Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

CzizysKrajs

Użytkownik
  • Zawartość

    10
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. Oj nie smucę się :) ale dziękuję, za to pocieszenie :)
  2. Hmm.. Tak myślę, że może pomoże komuś to, jak napisze trochę o sobie. Pamiętam pierwszy raz, było ognisko, koledzy przynieśli piwa, "bączki", miałam 13 lat. Fajnie było chyba sobie wypić, oczywiście dziewczyna 13 letnia dużo do opicia się nie potrzebuje. I tak było przez chyba 3 lata, co sobota jakieś piwka, winka, wódka, a może i częściej. Jak miałam około 16 lat trafiłam w towarzystwo, gdzie piło się codziennie. Nalewki, tanie wina, najtańsze i najmocniejsze piwa, wódka nie ze sklepu.. Ale było fajnie! Tylu znajomych, te rozmowy przy piciu, rany jak cudownie. A naprawdę, ciągłe opijanie się, zawalenie szkoły, konflikt rodziny (matka umarła z myślą, że jej nienawidzę), przepicie 6 lat chyba non stop, zawalanie prac, spotykanie się z ludźmi o których lepiej nie mówić. Spałam na klatkach, na ulicy, kradłam w domu, sprzedałam wszystko co cenne miałam (pierścionki z komunii), z koleżankami i kolegami zbieraliśmy pieniądze na ulicy!!! Zdarzyło się, że sąsiad podnosił mnie spod klatki, bo byłam tak pijana, że nie byłam w stanie chodzić. Spałam w domach u obcych ludzi, budziłam się, a nie wiedziałam gdzie jestem. Chciałabym wymazać te lata z pamięci a się nie da. Miałam kolegę, który mówił, że mnie lubi najbardziej. Byłam taka dumna, bo ten kolega miał wszędzie szacunek.. a później jakoś w rozmowie wyszło, że dlatego, bo ze mną fajnie się pije.. Nie, że jestem fajna, że mądrze gadam, tylko, że fajnie się ze mną pije, bo ja piłam do dna.. Jakoś skończyłam szkołę, ale nie ma co się cieszyć. Picie i tak było najważniejsze. Co wieczór trzeba było coś wypić.Mało czy dużo, ale trzeba było. A jak było wolne, to ile wlezie. Kiedyś poszłam do znajomych i nie piłam (cud?), nie miałam ochot czy coś, albo usilnie próbowałam nie pić, i znajomi już mnie tak nie lubili. Zobaczyłam wszystkich trzeźwym okiem, to było straszne. Zaczęłam się izolować od nich, picie do samego piwa i czasem wódki ograniczyłam. Ale piłam codziennie.Przychodziłam na kacu (jeszcze pijana) do pracy. Chyba zauważyłam, że tak się nie da żyć, ale ciągnęło mnie do alkoholu, tak bardzo chyba lubiłam być pijana. Pamiętam jak siedziałam ze znajomymi i dawali mi wódkę, powiedziałam, że nie chcę i nie lubię wódki, oni, że oni też nie , to pomyślałam po co pić? Zostałam tylko przy piwie, było co wieczór i to nie jedno. Poznałam obecnego męża. Na początku znajomości i tak chodziłam ze znajomymi wieczorami na piwo. Pamiętam jaka ja byłam szczęśliwa kiedy 1 wieczoru ani łyczka piwa nie wzięłam,straszne. Za namową, nakazem wtedy chłopaka całkiem odcięłam się od tych znajomych, powtarzał,że oni się ze mną spotykają by pić. Może nie do końca tak było, po prostu też mieli problem i tyle. Ale prawda jest taka, że najlepszy mój kumpel z tej ekipy był strasznym egocentrykiem, apodyktyczny, że znajomość z nim był bez sensu. I tak kilka miesięcy czy rok przeżyłam w trzeźwości. Byłam na weselach i nie piłam. Jednak później jak gdzieś zaczęłam pić, to nie umiałam skończyć..W sensie, że na 1 piwie się nie kończyło. A na kacu oczywiście umierałam. Nie wiem jak to się stało, ale już prawie w ogóle nie piję. Po prostu przyznałam się przed samą sobą, że