Skocz do zawartości
Nerwica.com

sop3l3k

Użytkownik
  • Postów

    10
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

    nigdy

Osiągnięcia sop3l3k

  1. Może nie dziś, bo zajście miało miejsce w poniedziałek. Był piękny dzień, ale popołudniu rozpętała się burza i ulewa. Wracając do domu wszedłem na zakupy i potem udałem się na przystanek autobusowy pod centrum handlowym. Stała na przystanku oprócz paru osób też taka kobieta, z wyglądu może 25-26 lat. Autobus podjechał, nacisnąłem przycisk do otworzenia drzwi, bo sam chciałem tym autobusem pojechać i ona się tak uśmiechnęła. Niby nic, ale było to miłym gestem.
  2. sop3l3k

    Uszanowanko...

    @z o.o. No i widzisz, tak przeczytałaś całą zawartość tego wątku, że napisałaś komentarz odbiegający od stanu rzeczywistego. Nie pracuję na obecną chwilę, już od 5 miesięcy, więc życia nie spędzam w marnej pracy. Telewizji nie oglądam od paru lat, bo nie mam na czym, więc i tu trafiłaś w pudło. Pracy szukam, ale w małej miejscowości o cokolwiek ciężko. Tym bardziej, jak nie masz prawa jazdy, lub wyższego wykształcenia. Pasję mam, co zresztą też napisałem, ale lepiej kogoś zgnoić niż poświęcić 5 minut na zaznajomienie się z tematem. Propos dziewczyn, to najwidoczniej nie jestem takim łakomym kąskiem bym ją znalazł. Jedni je znajdują, drudzy nie. Życie. Nie miałem jej nigdy, więc jej brak boli, ale nie przeżywam tego i nie traktuję jako celu priorytetowego w życiu. Zresztą błąkając się po różnych portalach ciężko znaleźć ładną dziewczynę, która będzie miała coś do powiedzenia. Jak nawet już taka się znajdzie, to ona szuka tylko kogoś do popisania w nudne wieczory, niż jakąś relację koleżeńską, przyjacielską, bądź związek. Nie mam o to broń Boże żalu, tylko przedstawiam Ci obecne realia, bo może nie jesteś ich świadoma. @Natallia97 Sądzę, że nie jestem odpowiednią osobą, z którą mogłabyś mieć kontakt. Tak będzie po prostu lepiej dla Twojego dobra.
  3. sop3l3k

    Uszanowanko...

    Ja jednak się poddaję, nie mam siły, albo bardziej ochoty na walkę z wiatrakami. Wiem, że i tak nic nie ugram, bo takie już koleje walki mniejszości z większością. Bitwę jedną, drugą możesz wygrać, ale ostatecznie wojnę przegrasz. Siedzę w domu, jak siedziałem. Na moje rozsyłane CV nikt nie odpowiedział. Dzisiaj, w poniedziałek z okolicznego miasta mnie zaprosili na spotkanie do redakcji portalu internetowego. Ale nie jadę pozytywnie nastawiony. Jadę tyle, by odbębnić to i co będzie to będzie. Zatrudnią to fajnie, jeśli nie to trudno. Jakiś facet mi w komentarzach pisał o zawiadomieniu prawnika, bo miałem czelność go obrazić, a raczej powiedzieć co myślę o nim i jego działaniu jakiego dokonywał się parę lat temu. Sądzę, że to bujda po to by postraszyć, bo żaden prawnik raczej o północy nie czeka na zawiadomienia o obrażeniu kogoś w komentarzu. Jak faktycznie zgłosił i przyjdzie do mnie jakiś list, to będzie kropka na i do tego, by się tutaj pakować i wynieść się na tamten świat. Bo już dosyć mam i ludzi i tego kim jestem.
  4. sop3l3k

    Uszanowanko...

