Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

Destoroyah

Użytkownik
  • Zawartość

    16
  • Rejestracja

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. Że potrafiłem się dobrze bawić na weselu (poszedłem bez drugiej osoby), nie dałem się negatywnym myślom, które popsuły mi zabawę w maju - albo je kontrowałem, albo olewałem, albo wychodziłem z inicjatywą, żeby je zagłuszyć.
  2. Prowadzę od końca lipca notesik wdzięczności i każdego dnia zapisuję pięć rzeczy, za które jestem wdzięczny i staram się wyciągać z tego wnioski; W zeszłym tygodniu wróciłem do diety (zarzuconej na początku maja) i się jej póki co trzymam; Wyklarowało mi się kilka rzeczy (np. że nie chcę szukać partnerki w klubach i że chcę połączyć pracę dla innych z realizacją swoich pasji, niby banał, ale zawsze mi się wydawało, że albo - albo); Zacząłem wychodzić z kolegami z pracy na piłkę.
  3. Wróciłem do domu na urlop i skoczyłem wieczorem kupić Mamie gofra z marmoladą.
  4. Od grudnia chodzę na terapię w nurcie psychodynamicznym, w marcu dostałem diagnozę (borderline), podpisaliśmy konktrakt. Ostatnio mam ostry zjazd, który jednak staram się przepracować, choć emocje często biorą górę. Jestem silnie związany z Mamą, może nawet zbyt silnie. Pół roku temu zmarł po chorobie mój Ojciec - byli ze sobą prawie 50 lat (ja mam 31, urodziłem się dość późno, gdy oboje byli po czterdziestce). Czuję u siebie poczucie winy, że powinienem poświęcać jej więcej czasu, że muszę się nią zajmować, wmawiam sobie, że ma wobec mnie żądania i pretensje. Rodzi to frustrację, że albo życie rodzinne, albo układanie własnego (szukanie partnerki itd.). Wiem, że terapia powinna to zintegrować, że powinienem być w stanie obie rzeczy ogarniać. Dziś znowu dały o sobie znać emocje. Moja Mama zaczęła podważać skuteczność terapii, terapeutę nazwała cwaniakiem, który mi nie pomaga; już wcześniej - przy innym emocjonalnym ataku - mówiła, że psu na budę leki, które przyjmuję. Zrobiło mi się bardzo przykro. Zastanawiam się nad poproszeniem terapeuty, ew. psychiatry, u której jestem raz na miesiąc, żeby wypisali mi opinię, która potwierdziłaby diagnozę i wytłumaczyła Mamie od strony naukowej, że to jest bardziej skomplikowane. Czy myślicie, że to ma sens? Jak inaczej przekonać rodzicielkę o słuszności terapii i tym, że przebiega tak, jak powinna? Wiem, że muszę pracować nad sobą. Ale mam też poczucie, że nie mogę mieć gorszego okresu. Może to jest też kwestia, że za długo on trwa, że zbytnio rozstrząsam takie kwestie jak wyalienowanie w pracy czy zazdrość wobec sukcesów innych i przyjeżdżam do domu skwaszony i zgorzkniały jak zramolały starzec.
  5. Bardzo mi przykro, że w pracy jestem wykluczany przez grupę kolegów. Że traktują mnie jak nudnego klepacza w klawiaturę. Że nie zapraszają na kawę czy papierosa. Czuję się jak żebrak, który musi dopraszać się o koleżeństwo, albo trędowaty.
  6. Gratulacje. Ja z jednej strony cieszę się jakimiś drobiazgami, z drugiej już stresuję dniem jutrzejszym w pracy. Że znowu będę się czuł wykluczony. I że zbiera mi się multum pracy i że boję się, że nie podołam.