mam problem. Wiedziałam, że ja nie mogę nawet 1 piwa wypić, bo mam ciągnotki do kolejnego itd itp. Długi czas nie piłam, bo nie było okazji czy coś. I pewnego wieczoru wypiłam piwo i w połowie poczułam, że już mi szumi w głowie i doszłam do wniosku, że nie chcę. Że wolę być trzeźwa. Nie lubię nie mieć kontroli nad sobą, nad słowami, czynami, krokami. Ale czasami i tak zdarzało się, że wypiłam piwo, to szło kolejne,kolejne, wymiotowałam (jednak to jest trucizna). Doszłam do wniosku, że to bezsens. Zdarzało się, że nie miałam ochoty na piwo (a to sukces)! Teraz piję piwo bezalkoholowe, albo jak już wypije to piwo, to myślę, że nie ma sensu następnego, przypominam sobie wymioty, kace i ciężko, ale nie kupuję. Myślę też o pieniądzach, szkoda ich na alkohol. Wiem, że od problemu się nie uwolniłam, ale muszę być silna i się nie dać! I wiem, że straciłam przez picie wiele lat, wiele życia, wiele szczęśliwych chwil, że gdyby nie picie, moje życie wyglądałoby inaczej, na pewno lepiej. Myślę, że mogłabym wtedy pomóc mamie, może by żyła. Tak to nie miała ode mnie pomocy.. Może poszłabym na studia, miałabym pracę. Wiem, że na moją psychikę wpływa sytuacja z dzieciństwa, ale może gdybym nie piła, byłoby ze mną lepiej. Byłam naprawdę na dnie.. W między czasie były też fajne chwile, ale na pewno na trzeźwo byłyby lepsze. A teraz widzę, jak fajnie żyje się trzeźwym, jak pojechałam na festiwal, widziałam jak fajnie przeżywa się go na trzeźwo.. I mogę Wam powiedzieć, że w żadnej sytuacji picie czy ćpanie nie jest fajne, w żadnej. Może trochę chaotycznie napisałam, ale mam nadzieje, że coś to komuś da.
  3. Zostałam przeniesiona, wrzucona do problemów w związkach i rodzinie owszem z rodziną jest problem, ale na niego jest jedna recepta - izolacja, ale w związku jest git, chyba że związek z ludźmi - to tak. U mnie w mieście, a raczej w wiosce wolontariat czy coś, to raczej nie jest możliwe by był, może jedynie w schronisku dla zwierząt, ale to serce za bardzo by mi się krajało, płakałabym chyba ciągle (za każdym razem tak jest jak tam jadę coś zawieść). Myślę by coś samemu zorganizować, wspierać jakieś fundacje u mnie w mieście, ale wydaje mi się, że nie będzie zbyt dużo chętnych do działania. Do najbliższego większego miasta mam około 80 km plus dojazd ze stacji do miejsca docelowego i z domu do stacji byłoby trochę, ale pomyślałam,że może tam bym spróbowała poszukać jakiś wolontariatów, albo fundacji. Wiem, że ciężko jest z pracą, ale postanowiłam, że nie będę już kandydowała na stanowiska z których i tak zaraz zrezygnuję (praca stająca czy inna, która mi naprawdę się nie podoba), oczywiście nie ma tak dobrze bym od razu znalazła pracę marzeń, dlatego chcę na kasę przez agencję pracy tymczasowej by coś zarobić, a teraz na święta powinny być przyjęcia. Sprawa z zamieszkaniem u męża się skomplikowała, nie z naszej winy, ale możliwe, że nie będziemy mogli tam się przenieść, ja nie wiem czy to Pan Los się mści za moje wcześniejsze picie i olewanie życia czy co.. Więc jesteśmy w kropce. Marzę (mąż w sumie też) by się przenieść do innego miasta, ale mąż ma stałą pracę i jak ją straci, a tam nic nie będzie, to już w ogóle będzie klapa... A przyznam, że wczoraj pierwszy raz od kilku lat poczułam przez kilka godzin taki spokój.. Wzięłam książkę, zaczęłam czytać, nie stresowałam się niczym, a tu znów problem...