    Witam @Heledore, @Dzitek Co raz częściej dochodzę do wniosku, że ja te wszystkie moje problemy psychiczne, społeczne, to wkręciłem sobie samemu. Byłem normalnym chłopakiem, tylko w pewnym momencie zacząłem sam siebie niszczyć. W imię jakiś zasad, których sensu nie znam nawet sam ja. Myślę, że to ma skutek, z moim życiem na ulicy. Uznałem, że jeśli się jest kimś, to nie wolno się zmienić. Znajomi wychodzili z tej patologii, a ja zamiast iść w ich ślady zacząłem ich obrażać, bo chcieli lepszego życia. Ja też chcę, tylko za późno. Jak wtedy mogłem liczyć na czyjeś wsparcie, to dzisiaj nie ma kto pomóc. Nawet jeśli ktoś rozgrzeszyłby mnie i wyciągnął rękę, to tego bym nie chciał. Jestem człowiekiem który strasznie dumą się unosi i otwarcie nie przyzna się do błędu. A jeśli przyznaję, to tylko dlatego, że widzi w tym sens i chcę się wybielić, albo zyskać w oczach innych, jako ten który potrafi dostrzec co robi źle. Będę jakoś się starał wyjść na prostą. Zacząć trzeba od pracy, dzięki której odłożę jakieś pieniądze. W międzyczasie może zrobię jakiś kurs na wózek widłowy na przykład. Potem wyjadę do obcego miasta i poszukam dla siebie przystani. Choć, jak teraz tak myślę, to mnie czeka bardziej w tym życiu tułaczka, w odnalezieniu siebie, a koniec końców i tak wrócę do swojego domu. Oszukasz siebie, innych, ale nie przeznaczenie. Jeśli nic mi nie dane prócz takiego życia od pierwszego do ostatniego, to nic nie wymyślę. Czasem myślę, że to jakaś kara za bycie złym człowiekiem. Dobry nie jestem i nie będę.
  5. sop3l3k

    Stosunek do alkoholu

    Osobiście nie piję. Nie czuję takiej potrzeby, alkohol mi nie smakuję, nawet jakieś piwa smakowe. Za te dwa-trzy złote osobiście wolę sobie kupić Liptona Ice Tea, albo Pepsi. Ale zauważyłem, że mam takie okresy kiedy nadmiernie sięgam po energetyka. Wchodzę do Biedronki, czy Lidla i nie ma opcji, że nie wyjdę bez Black'a. Temat alkoholowy jednak, więc do niego powrócę. To nie tak, że nigdy alkoholu nie tknąłem, bo moim zdaniem, by czegoś sobie odmawiać trzeba pierw to spróbować. Tak poważnie spiłem się raz, Żubrówką. Wtedy po dwóch 0,5l bez popity padłem. Miałem takie jazdy wtedy, że siedziałem i kręciłem się, po czym padałem do tyłu i nie wiedziałem co ze mną się dzieję. To był mój drugi kontakt z wódką, bo pierwszy był parę lat wcześniej na spontanicznej posiadówce u kolegi. Wtedy z 4-5 kieliszków wypiłem. Mimo wszystko uważam się za abstynenta. Unikam, jak ognia osób, które piją. Wstrętu nabieram może przez to, że dzisiaj na portalach społecznościowych dużo osób wstawia zdjęcia z butelkami wódki przy twarzy, jakby dopiero znaleźli oazę na pustyni. Jeszcze te posty, gdzie dzieciaki oznaczają znajomych, którzy mają "problemy" z alkoholem. Na prawdę żadnemu z nich nie życzę, by miał faktyczne problemy z alkoholem, albo żeby ktoś z jego najbliższych miał takie. Życie wtedy staję się gehenną. Wiem co mówię.