  7. To jest dużo rzeczy. Pewnie też to, że traktowałem go jako sposób podbudowania ego i zadowolenia bliskich; żeby mieli poczucie, że ich syn coś osiągnął. I gdzieś mi umknęło autentyczne zainteresowanie i pasja, przez które sam z siebie kupowałem sobie książki o tej tematyce, pożyczałem, oglądałem filmy, wymyślałem wystąpienia na konferencje itd. Teraz kojarzy mi się tylko z jakimiś naprawdę zakręconymi osobami, uniwersytecką sztywnością, tytułomanią (a sam jej kiedyś pożądałem) i babraniem się w martwych rzeczach. I że sto razy wolałbym być wyciągnięty na papierosy, których nie palę, kawę czy spytany o weekend, zainteresowania itd. niż usłyszeć o sobie "pan doktor", "masz doktorat, wow". Też tak miałem. Z tym, że częściej pojawiał się głos "już za późno". Okazjonalnie go przezwyciężałem - najwięcej pary miałem, jak na półtora miesiąca olałem FB i YT, wtedy nawet nie było wyrzutów sumienia, jak po dniu w bibliotece spędzałem wieczór z kolegą przy piwie. Czasem trzeba po prostu robić, żeby cokolwiek było, nawet jak się wydaje, że to nic. Zawsze lepszy kamyczek dorzucony niż zupełna pustka.
  8. Dzięki serdeczne, z historii literatury. Na siłę ją teraz deprecjonuję, choć intelektualnie wiem, że to nie ma sensu. Nawet mi w tym tygodniu koleżanka z pracy doradzała, żebym szukał walidacji wewnątrz, a nie na zewnątrz i że przykładem może być ten doktorat i że "wow". Jak zacząłem coś ogarniać przy jego wydaniu to znowu wróciło zainteresowanie, ale póki co obdarzam go za dużym negatywnym ładunkiem emocjonalnym i sobie obrzydzam. Życzę Ci powodzenia. Ostatnio mam podobnie - włącznie z objadaniem się i rozczarowaniem terapią. Łączę się w bólu. Nie wiem jak u Ciebie to wygląda - ja sobie zdaję czasem dopiero po jakimś czasie sprawę, że kilka pozornie bezowocnych sesji układa się w większą, ważną całość. Nawet dwie ostatnie sesje, z których nie jestem do końca zadowolony, staram się oglądać z innej perspektywy i coś z nich wyciągać. Początki chyba zawsze są takie ciężkie, wiem to ze swojego doświadczenia i kolegi. Życzę, żeby udało się Wam do czegoś dojść.
  9. Ładna pogoda, spotkanie ulubionej nauczycielki z liceum, zrobienie Mamie zakupów, upieczone przez nią ciasto, muzyka.
  10. Auroro, nastawiałem się, żeby iść wyluzowanym, dobrze się bawić, nie myśleć o poważnym związku, tylko o poznaniu nowych ludzi, nawet w charakterze koleżanek. Było fajnie, ale mina mi zrzedła, kiedy po spotkaniu przyszedł mail, że ŻADNA z 12 dziewczyn nie chce się ze mną spotkać. A z czterema naprawdę bardzo dobrze mi się rozmawiało i myślałem, że im też. Dziś - smutek i rozdrażnienie. Nie bawiłem się dobrze na weselu koleżanki, kilka razy z kimś zatańczyłem (dziewczynom chyba było mnie żal), praktycznie z nikim nie gadałem, nie chciało mi się brać udziału w grach weselnych i słuchać typowo weselnej muzyki. Znowu mój wyidealizowany obraz świata zderzył się z rzeczywistością i intelektualnie kumam, że nic się nie stało i to wszystko moja wina, ale emocjonalnie mi przykro, wyszukuję dodatkowe przykre rzeczy (przypomniały mi się stare złośliwości dwóch "kolegów" z czasów studiów odnośnie do bycia frajerem, wracam myślami do ostatniego spotkania z psychiatrą, podczas którego zrobiła mi kilka razy przykrość, albo tego, że jak szedłem na ślub to jakaś pani z ruchu LGBT podeszła do mnie i ni z tego ni z owego zwyzywała mnie od debilów - może wzięła mnie za prawicowca / konserwatystę, który przyszedł im marsz popsuć; byłem w garniturze, no, ale trudno, żebym na wesele szedł w skórze i dżinsach).