  4. O poglądach napisałam na PW. Szkoła - właśnie jestem w szkole (policealna) jeszcze rok i strasznie żałuję kierunku, uważam, że na nic mi on (administracja), wolałabym mieć jakiś fach w ręku, ale jaki? UP - ciągłe nic, nawet byłam w tym tygodniu.Ale te panie, to chyba już nawet do ofert nie zaglądają. Ale właśnie myślałam by jeszcze coś zrobić, jakiś kurs czy coś tędy. Na razie zagryźć wargi i iść na kasę na umowę zlecenie, gdzie fizycznie dam radę, praca nie jakaś skomplikowana, a grosz wpadnie i na kurs będzie. No i nie chcę pracować w czymś niezgodnym z mym sumieniem - wciskanie ubezpieczeń, kitów, dziadostw itd. U psychologa byłam dawno temu. Już nie pamiętam o co mi chodziło. Ale był to okres picia - więc pewnie to chodziło o rodzinę. W każdym razie pamiętam tylko tyle, że poszłam, wygadałam się, wypłakałam, a babka dała mi tylko receptę.. ech nie tego oczekiwałam. No i teraz też nie chcę takiego czegoś, nie chcę tabletek. I wstydzę się płakać przy kimś. Jestem taka pełna wzruszeń, jeden krzyk na mnie, a mnie się chce płakać, jedna zła opinia, a ja już szlocham w kącie i przez miesiąc powtarzam ją sobie w głowie, albo i dłużej (do kolejnej takiej sytuacji). Więc się pewnie boję i chyba nie mam sił, nie chce mi się. Wiem, że to pewnie spowodowane tym siedzeniem w domu. Ja potrafię cały dzień siedzieć i niczego nie zrobić, choć mam co robić, ale nie mogę się zmusić.. Tzn, chętnie bym poszła, ale nie ruszyć się, poszukać, zapisać, stać w kolejce (nie znoszę!).. No i boję się, że psycholog będzie chciał zmieniać jakieś moje poglądy, że będzie chciał zrobić ze mnie przeciętnego człowieka.. A jeszcze co do stosunków z ludźmi. Nie śmieszą mnie głupie, chamskie rzeczy czy jakieś niesmaczne dowcipy, albo hasła do kogoś. A jak człowiek nie ma takiego poczucia humoru to już jest zły.. Owszem,śmieję się, jak się sama przewrócę itd, ale nie jak ktoś kogoś przewróci itd. Dziękuję Ci jaskolka83 :)
  5. Bardzo dziękuję za odpowiedź. Tak wiem, napisałam trochę chaotycznie, ale zapewne wiesz, jak się piszę uczucia, myśli, to one tak szybko napływają, że ciężko utrzymać je w ryzach. Tak teraz mieszkamy z mym ojcem i siostrą. Z siostrą nie rozmawiamy. Próbowałam kilka razy jakieś pozytywne rozmowy zacząć - nie da rady - z jej strony w odpowiedzi były tylko jakieś wyzwiska. Jest teraz właścicielką mieszkania i ciągle tylko straszy, że nas wyrzuci - choć mimo tego co na papierze, mieszkanie miało być wspólne, wiem, że mogłabym się dochodzić sądownie - nie wiem czy bym cokolwiek zyskała, ale gra nie warta świeczki. Jest straszną hipokrytką. Przyjdzie ktoś z dalszej rodziny to skarży na nas (jakbyśmy byli jeszcze dziećmi), że my czegoś nie robimy (przyznam - ostatnio nie mam ochoty robić czegokolwiek w domu, wszystko bez korzyści i i tak groźby o wyrzucenie), a sama palcem nie kiwnie. Dlatego właśnie planujemy wynieść się do męża - ale boję się, że tam dalej będę w stanie jakim jestem i to nic nie da, albo, że będę żałowała tej decyzji, tęskniła za domem rodzinnym (sentyment?). Tam jest gorsza dzielnica i warunki gorsze, ale chyba jednak zdrowie i spokój powinny się dla mnie liczyć. I w tym momencie tata nie ma niczego na czym by mi zależało, nie jestem już w sumie od niego zależna, dlatego też ciągle robi mi wrzuty w stylu, że mój mąż i tak zobaczy jaka jestem (a jaka jestem?) i mnie rzuci, a ja wrócę, córka marnotrawna, itd itp, że najlepiej będzie jak odejdę daleko, a po chwili opowiada jakąś zabawną anegdotkę jak gdyby nic i dziwi się, że nie mam ochoty z nim rozmawiać! Mąż mnie