  6. Dlaczego od razu nie widzieć rodziców, skoro z tego co czytam tylko ojciec ma do Ciebie "ale", a mama chyba chcę dla Ciebie jak najlepiej skoro kupiła Ci samochód. Nie można żadnej sytuacji brać zero jedynkowo. Może dla Twojego taty jest ciężkie to, że jesteś chory, bo chciałby dla Ciebie dobrze, a nie umie Ci w żaden sposób pomóc. Nie każdy też do roli rodzica się nadaję, może Twój tata jest taki, bo jest. Często ojcowie chcą ze swych synów zrobić chodzących samców alfa, a gdy Ci nie spełniają ich oczekiwań, to Ci potem ich poniewierają. Sąsiedzi to tylko sąsiedzi, ich możesz w każdej chwili zmienić. Więc nie ma tym się akurat co przejmować. Poza tym tak trudno mi wyobrazić sobie sąsiada wyzywającego kogoś od debili, bo ten myję samochód. Może źle to interpretujesz i ma mieć to charakter humorystyczny, a Ty masz inne poczucie humoru, albo brak dystansu do siebie. Oczywiście to nic złego i wina nie jest Twoja, tak tylko gdybam. To co polecam każdemu. Znajdź sobie jakąś pasję jeśli jej nie masz, a jeśli masz, to zapisz się może do jakiegoś kółka zainteresowań, albo zacznij udzielać się na grupach na Facebooku w tematyce, która Cię interesuję. Twoim hobby powiedzmy jest motoryzacja, dowiedz się o jakimś zlocie samochodów, pojedź tam. Zobaczysz samochód który Ci się spodoba, zagadaj do właściciela, zapytaj o wrażenia z jazdy, o to ile pali, ile kosztuję eksploatacja. Dzięki temu nabierzesz luzu, w relacjach międzyludzkich. Jak chcesz wyjść z dziewczyną na kawę, zagadaj. Jeśli odmówi zawsze masz możliwość odwrócenia sytuacji w żart. To Ty masz tą przewagę, bo możesz sobie wymyślić plan B, ona takiego nie ma, bo została zaskoczona przez co może być jej ciężko znaleźć język w gębie.
  7. Witaj kolego, Nie chcę Ci tutaj prawić morałów, ani mówić, że masz się nie poddawać. Bo sam wiem, że łatwo piszę się z fotela nie znając personalnie sytuacji. Mówisz o tym, że nie widzisz sensu życia. Powiedz mi, interesujesz się czymś? Jeśli tak, to może warto w związku z tym ustawiać sobie cele, dzięki którym będziesz mógł podtrzymać się następny dzień. Dla przykładu bieganie. Każdego dnia poprawiasz swój przebiegnięty dystans. Pierwszego dnia biegniesz kilometr, drugiego dnia dwa kilometry, a po tygodniu już siedem kilometrów. Wybierz jakieś miejsce kompletnie Ci nieznane, by korciła Cię ciekawość co znajdzie się na następnym kilometrze. Ale powstrzymaj ją i poznaj go dopiero następnego dnia. Może nie na trzecim, nie na piątym, ale na piętnastym kilometrze odnajdziesz sens Twojego życia.
  8. sop3l3k

