiem jak to zwalczyć. Małpko bubu - gratuluję, że znalazłaś kogoś na resztę życia, pomyślności:)
  15. Mnie skakanie i tańczenie z jednej strony wydaję się bardzo fajne, a z drugiej strony obciachowe i dziecinne. Jakbyś mi to z najodleglejszych zakamarków głowy wyjął... Nie wiem dlaczego tak mnie razi widok nastolatek w mocnym makijażu, dlaczego kiedy byłam na studiach nie chodziłam zbyt często na imprezy, nie jeździłam na wspólne narty, sylwki itd i ciułałam te swoje stypendia w nie wiadomo jakim celu. Dziś sądzę, że gdybym była trochę bardziej zwariowana, miałabym przynajmniej piękne wspomnienia, coś do czego mogę się w myślach uśmiechać. Odnośnie tego, że DDA czują się młodsi niż są- czy to się nie nazywa przypadkiem "zamrożone emocje" czy jakoś podobnie??
×