wspiera, powiedziałam mu o moich obawach, że to ze mną jest problem i dlatego pracy nie mogę znaleźć, o strachu, że nie wytrzyma ze mną bezrobotną i w takim stanie. Zapewnia mnie, że nigdy mnie nie zostawi, że jak trzeba będzie to on całe życie sam będzie pracował. Dużo nie zarabia, ale głodem nie przybieramy, a w okolicy są ciucholandy naprawdę tanie i fajne. A jak coś się w kraju jeszcze podniesie (ceny), to już inna bajka będzie. Praca - jak w końcu znajdę jakąś ofertę i mnie wybiorą, to znajdę coś w niej by nie iść. A, że niska stawka, że zdrowie nie pozwoli (choroba stawów - praca obciążająca stawy kolanowe odpada) więc w sumie nie wiem dlaczego kandyduję na stanowisko, gdzie fizycznie nie dam rady. Albo, że na nocki się robi, albo , że nie ma umowy o pracę. Albo gdzie jest alkohol - boję się odmawiać sprzedaży alkoholu nieletnim lub pijanym, już raz pewien koleś mi groził... A wydaje mi się, że to pretekst jest. Może ja się oduczyłam pracować. A naprawdę chcę. Albo boję się, że nie poradzę sobie z kontaktami z ludźmi? Miałam ostatnio 3 prace gdzie mnie dziewczyny nie lubiły (w 1 pracy awansowałam od razu - była zawiść, w drugiej się bałam powtórki, więc nie rozmawiałam o prywatnych sprawach z ludźmi, tylko służbowe, oddaliłam się, narzekałam, w 3 byłam miła aż do bólu, a ludzie wszyscy na wzajem na siebie wyzywali, bez wyjątku, a ja nie. Cieszyłam się pracą, podobała mi się i to się nie podobało tamtym co tak na siebie i pracę narzekali), no i ostatnia praca, całkiem się odcięłam od ludzi, uważali mnie za taką spokojną, cichą, ułożoną, obcą...a jak obca, nie mówiąca o sobie to już zła...). Tak i pewnie tego się boję. Ja już nie wiem jak podchodzić do ludzi. Wcześniej w pracach było w porządku lubiłam się z wzajemnością, a teraz.. Jeszcze mam inne zainteresowania i poglądy niż większość, a to jest bariera z ludźmi. Chciałabym pracować w księgarni, bibliotece, sklepie muzycznym (płyty), zoologicznym, czymś co mnie fascynuje, ale nie ma takiej pracy u mnie. Do tego brzydzę się niektórymi ludźmi, że są rasistami, nietolerancyjni, płytcy, a w ostatnich pracach tacy właśnie byli. A wcześniej tacy fajni, którzy się nie nabijali z kogoś kto nie był szczupły, albo nie ubierał się tzw. "modnie". No i nie znoszę przechwałek.. Bo za nimi się nie kryje nic cennego (nie w sensie wartości fizycznej) Jak tak piszę, to boję się pisać, boję się, że zaraz ktoś napiszę, że naprawdę jestem chora, głupia, nienormalna, leniwa itd.. a mi naprawdę jest ciężko funkcjonować "normalnie"..
  6. Wiem, wiem, żeby nie pytać się co mi dolega, ale przeczytałam wszystkie zaburzenia i ciężko mi powiedzieć co ze mną nie tak. W skrócie. W dzieciństwie na podwórko z siostrą nie byłyśmy lubiane, bo byłyśmy dobre. Następnie moja siostra obwiniała mnie o wszystko (starsza siostra). Że czegoś nie zrobiłam, nie zatrzymałam autobusu i takie różne (co raczej ona jaka starsza siostra powinna robić, a nie ja kilkuletnie dziecko.) Miałyśmy wspólnych znajomych, ale ona zawsze się ze mnie przy nich nabijała, wyzywała mnie itd. Ludzie to widzieli, ale ona ogólnie była zła i na każdego się darła, więc nie wiem czy bali się jej? No, ale zawsze byłam niewystarczająco fajna według niej bym mogła też być w tej paczce. Wiem, że inni mnie lubili, ale może ja sama powoli się wycofywałam ? Z takim brakiem pewności siebie chodziłam do podstawówki, gdzie wydaje mi się, że byłam słaba psychicznie. Niby mnie lubili, ale byłam jakaś inna, dziwna i mimo tego, że miałam te koleżanki i kolegów to mnie coś u nich nie pasowało (nie byli