Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Destoroyah

Użytkownik
  • Zawartość

    19
  • Rejestracja

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Chodzi mi o coś takiego: trawią nas silne emocje, głównie negatywne, chcemy je jakoś z siebie wyrzucić, zwrócić uwagę na swój problem, czasem uzyskać pomoc, czasem po prostu się wyżalić (może częściej niż czasem). Z drugiej strony - jest świadomość, że zawracamy głowę drugim osobom, dostaliśmy mniej lub bardziej wyraźne sygnały, że mają dosyć wysłuchiwania nas, że z czymś tam przegięliśmy. I - nawet nie z jakiejś potrzeby biernej agresji - "nie chcesz mnie słuchać teraz, to cię teraz ukarzę brakiem poruszania moich osobistych spraw" - chcemy zastopować (bo rozumiemy, że ta osoba może mieć dosyć, ma swoje nerwy, problemy itd.), ale też siedzą w nas te emocje i nie mamy co z nimi zrobić (np. przez lata przyzwyczailiśmy się do "wylewania" napięć albo zwyczajnie chcemy wsparcia). I tu pytanie - jak sobie sobie radzić z silną, w zasadzie wyuczoną potrzebą przelewania na ludzi swoich problemów, żali, smutku itd.? Czy po prostu obserwować te emocje, które w nas siedzą, bez dzielenia się nimi z innymi? Czy np. przelewać je na papier, zrzucając z siebie natłok myśli, odczuć? Co jeśli to nie wystarczy, bardzo chcemy z konkretną osobą się podzielić tym czy tamtym w danym, stresującym dla nas momencie, a wiemy, że jednak nie powinniśmy / że "wyczerpaliśmy pulę" na dany okres itd.? Że np. powiedziała nam, że "inni ludzie sobie jakoś sami radzą ze swoimi problemami" i to był wyraźny sygnał "nie zawracaj mi gitary / chciał(a)bym, żebyś ty też tak potrafił(a) sobie pomóc bez angażowania mnie"?
  2. Od grudnia chodzę na psychoterapię w nurcie psychodynamicznym. Ostatnio zapaliły mi się takie dwie lampki i zastanawiam się czy mam powody do niepokoju: 1. Trochę zmartwiony tym, że pewnych obszarach (stosunki rodzinne, zaburzenia odżywiania) terapia idzie wolno, przyniosłem na terapię kontrakt, żeby przyjrzeć się celom i ich realizacji. Dowiedziałem się, że jest to zachowanie agresywne. Było tu trochę "wywołania do tablicy" czy ponaglenia, trochę na zasadzie "płacę, więc wymagam" (choć o wiele mniej roszczeniowo niż w pierwszej połowie roku), ale nie uznałbym tego za agresję. 2. Przyszedłem 20 minut wcześniej. Terapeuta był zdziwiony. Poprosił o zachowywanie się cicho w korytarzu, co bardzo mnie ubodło, bo zawsze jestem cicho, wyłączam komórkę, z nikim nie rozmawiam, niemalże nie oddycham. Teraz na wszelki wypadek unikałem nawet kontaktu wzrokowego z pacjentkami. W gabinecie wałkował, że przyjście 20 minut wcześniej to próba zasygnalizowania czegoś. Jedynym motywem było to, że nie chciałem stać na polu. Kiedyś usiłował rozważać czy to, że nie wszedłem z plecakiem nie jest oznaką, że czegoś nie chcę wnosić na sesję. Często odnosi różne wydarzenia czy zachowania do siebie, czy tego, że nie mieliśmy sesji. Przez te dwie rzeczy mocno zachwiało się moje zachowanie do terapeuty. Boję się "gaslightingu" i wmawiania mi różnych rzeczy (do tego terapia kosztuje, bo chodzę prywatnie). Dlaczego ja mam brać odpowiedzialność za to, jak ktoś się poczuł, a inni względem mnie nie muszą (włącznie z terapeutą, nawet sobie to w pewien sposób zastrzegł w kontrakcie, że mogę mieć pogorszenia nastroju itd). Co o tym sądzicie?
  3. Destoroyah