  11. To ja akurat doktorat ogarnąłem (tyle tylko, że z 4 lat zrobiło mi się 6 -przez co mój Tata nie zdążył już pojechać na obronę (przynajmniej był na tyle świadomy, że się cieszył i mi gratulował), a dyplom odebrałem po jego śmierci), ale ostatnio straciłem do niego serce i patrzę na niego ze złością - czasem jak do niego wracam przypominają mi się fajne chwile pracy nad nim, ale mam tendencję do użalania się, że trzeba było poświęcić te lata na naukę komunikacji interpersonalnej i znalezienie kogoś (tak jakby doktorat mi to blokował, ba, moją byłą dziewczynę poznałem na konferencji naukowej właśnie).
  12. Hej wszystkim. Mam 31 lat, jestem facetem. Od dłuższego czasu zmagam się z problemami związanymi z moją osobowością. Od pół roku chodzę na terapię (gdzie zdiagnozowano u mnie borderline). Jeszcze dłużej byłem czytelnikiem tego forum. To, co pisaliście, często mi pomagało, dawało jakąś nadzieję i chwilę wytchnienia oraz poczucie, że nie tylko ja się z czymś zmagam. Ostatnio negatywy przeważają (pomimo pracy z terapeutą) i pomyślałem, że się zarejestruję.
  13. Dzisiaj czuje się jak bardzo roszczeniowy dzieciak (podstawówka). Nawet jeśli intelektualnie widzę rozwiązania, emocjonalnie ich nie chcę, pozwalam czarnym myślom się dominować. Wyobrażam już sobie, co będzie jutro w pracy (że znowu grupka będzie się trzymała z boku, wychodziła na papierosa, była ziomkami), a ja będę się spalał, zamiast skupić na pisaniu tekstów. Mam sporo ważnych rzeczy do zrobienia w tym tygodniu (kupienie prezentu ślubnego, przygotowanie do speed date, kilka ustaleń z wydawnictwami), a zachowuję się na zasadzie "zrobi się, będzie" - "ważniejsze to, że jutro w pracy będą miło wspominali piątkowy wyjazd, na którym ja się alienowałem".
  14. Do siebie: negatywne, bardzo autodestrukcyjne (duża ilość pitej kawy, powrót do zażerania się, w tym słodyczami). Do ludzi: weźcie mnie lubcie / zauważcie mnie / pomóżcie mi - > dajcie mi gotowe rozwiązanie. Do świata: neutralne.
  15. Mam podobnie. Tylko, że ja ja bardziej zazdroszczę ludziom, którzy potrafią ze sobą rozmawiać, śmiać się, trzymają się razem. A ja jestem traktowany jak ograniczony nudziarz. Nie palę papierosów (mój Tata - nałogowy palacz- pół roku temu zmarł na raka), które są w pracy traktowane jako ważne spoiwo, nie oglądam Netfliksa, nie gram w gry, nie mam partnerki, prawa jazdy, nie jeżdżę za granicę, z powodu kontuzji kręgosłupa nie mogę uprawiać sportów. Mam kilka osób z którymi rozmawiam fajnie i naturalnie (o literaturze, popkulturze, filozofii itd.), ale bardzo zazdroszczę innym - np. że koleżanka się ode mnie odsunęła i się trzyma z inną grupą, mnie odburkuje albo pyta o sprawy służbowe tylko i ja się zawsze czuję gorszy, wykluczony i mogę tylko patrzeć jak się śmieją i gadają ze sobą o tym co robili w weekend, o urlopach, Ikei itd. Że są koledzy, którzy są duszami towarzystwa, których się uwielbia, a ja wyglądam i czuję się jak cholerny gargamel-creeper. Że nie umiem z siebie wykrzesać radości i zainteresowania. Że koledzy, którzy też mają problemy z osobowością jak ja, jednak jakoś sobie towarzysko radzą.
×