-
Postów
3 536 -
Dołączył
Ostatnie wizyty
22 010 wyświetleń profilu
Osiągnięcia Dryagan
-
Ja bym jednak radził nie czerpać wiedzy o życiu w Turcji z romantycznych tureckich seriali. Ten plan ma kilka luk. Po pierwsze z rentą socjalną sprawa jest prosta: warunkiem jej przyznania i wypłaty jest zamieszkiwanie na terytorium Polski, więc pomysł typu „wyprowadzam się do Turcji i żyję z renty socjalnej z ZUS” średnio się klei. Co innego wypracowane świadczenia, bo te mogą być transferowane za granicę. Po drugie sama Turcja… Owszem, ładne widoki i słoneczko – super kraj na wakacyjny, turystyczny wyjazd, ale mieszkanie na stałe? Sytuacja kobiet tam to nie jest żaden lukrowany kadr z filmu. Chociaż jest lepiej niż w innych krajach muzułmańskich, to jednak przemoc wobec kobiet i dziewcząt jest tam powszechna. Więc fajnie pooglądać w serialu, gorzej trochę z codziennością. No i jeszcze to „życie jak król”. Średnio samotna osoba potrzebuje w Turcji minimum 645 dolarów miesięcznie, czyli ok. 2378 zł, i to bez czynszu. Jak doliczyć przeciętne mieszkanie 1-pokojowe, to robi się około 1067–1223 dolarów miesięcznie, czyli mniej więcej 3928–4504 zł. to jest takie minimum. Czyli tak: bywa taniej niż w Polsce, ale to nie jest żadna bajka z serii „pakuję walizkę i od jutra jestem księżniczką Stambułu”.
-
Brzmi jak klasyczna samospełniająca się przepowiednia – albo przynajmniej jak ustawienie sobie głowy w tryb „i tak nie wyjdzie”, który podcina skrzydła zanim człowiek w ogóle zacznie. Tylko warto to doprecyzować: czasem to nie jest myślenie magiczne, tylko prosta konsekwencja. Jak z góry zakładasz porażkę, to zwykle mniej się angażujesz, odkładasz naukę, odpuszczasz, nie prosisz o pomoc, a każdą trudność traktujesz jako „dowód, że miałem rację”. I potem wynik jest oczywiście… zgodny z przewidywaniem. Po co zatem chodzić na kurs, kiedy wchodzisz tam z nastawieniem na przegraną? Może po to, żeby potwierdzić sobie stary schemat: „ja zawsze tak mam”. Tyle że to jest strasznie kosztowne! Trochę mamy za mało danych, żeby się odnieść do Twojego posta. Co dokładnie sprawiło, że „wiedziałeś” wcześniej? Braki, lęk, brak czasu, prokrastynacja, zbyt wysoki poziom? Bo od tego zależy, czy problemem jest nastawienie, czy warunki i realny plan.
-
Też jestem z Ciebie dumny jak to lustro
-
Patrzę w lustro i myślę: „O, to ja. Dobrze, że chociaż lustro nie ma funkcji komentarzy.
-
-
Dziś już lepiej Ostatnio było tak sobie – domowa dyplomacja weszła na wyższy level i przez chwilę miałem klimat „strefy zdemilitaryzowanej”. Trochę się trzeba było pogimnastykować, ale wygląda na to, że jest rozejm i jakiś sensowny konsensus.