    Greta Thunberg

    Podziwiam dziewczynę i jest mi głupio, wstyd. Z drugiej strony nie lubię takie emocjonalnego ataku i wystąpienia, biorę mocno do siebie. Reklama ING z nią mnie irytuje, bo czuje przymus, jak widzę te uśmieszki, zaciśnięte wargi dzieci to włącza mi się instynktownie opór. Jakoś bliżej mi do Sir Davida Attenborough, który mówi w zasadzie to samo, ale spokojniej, plus ciężko go podpiąć pod bycie zmanipulowanym przez ekolobby. Myślę, że każde z nich (Greta i Sir David) docierają do innej grupy ludzi, i dobrze, choć Greta bardziej wywołuje poczucie winy i przez to jakoś bardziej zmusza do zmiany (choć wiem, że zmiana przez poczucie winy to nie jest coś idealnego).
  4. Że potrafiłem się dobrze bawić na weselu (poszedłem bez drugiej osoby), nie dałem się negatywnym myślom, które popsuły mi zabawę w maju - albo je kontrowałem, albo olewałem, albo wychodziłem z inicjatywą, żeby je zagłuszyć.
  5. Prowadzę od końca lipca notesik wdzięczności i każdego dnia zapisuję pięć rzeczy, za które jestem wdzięczny i staram się wyciągać z tego wnioski; W zeszłym tygodniu wróciłem do diety (zarzuconej na początku maja) i się jej póki co trzymam; Wyklarowało mi się kilka rzeczy (np. że nie chcę szukać partnerki w klubach i że chcę połączyć pracę dla innych z realizacją swoich pasji, niby banał, ale zawsze mi się wydawało, że albo - albo); Zacząłem wychodzić z kolegami z pracy na piłkę.
  6. Wróciłem do domu na urlop i skoczyłem wieczorem kupić Mamie gofra z marmoladą.
  7. Od grudnia chodzę na terapię w nurcie psychodynamicznym, w marcu dostałem diagnozę (borderline), podpisaliśmy konktrakt. Ostatnio mam ostry zjazd, który jednak staram się przepracować, choć emocje często biorą górę. Jestem silnie związany z Mamą, może nawet zbyt silnie. Pół roku temu zmarł po chorobie mój Ojciec - byli ze sobą prawie 50 lat (ja mam 31, urodziłem się dość późno, gdy oboje byli po czterdziestce). Czuję u siebie poczucie winy, że powinienem poświęcać jej więcej czasu, że muszę się nią zajmować, wmawiam sobie, że ma wobec mnie żądania i pretensje. Rodzi to frustrację, że albo życie rodzinne, albo układanie własnego (szukanie partnerki itd.). Wiem, że terapia powinna to zintegrować, że powinienem być w stanie obie rzeczy ogarniać. Dziś znowu dały o sobie znać emocje. Moja Mama zaczęła podważać skuteczność terapii, terapeutę nazwała cwaniakiem, który mi nie pomaga; już wcześniej - przy innym emocjonalnym ataku - mówiła, że psu na budę leki, które przyjmuję. Zrobiło mi się bardzo przykro. Zastanawiam się nad poproszeniem terapeuty, ew. psychiatry, u której jestem raz na miesiąc, żeby wypisali mi opinię, która potwierdziłaby diagnozę i wytłumaczyła Mamie od strony naukowej, że to jest bardziej skomplikowane. Czy myślicie, że to ma sens? Jak inaczej przekonać rodzicielkę o słuszności terapii i tym, że przebiega tak, jak powinna? Wiem, że muszę pracować nad sobą. Ale mam też poczucie, że nie mogę mieć gorszego okresu. Może to jest też kwestia, że za długo on trwa, że zbytnio rozstrząsam takie kwestie jak wyalienowanie w pracy czy zazdrość wobec sukcesów innych i przyjeżdżam do domu skwaszony i zgorzkniały jak zramolały starzec.
  8. Bardzo mi przykro, że w pracy jestem wykluczany przez grupę kolegów. Że traktują mnie jak nudnego klepacza w klawiaturę. Że nie zapraszają na kawę czy papierosa. Czuję się jak żebrak, który musi dopraszać się o koleżeństwo, albo trędowaty.
  9. Gratulacje. Ja z jednej strony cieszę się jakimiś drobiazgami, z drugiej już stresuję dniem jutrzejszym w pracy. Że znowu będę się czuł wykluczony. I że zbiera mi się multum pracy i że boję się, że nie podołam.