    Uszanowanko...

    Cześć, Na tę forum natknąłem się zeszłej nocy. Nie mogąc jeszcze usnąć wpisywałem różne zagadnienia we wyszukiwarkę, tak trafiłem na temat założony przez chłopaka, właśnie tutaj na tym forum. Początkowo nie chciałem zakładać tutaj konta, ani tym bardziej tego tematu. Nie powiem Wam tutaj nic odkrywczego, co Was zdumieni. Nie opowiem historii, która Was porwie na kolana. Dla starych wyg z tego forum mój przypadek będzie, jak chleb powszedni. Mimo to podzielę się z Wami moją historią, może ktoś wyciągnie z tego jakąś lekcję, bo ja chyba za głupi jestem na wnioski. Pochodzę z biednej rodziny. Nigdy się nie przelewało w domu, prócz alkoholu. Ojca zabrakło kiedy miałem 7-8 lat, ale w sumie nigdy go nie miałem. Na palcach jednej ręki byłbym w stanie policzyć, gdy pamiętam go trzeźwego. Moja mama nie piła. W domu były codzienne awantury, interwencję policji, trafiłem na pewien okres do domu dziecka. Nie chcąc dalszej krzywdy dla mnie, mama wyprowadziła się ze mną pod koniec 1 klasy podstawówki na drugi koniec miasta. Nie było łatwo, całe dnie spędzałem w domu samemu. Mama pracowała od rana do wieczora, by w jakiś sposób utrzymać ten dom. Musiałem nauczyć się bycia samodzielnym. W wieku 8 lat potrafiłem sobie zrobić herbatę, kanapki, czy odgrzać obiad. Może być to banał, ale myślę, że nie każdy 8 latek potrafi takie rzeczy, może z tej przyczyny, że nie zostaję poddany takiej próbie. Uczyłem się dość dobrze, mama pilnowała mnie przy lekcjach, ale pod względem zachowania stwarzałem problemy wychowawcze. Głównie w szkole, nie potrafiłem odnaleźć się wśród rówieśników. Popadałem w bójki, chciałem nieraz uciekać ze szkoły, nie panowałem nad swoimi emocjami. Wraz z końcem trzeciej klasy, trzeba było również zmienić szkołę, bo ta oferowała jedynie nauczanie w klasach 1-3. Dzieci były już tutaj starsze, poznawaliśmy co raz bardziej ten świat. Szkoda, że bardziej od tej złej strony. Dużą ilości dzieci w mojej klasie, czy innych klasach nikt się w sumie nie zajmował. Były puszczane samopas, całe dnie spędzały na dworze, a na ulicy nietrudno wpaść w nieodpowiednie towarzystwo. Z czasem też wpadłem w zły wir. Z mamą zmienialiśmy kolejne mieszkania, ona sama zmieniała kolejne prace, nie było jej stać na regularne płacenie rachunków. W końcu przyszedł dzień kiedy zostało odcięte Nam światło. Był to punkt kulminacyjny kiedy wypłynąłem na ulicę. Po szkole wracałem do domu, zostawiałem plecak i wychodziłem na dwór. Gdy było ciepło grało się w piłkę, albo bawiło w chowanego. W zimę robiło się bitwę na śnieżki, albo chodziło do centrum handlowego grać na konsolach w Empiku, czy Media Markcie. Na pozór beztroskie dzieciństwo miało drugą stronę medalu. Bawiąc się wpadaliśmy na głupie pomysły, jak wynoszenie jedzenia ze sklepów, kradzież torebki z portierni, czy wybijanie szyb w oknach. Takie czasy były, że nie wyciągano z tego jakiś konsekwencji, w postaci ośrodków, czy poprawczaków. W szkole moje zachowanie też się pogorszyło. Z robieniu zadym na lekcjach przeniosłem się na płaszczyzny opierające się już na przestępstwa. Znęcanie się nad kolegą z klasy, który miał zaburzenia psychiczne. Nękanie koleżanki z klasy, po zakochaniu się w jej po uszy. Nieumyślne spowodowanie uszkodzenia cielesnego u innej koleżanki, gdy dźgnąłem ją parasolką w oko. Im gorzej się zachowywałem, tym więcej miałem poklasku u kolegów, imponowało mi to. Po zakończeniu roku w szóstej klasie dostałem zakaz wchodzenia do szkoły. W gimnazjum jako jedyny ze szkoły podstawowej trafiłem do innej klasy. Z czasem poznałem w tej samej klasie chłopaka, z którym chodziłem w pierwszych klasach podstawowych. Teraz to ja i rykoszetem on mieliśmy stać się ofiarą klasowego terrorysty. W kaszę nie dawałem sobie dmuchać i choćby jego kolegę pobiłem na jednej lekcji ławką i krzesełkiem. W trakcie 1 klasy gimnazjum dowiedziałem, że z mamą wyprowadzamy się do innego miasta. Było to ciężko znieść, ale moje zdanie nie liczyło się. Miało być to dla mojego dobra. Na rozpoczęcie roku poszedłem z ogromnym stresem, nie wiedziałem co mnie czeka. Na początku zgłosiłem się do sekretariatu, gdzie dostałem reprymendę od dyrektor, że tutaj takie zachowanie, jak w poprzedniej szkole nie będzie tolerowane. Następnie zostałem przydzielony do klasy. Pierwsze wrażenie i moje i ich było całkiem w porządku, tak mi się przynajmniej wydaję. Poznałem kolegę, który mieszkał na moim osiedlu. Wszystko było