wystarczająco dobrzy dla mnie, jak ja dla siostry?). Zaczęło się liceum. Tu brak pieniędzy i to moje ciągłe poczucie, że jestem brzydka i gorsza od reszty koleżanek. Z chłopakami się dogadywałam, ale z dziewczynami, czułam, że ja jestem gorsza z jakiś powodów, przez co chyba ja byłam zła na nie, nie miła i mnie tak strasznie denerwowały. Wpadłam w towarzystwo ociekające alkoholem. Nie zdałam do następnej klasy. Ale w towarzystwie było fajnie, w końcu się dowartościowałam, ludzie mnie lubili, ja ich (może fajnie się piło?), miałam koleżanki, może 1 tylko lubiłam tak naprawdę, reszta znowu mnie z czymś drażniła, a to można wyczuć, że się jest do kogoś takim jak ja byłam.. W domu było źle. Mama zachorowała, zmarła. Rodzina mamy obwiniała mnie o jej śmierć.. (moja siostra grała dobrą siostrzenicę, co robi i teraz, a za plecami mówiła swoje o rodzinie). Po jakimś czasie się zaczęłam uspokajać, mniej piłam, (szkołę skończyłam) zainteresowałam się ekologią, społeczeństwem, ochroną zwierząt, muzyką. Nietuzinkowe. Z tymi znajomymi drogi się porozchodziły. Poznałam mojego obecnego męża. Zdawało się być co raz lepiej. Problem z alkoholem minął. Próbowałam znaleźć stałe zatrudnienie, najdłużej wytrzymałam 9 msc.W domu byłam dobra, czułam się winna całego zła jakie było w moim domu. Byłam potulną córką. Tata wtedy zaczął się zachowywać jak moja siostra. Ciągle robiłam według niego coś źle. Jak np. posprzątałam jeden pokój, on nie pochwalił tylko wyzywał, że w drugim jest bałagan, nigdy nie pochwalił, no może 1 raz. Ciągle było coś nie tak. Mówił, że powinnam iść do szkoły. Faktycznie chciałam, poszłam. To się czepiał, że nic mi to nie da, że coś tam. Byłam marionetką w jego rękach. Wzięłam ślub. Musieliśmy zamieszkać tu. Przejął władzę nad moim mężem w momencie kiedy szykowaliśmy sobie mieszkanie u dziadków w domu. Ciągle nam coś nakazywał, chciał mieć kontrolę nad każdą minutą naszego życia. Jak chcieliśmy gdzieś jechać, to ten wyzywał, że praca jest. Wyzywał, że jak to,nie mamy pieniędzy na coś tam (do zrobienia domu),coś dla nas zbędnego. Jego brat robił to samo, ciągle nam mówił co mamy robić itd. Ja już byłam wrakiem człowieka. Czułam, że już nawet sama nie potrafię zadecydować jaki chleb kupić podłużny czy okrągły (tak jest w sumie do teraz). Postanowiliśmy dać sobie spokój z tym domem. Ale ja dalej jestem słaba psychicznie, nie potrafię znaleźć pracy. Od roku nie mam już w ogóle żadnej pracy. Nie potrafię rozmawiać z ludźmi, od których jestem w jakiś sposób zależna (współpracownicy, rodzina, znajomi ze szkoły).Na ulicy z obcym nie ma problemu, w sklepie wyzwać kobietę, że wpycha się do kolejki czy na przystanku, że ktoś pali, albo porozmawiać z obcą kobietą czekając na rozmowę o pracę. Nie mam już praktycznie znajomych, wszyscy ludzie których spotykam w jakiś sposób mnie denerwują, choć mam chyba 1 znajomą, która jest dla mnie idealną znajomą (może trochę niesłowna, ale się przyzwyczaiłam), w nocy obudziło mnie dziś kołotanie serca, ból brzucha, było mi tak słabo (wczoraj myślałam jak zwykle o braku pracy oraz o tym, że jak tak dalej pójdzie to mąż mnie zostawi). Już wystarczająco napisałam, choć mogłabym pisać i pisać. A i może jeszcze to, że właśnie ciągle mi źle, tęsknie za przeszłością (a przecież też było źle), nie cieszę się życiem, a bardzo chcę... Czasem mówi sobie, że pójdę do pracy, zrobię to i tamto, ale jak sobie wyobrażam daną pracę, to widzę, że coś tam jest nie tak, że to tragiczna praca. mam nadzieję, że mimo wielkiej wiadomości ktoś przeczyta i odpiszę. Pozdrawiam.