  10. To jest dużo rzeczy. Pewnie też to, że traktowałem go jako sposób podbudowania ego i zadowolenia bliskich; żeby mieli poczucie, że ich syn coś osiągnął. I gdzieś mi umknęło autentyczne zainteresowanie i pasja, przez które sam z siebie kupowałem sobie książki o tej tematyce, pożyczałem, oglądałem filmy, wymyślałem wystąpienia na konferencje itd. Teraz kojarzy mi się tylko z jakimiś naprawdę zakręconymi osobami, uniwersytecką sztywnością, tytułomanią (a sam jej kiedyś pożądałem) i babraniem się w martwych rzeczach. I że sto razy wolałbym być wyciągnięty na papierosy, których nie palę, kawę czy spytany o weekend, zainteresowania itd. niż usłyszeć o sobie "pan doktor", "masz doktorat, wow". Też tak miałem. Z tym, że częściej pojawiał się głos "już za późno". Okazjonalnie go przezwyciężałem - najwięcej pary miałem, jak na półtora miesiąca olałem FB i YT, wtedy nawet nie było wyrzutów sumienia, jak po dniu w bibliotece spędzałem wieczór z kolegą przy piwie. Czasem trzeba po prostu robić, żeby cokolwiek było, nawet jak się wydaje, że to nic. Zawsze lepszy kamyczek dorzucony niż zupełna pustka.
  11. Dzięki serdeczne, z historii literatury. Na siłę ją teraz deprecjonuję, choć intelektualnie wiem, że to nie ma sensu. Nawet mi w tym tygodniu koleżanka z pracy doradzała, żebym szukał walidacji wewnątrz, a nie na zewnątrz i że przykładem może być ten doktorat i że "wow". Jak zacząłem coś ogarniać przy jego wydaniu to znowu wróciło zainteresowanie, ale póki co obdarzam go za dużym negatywnym ładunkiem emocjonalnym i sobie obrzydzam. Życzę Ci powodzenia. Ostatnio mam podobnie - włącznie z objadaniem się i rozczarowaniem terapią. Łączę się w bólu. Nie wiem jak u Ciebie to wygląda - ja sobie zdaję czasem dopiero po jakimś czasie sprawę, że kilka pozornie bezowocnych sesji układa się w większą, ważną całość. Nawet dwie ostatnie sesje, z których nie jestem do końca zadowolony, staram się oglądać z innej perspektywy i coś z nich wyciągać. Początki chyba zawsze są takie ciężkie, wiem to ze swojego doświadczenia i kolegi. Życzę, żeby udało się Wam do czegoś dojść.
  12. Ładna pogoda, spotkanie ulubionej nauczycielki z liceum, zrobienie Mamie zakupów, upieczone przez nią ciasto, muzyka.
  13. Auroro, nastawiałem się, żeby iść wyluzowanym, dobrze się bawić, nie myśleć o poważnym związku, tylko o poznaniu nowych ludzi, nawet w charakterze koleżanek. Było fajnie, ale mina mi zrzedła, kiedy po spotkaniu przyszedł mail, że ŻADNA z 12 dziewczyn nie chce się ze mną spotkać. A z czterema naprawdę bardzo dobrze mi się rozmawiało i myślałem, że im też. Dziś - smutek i rozdrażnienie. Nie bawiłem się dobrze na weselu koleżanki, kilka razy z kimś zatańczyłem (dziewczynom chyba było mnie żal), praktycznie z nikim nie gadałem, nie chciało mi się brać udziału w grach weselnych i słuchać typowo weselnej muzyki. Znowu mój wyidealizowany obraz świata zderzył się z rzeczywistością i intelektualnie kumam, że nic się nie stało i to wszystko moja wina, ale emocjonalnie mi przykro, wyszukuję dodatkowe przykre rzeczy (przypomniały mi się stare złośliwości dwóch "kolegów" z czasów studiów odnośnie do bycia frajerem, wracam myślami do ostatniego spotkania z psychiatrą, podczas którego zrobiła mi kilka razy przykrość, albo tego, że jak szedłem na ślub to jakaś pani z ruchu LGBT podeszła do mnie i ni z tego ni z owego zwyzywała mnie od debilów - może wzięła mnie za prawicowca / konserwatystę, który przyszedł im marsz popsuć; byłem w garniturze, no, ale trudno, żebym na wesele szedł w skórze i dżinsach).
  14. To ja akurat doktorat ogarnąłem (tyle tylko, że z 4 lat zrobiło mi się 6 -przez co mój Tata nie zdążył już pojechać na obronę (przynajmniej był na tyle świadomy, że się cieszył i mi gratulował), a dyplom odebrałem po jego śmierci), ale ostatnio straciłem do niego serce i patrzę na niego ze złością - czasem jak do niego wracam przypominają mi się fajne chwile pracy nad nim, ale mam tendencję do użalania się, że trzeba było poświęcić te lata na naukę komunikacji interpersonalnej i znalezienie kogoś (tak jakby doktorat mi to blokował, ba, moją byłą dziewczynę poznałem na konferencji naukowej właśnie).
  15. Hej wszystkim. Mam 31 lat, jestem facetem. Od dłuższego czasu zmagam się z problemami związanymi z moją osobowością. Od pół roku chodzę na terapię (gdzie zdiagnozowano u mnie borderline). Jeszcze dłużej byłem czytelnikiem tego forum. To, co pisaliście, często mi pomagało, dawało jakąś nadzieję i chwilę wytchnienia oraz poczucie, że nie tylko ja się z czymś zmagam. Ostatnio negatywy przeważają (pomimo pracy z terapeutą) i pomyślałem, że się zarejestruję.
×