-
@alone05 już któryś raz widzę, że masz jakieś dziwne podejście do rodziny. Ja rozumiem zmęczenie życiem i to, że człowiek marzy o świętym spokoju, ale teksty w stylu „żona = służąca” i „matka = służąca” to jest po prostu bzdura. To nie jest opis małżeństwa ani macierzyństwa, tylko kiepskiego układu, gdzie ktoś sobie urządził w domu darmową obsługę. Normalny związek to partnerstwo: dzielimy obowiązki, wspieramy się, czasem jedno robi więcej, czasem drugie, ale nikt nikomu nie „usługuje”! A dziecko? To jest odpowiedzialność i opieka, jasne, ale rodzic nigdy nie powinien być służącym dziecka. Jak jest małe, to wiadomo – wymaga dużo uwagi. Potem trzeba je uczyć samodzielności, odpowiedzialności i obowiązków, a nie wyręczać we wszystkim i robić z domu hotel z obsługą. W zdrowej rodzinie to się rozkłada sensownie: rodzice współpracują ze sobą, a dziecko też ma swój udział, adekwatny do wieku. Serio zapytam, bez złośliwości: Ty to wyniosłaś z domu? Bo jeśli tak, to co to znaczy w praktyce – że Twoja mama była służącą dla ojca i Ciebie? Przecież to brzmi jak przepis na wieczną frustrację. Jeśli chcesz być singielką – jasne, masz do tego pełne prawo. Wolność, niezależność, odpoczynek – brzmi dobrze, zwłaszcza jak ktoś ma już swoje doświadczenia. Tylko nie wrzucajmy wszystkich związków i wszystkich rodzin do jednego worka, bo to nie „małżeństwo/ dziecko” robi z człowieka niewolnika, tylko brak granic i wejście w układ z kimś, kto nie umie być partnerem. A w odpowiedzi na temat wątku – ja bym chciał być w podobnym miejscu jak teraz, żeby nie było konfliktów w rodzinie i żeby wszystko grało, żeby nie było wojny, żeby była praca i w ogóle spokojnie.
-
Kompletny brak asertywności
Dryagan odpowiedział(a) na sailorka temat w Problemy w związkach i w rodzinie
@You know nothing, Jon Snow owszem są sytuacje, gdzie trafiasz na totalnych natrętów do których nic nie dociera. I że czasem człowiek ma poczucie, że jest bezradny. Tylko właśnie wtedy krzyk też zwykle nic nie zmienia — poza tym, że zostajesz z jeszcze większym napięciem. Najskuteczniejsze w takim wypadku bywa nie mocniejsze słowo, tylko odcięcie się i żelazna konsekwencja: zero tłumaczenia, zero wchodzenia w dyskusje, zero reakcji emocjonalnej (bo to jest ich paliwo). I jeszcze jedno: czasem najmocniejsze rzeczy wypowiada się szeptem. Spokojnie, krótko, stanowczo — i potem robisz swoje. To potrafi działać mocniej niż jakakolwiek awantura. I właśnie się o tym po raz kolejny przekonałem (żeby dodać trochę prywaty) -
Kompletny brak asertywności
Dryagan odpowiedział(a) na sailorka temat w Problemy w związkach i w rodzinie
Krzyk i wyzwiska zwykle nie „dają” więcej niż chwilową ulgę dla Ciebie (bardzo chwilową). Drugą stronę najczęściej ustawiają w tryb obrony albo kontrataku zamiast przekonać do czegokolwiek. I masz gotową awanturę, a natręt dostaje jeszcze dodatkowe paliwo, bo widzi, że trafił. Jak spokojne „nie” nie działa, to rozwiązaniem nie jest głośniejsze „nie”, tylko konsekwencja. Jedno zdanie i koniec dyskusji: „Nie. Nie życzę sobie. Kończę rozmowę”. I potem realne działanie: rozłączasz się, odchodzisz, blokujesz, nie odpisujesz, zgłaszasz. To jest asertywność w praktyce — nie ton głosu, tylko to, że naprawdę przestajesz w tym uczestniczyć. A co do „mam mowę wulgarną, nic nie poradzę” — poradzisz. To jest nawyk, nie wyrok. Możesz przekląć sobie pod nosem, możesz się wyładować w notatniku, na spacerze, na siłowni — byle nie przerabiać rozmowy z człowiekiem na obelgi, bo wtedy tracisz kontrolę nad przekazem i sama sobie robisz pod górkę. -
Kompletny brak asertywności
Dryagan odpowiedział(a) na sailorka temat w Problemy w związkach i w rodzinie
@You know nothing, Jon Snow ja się z Tobą nie zgodzę w tym, że "czasem trzeba coś niemiłego wykrzyczeć" (bo widzę co robisz w swoim wątku). W temacie asertywności warto to mocno rozróżnić: asertywność nie polega na krzyku ani na „dociskaniu” kogoś wulgaryzmami. Asertywność to jasne, spokojne postawienie granicy – takie „nie”, które jest stanowcze, ale bez awantury. Bo odmowę czy przeciwne zdanie da się przekazać bez podnoszenia głosu: krótko, konkretnie, bez tłumaczenia się i bez wchodzenia w przepychankę. Krzyk zazwyczaj nie przekonuje nikogo do niczego – częściej odpala u drugiej osoby obronę albo agresję i robi się zwykła pyskówka, a nie asertywna postawa. -
"Sto lat samotności" - jedna z lepszych książek jakie czytałem. Z pewnością nie nuda. No, ale zgadzam się, że wymagająca lektura. W tamtym roku wyszedł świetny serial na jej podstawie - polecam. Nie sądziłem, że taką fabułę da się przenieść na ekran, ale się udało.