dobrze do momentu pierwszej wycieczki. Wtedy okazało się, że moje i jego zapatrywania na sprawy piłkarskie, a konkretnie na animozję kibicowskie są inne. Nie widziałem nic złego, by do tego się przyznać. W poprzedniej szkole z kolegą, który sympatyzował innej drużynie chodziłem na konkursy sportowe. W tym przypadku, to Nas podzieliło. Od tamtego momentu codziennie były kopania w drzwi, dzwonienie domofonem i wyzwiska pod moim kierunkiem. W końcu uległem i po propozycji kolegowania się z nim w zamian za kibicowanie jego klubowi, to mu obiecałem. Relację wróciły do dobrych, znowu wracaliśmy razem do szkoły, gadaliśmy ze sobą, a mieliśmy podobne tematy. Jednak w momencie, gdy zacząłem nagrywać piosenki cała szkoła się ode mnie odwróciła. Każdy naśmiewał, wytykał palcem, bo byłem dzieckiem łatwowiernym i wystarczała jedna osoba, która mnie pochwaliła, a ja już byłem cały w skowronkach. Nie wiedziałem, że wtedy ludzie potrafią kłamać, by z człowieka szydzić. Z jedną osobą miałem już konkretnie na pieńku, prawie dochodziło do rękoczynów. Mimo, że zbytnich szans z nim nie miałem, bo był dwa razy większy ode mnie. Gehenna w końcu się skończyła, zapisałem się do szkoły zawodowej. Ze wszystkich szkół, to ta była najlżejsza dla mnie pod kątem psychologicznym. Nikt się nade mną nie pastwił, ja również nad nikim się nie znęcałem. Może daleko było mi do ulubieńca uczniów, ale z większością trzymałem się w zgodzie. Były drobne zgrzyty, jak to w większych grupach, ale na drugi dzień nikt do siebie nie miał pretensji. Po szkole nie mogłem znaleźć pracy. Zarejestrowałem się w Urzędzie Pracy, gdzie po ich drugiej propozycji przyjąłem pracę we fabryce. Praca nie była zajęciem marzeń. Przez pierwsze półtora miesiąca chodziłem jedynie w dni robocze na zmianę poranną. Po tym upływie czasu zostałem przydzielony na stałe do jednej ze zmian. W zakładzie był system czterobrygadowy. Dla osób nie wiedzących, co z czym się je, już tłumaczę. System czterobrygadowy polega na przepracowywaniu czterech dni na jednej zmianie, jednym dniu wolnym, po którym przechodziło się na drugą zmianę. Praca również w weekendy, również w noce. Pieniądze za to były śmieszne, a co rusz były do mnie tylko pretensję o wszystko. Idealnym pracownikiem nie byłem, ale przychodziłem dzień w dzień. Psychicznie zacząłem siadać co raz bardziej, chciałem stamtąd odejść. Ubiegli mnie i po powrocie ze świątecznej przerwy w styczniu dostałem wypowiedzenie. Od tamtej pory siedzę bezrobotny. Jestem zarejestrowany w Urzędzie Pracy, ale tam mnie zbyli zapisując mnie na drugie odhaczenie się, dwa miesiące po pierwszym. Szukam pracy też na swoją rękę, ale pracodawcy nawet nie odzywają się ode mnie. Obecnie mam 20 lat, we wrześniu będę miał 21. Interesuję się fotografią, grafiką komputerową, również muzyką. Czuję się bardzo samotny, prócz mamy nie mam nikogo bliskiego. Kontakty wirtualne utrzymuję z 2-3 osobami i są to osoby z drugiego końca Polski. Jestem im bardzo wdzięczni za to, że są. Były dni kiedy bez rozmowy z nimi mógłbym sobie nie poradzić. Nie miałem nigdy dziewczyny, a ostatni raz z jakąkolwiek spotkałem się w maju 2016 roku. Nie uważam się za osobę atrakcyjną, czy to wizualnie, czy osobowościowo. Wiele razy sobie zadawałem pytanie, co mógłbym w ogóle zaoferować ze swojej strony. Jestem trochę inną osobą. Nie chodzę na imprezy, nie piję alkoholu, nie palę papierosów, o innych rzeczach nie wspominając. Przez co unikam osób imprezujących, bo nie mogę słuchać o kolejnych melanżach. Wykręca mnie nawet, gdy widzę u mamy butelkę piwa. Mam ochotę ją wziąć i rozbić. Nie umiem sobie poradzić ze życiem. Z każdym przesiedzianym dniem w domu co raz bardziej dziczeję. Gdy wychodzę na miasto do sklepu, lub załatwić jakąś sprawę wybieram najmniej uczęszczane ulice. Czuję na sobie wzrok ludzi, który mnie paraliżuję. Nie widzę nigdzie dla siebie miejsca. Nie chcę zostać sam, bo bardzo boję się samotności. Boli mnie to, gdy patrzę na dawnych znajomych. Jedni spełniają się zawodowo, drudzy mają zajebistą paczkę, inni mają już narzeczonych, a ja? Ja nie mam nic. Byłem w jednej poradni i po powiedzeniu tego, co tutaj napisałem dostałem jedynie skierowanie na następną wizytę i tyle widziałem moje 150 złotych. Piszę już tak długo, że nie wiem w sumie co mógłbym jeszcze napisać. Chyba w tym momencie to urwę, a jeśli pojawią się jakieś komentarze na ten post, to wtedy dopowiem. Dzięki jeśli to przeczytałeś.
×