  7. Staramy się np. nie słuchać, ale jakieś słowa i tak zostają w naszych głowach, nie chcą wyjść, a my je przerabiamy w kółko, co do zadawania, czasem nie ma możliwości uwolnić się od takich ludzi - ja miałam tak z apodyktycznym ojcem i jego rodziną, od rodziny się uwolniłam kosztem mieszkania na wsi u dziadków (ale warto było, bo wiem, jakby to wyglądało, to całe mieszkanie). No z tym spokojem mówić, wiem że jest ciężko. Właśnie ze wspomnianą rodziną ojca - języka w gębie zapominałam by bronić siebie i moich poglądów (a nie są jakieś głupie czy powszechne), a z ojcem czy siostrą - tak mi niszczyli psychikę, jaka to ja jestem zła i winna złu całego świata (ech..), że nie byłam w stanie być spokojna i racjonalnie myśleć i mówić, ale trzeba próbować. Finał, finałów, z siostrą nie rozmawiam już chyba od roku (a powinnam wcześniej po tym co mi zrobiła) z tatą lada dzień urwę kontakt, jak wyprowadzimy się z domu mojego rodzinnego. Jakie to życie jest do du** by rodzina taką krzywdę robiła ?..
  8. zagubiony25 Czy znalazłeś już jakieś rozwiązanie? Mam bardzo podobny problem tylko nie mam wykształcenia, a mam kogoś kto o dziwo przy mnie jeszcze jest..
  9. Dokładnie, nie raz moje flaki na chodniku leżały, a ja z nimi sama, samiuśka stałam.. Trafić na człowieka, przyjaciela, który będzie z Tobą w każdym Twym beznadziejnym nastroju to skarb. Ale który nie tylko poklepie po plecach, ale również pomoże, albo chociaż spróbuje pomóc. Do autora wątku. Napisałeś o długach. Jakie to są długi? Duże, małe? U osób fizycznych czy może w PKP itp? Zacznij może od tego. Postaraj się zarobić, spłacić je. Jeżeli to właśnie jakieś PKP itd to napisz do nich z prośbą o rozłożenie na raty (przechodziłam przez to...). Też nie mam lekko. Gdyby nie mój mąż, to chyba bym się już dawno pocięła czy coś. Nigdy nie miałam prawdziwych przyjaciół, tylko znajomi, którzy i tak okazali się guzik warci.. W rodzinie od zawsze źle. Przez siostrę nie mogę ułożyć sobie życia.. Przed śmiercią mojej mamy kłóciłam się z nią kilka lat, ostatnie słowa jakie jej powiedziałam, to że mnie to nic nie obchodzi jak ona umrze (a naprawdę tego nie czułam), długi to kolejny rozdział w mym życiu, do tego wiecznie jestem niezadowolona i od ponad roku nie mam pracy, a jak jakąś mam to szybko rzucam z jakiś wielu powodów.. Dlatego znajdź teraz pomoc, bo jak dojdziesz do takiego stanu co ja, to współczuję (choć wiem, że może być gorzej)... Lepiej zacząć od razu brać się za siebie nie czekać na cud.. Ja już nie mam chyba sił..
  10. To powiedz spokojnie "Jola (np.) sprawiasz mi przykrość mówiąc co mi jest, dlatego Cię proszę byś przestała, a tą kwestię zostawimy mojemu lekarzowi, jak do niego pójdę. Liczę, że się zrozumiałyśmy. " Jak coś powie, to powiedz np. "dziękuję za troskę, to jest rola mojego lekarza", jak dalej będzie mówić, to nie daj się emocjom, nie zmieniaj tonu, tylko mów "to jest rola mojego lekarza" i w kółko powtarzaj ten tekst. Nie zmieniaj go za żadną cenę. I ton spokojny, opanowany. jak po długim czasie dalej tak będzie to powiedz "widzę,że się dziś nie zrozumiemy, lepiej będzie jak spotkamy się innym razem" i wyjdź, wyproś itd. A ja pojęczę, że nie mogę ułożyć sobie życia zawodowego, mam męża, ale nie mam pracy, co pójdę na jakąś rozmowę to coś mi nie pasuję, zawsze znajdę jakąś dziurę w całym. Chyba, że to jest dziurawe, a ja nie wiem?... Do tego nie mamy mieszkania, nic, a ja jestem ciągle niezadowolona i tęsknie za przeszłością, która i tak nie była dobra....
×