-
@incel362 Stop. To jest Twoje „przywitanie” na forum i od razu lecisz pogardą, etykietkami i prowokacją? Takich tekstów tutaj nie tolerujemy. To forum nie jest od wyżywania się na kobietach ani od obrażania kogokolwiek „dla zasady”. Masz prawo pisać o swoich doświadczeniach, złości, rozczarowaniu – ale bez wyzwisk, bez uogólnień i bez robienia z ludzi worka na frustrację. Jeśli chcesz zostać i rozmawiać normalnie, zmień ton i trzymaj się zasad. Jeśli jeszcze raz polecisz takimi wrzutkami, poleci moderacja.
-
Ja bym zrobił tak: już przed lotem ogarnij warunki pod siebie. W tym przypadku lepsze jest miejsce przy przejściu a nie przy oknie - łatwiej wstać, rozprostować nogi, nie czujesz się uwięziona. Lepiej zająć miejsce w okolicy skrzydeł, bo mniej czuć bujanie. Nie pij kawy ani alkoholu przed lotem, bierz wodę i coś do żucia czy ssania (landryny, guma do żucia). Zajmij się czymś – przygotuj sobie jakąś książkę, film czy serial, muzykę, coś wciągającego – tak, żeby mózg miał czym się zająć przez 3 godziny. Najważniejsze jest przerwanie tego „sprawdzania” i walki z objawem. Jak czujesz, że serce przyspiesza, to zamiast kontrolować je co 30 sekund, spróbuj pooddychać spokojnie, mocno oprzyj stopy o podłogę, dociśnij uda do fotela, wymień w myśli 5 rzeczy które widzisz, 4 które słyszysz, 3 które czujesz dotykiem. Pamiętaj, że lęk nie trwa wiecznie i to w końcu minie. Skonsultuj się z lekarzem przed lotem - jak radzą wyżej - w razie czego miej jakieś benzo na uspokojenie. Też nie jestem zwolennikiem, ale w sytuacjach kryzysowych pomaga doraźnie. Pamiętaj też, że trzy godziny nie jest trzy razy gorsze niż półtora godziny. Najgorszy zwykle bywa start i pierwsze 20–30 minut, potem organizm zwyczajnie zaczyna się męczyć samym lękiem i – nawet jeśli nie od razu – napięcie stopniowo puszcza. Spróbuj też (choćby na moment) dopuścić inną wersję tej historii: że możesz się tym lotem trochę cieszyć. Serio. Widok z góry, chmury – to bywa naprawdę fajne, kiedy mózg przestaje traktować to jak zagrożenie. Nie musisz od razu być zachwycona, ale warto mieć w głowie alternatywę: „może będzie ok, a może nawet mi się spodoba”. Ja na przykład lubię latać – bardziej nawet niż jeździć samochodem. Taką myśl kiedyś podsunąłem córce i ona od początku podchodziła do latania z ciekawością, a nie ze strachem. Czasem taki mały „przełącznik” w głowie robi dużą różnicę. Nie nakręcać się negatywnie na długo przed lotem, tylko podejść do tego jako do przygody
-
Proszę Wszystkich o minimum szacunku do siebie nawzajem. Można się nie zgadzać, można się spierać, ale bez obelg, bez przytyków i bez jechania po sobie. Trzymajmy poziom, bo inaczej z forum robi się ring bokserski, a nie miejsce do rozmowy.