Jak sobie pomyślę, ile czasu potrzeba żeby zbudować z kimś jakąś sensowna więź, wzajemne zaufanie, przywiązanie, przyjaźń to robi mi się bardzo źle. Gdyby nie zauroczenie, fascynacja i inne gówna, to chyba nikomu by się nie chciało tego wszystkiego budować. Mózg wręcz musi być wyłączony, bo to się jakoś chujowo kalkuluje. Inwestujesz czas, energię, zasoby i nawet nie wiesz czy wszystko się nie spierdoli w ciągu kilku miesięcy. Może przestaniesz się komuś podobać? Może Twoja, partnerka przestanie się podobać Tobie? Może, kurwa, jakieś zjebane, losowe, aktywacje połączeń nerwowych doprowadzą do sytuacji, że pewnego pięknego dnia zaczniesz czuć do partnerki jakąś wielką niechęć? Albo nawet nie muszą to być losowe aktywacje, może się, kurwa, okaże, że mama była dla Ciebie niemiła 30 lat wcześniej i nagle nastąpiła emanacja owej ukrytej latami traumy? Może okaże się, że latami tłumiłeś niechęć do blondynek/brunetek /chudych/grubych/za mądrych/za głupich/seksualnie wyzwolonych/świętojebliwych/cycatych/płaskich/wrażliwych/empatycznych/samolubnych? I pewnego dnia owa niechęć nagle wypierdoli z pełną mocą? A może coś podobnego nagle zadzieje się z Twoja partnerką i pewnego pięknego dnia powie Ci, że ją brzydzisz?
Pierdolę brak kontroli nad nawet najmniejszymi aspektami rzeczywistości.