Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

novyon

Użytkownik
  • Zawartość

    15
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. novyon

    Jak żyć będąc przegranym?

    Lubię takie tematy czytać, bo bardzo się z nimi utożsamiam. Gdybyś przejrzał moje wpisy, a dużo ich nie ma, to byś zauważył, że zmagam się z tym samym - kiedyś na szczycie, z ambicjami i twardym krokiem szedłem po swoje, od okołu dwóch lat na dnie, bez marzeń i celów. Bezcelowa tułaczka. Totalne dno to nie jest, bo nie wpadłem w jakąś spiralę destrukcyjnych nałogów - permanentnie, bo doły się zdarzały, ale cały czas w parzę z moim krokiem idzie przeświadczenie, że to nie to. Problemów społecznych też nie mam, spontanicznie nawiązuje relację i potrafię bez skrępowania wdać się w dłuższą konwersację z nową poznaną osobą, nie mam jakiś fobii, żeby wyjść na zakupy czy zrobić cokolwiek, co wymaga kontaktu z osobami. Ludzie mnie lubią, chociaż o to nie zabiegam, ale doskonale Cię rozumiem i rozumiem jak destrukcyjnie trawi taka pustka, od środka. Jak wyjdziesz ze swoich czterech ścian i będziesz więcej przebywał na dworze i z ludźmi to te stany odejdą na dalszy plan, ale w wolnych chwilach będą o sobie dawać znać - tak jak u mnie i MUSISZ wiedzieć, że to bardzo dobrze! To przypomina cały czas, że droga, którą aktualnie ja, Ty i inni kroczą, jest złą drogą i nie tym czym powinniśmy się w życiu zająć. To przypomina, że warto poświęcić czas na refleksję i naprawdę przerobić odpowiedzi na takie pytania jak powyżej wymienione. Są w sumie dwie opcje, ewentualnie trzy. Działać w kierunku zmian, pier-dolić zmiany i tkwić w stagnacji i zaakceptować stan rzeczy albo strzelić sobie w łeb. Wybór należy do Ciebie, zawsze należał i będzie należał.
  2. Często sobie myślę tak właśnie. Jestem leniwa, więc nic mi się nie chce. Ale to dobijanie leżącego, dobijanie siebie. Bo to coś więcej jednak. Wiem, że nie ma złotej recepty, ale pomyślałam, że może są osoby, które również to przeżywają albo przeżywały i chciałyby się podzielić. Leż ile chcesz, coccinella. Nie ma nic złego w opieprzaniu, lenieniu się. Nie każdy musi osiągać spektakularne efekty. Nie każdy będzie i musi być zmotywowany, żeby osiągać nadzwyczajne efekty. Celebruj swoje pieprzenie, leż na łóżku tak długo jak tylko zechcesz i przede wszystkim odstaw na bok poczucie, że to leżenie jest złe. Podejdź do tego w taki sposób, że to teraz Twoja "pauza". Tak samo jak "pauza" w muzyce - jest niezbędna. Upajaj się swoim lenistwem, leń się do porzygu i obserwuj co będzie się działo. O ile psychoterapii można spróbować, tak do farmakologii mam duży dystans, bo z reguły zaraz po odstawieniu wraca do pierwotnego stanu albo nawet gorszego - co można zaobserwować na forum jak ludzie się żalą, że leki nie działają. Chilluj.
  3. Jesteś leniem i tyle. Jak się sama nie zmotywujesz, to nikt za Ciebie tego nie zrobi. ;] Gdyby istniała złota recepta to na każdym rogu stałby człowiek osiągający spektakularne rezultaty, a tak nie jest. Bo, żeby tak było to potrzeba DETERMINACJI. A jak się wkurwia i Ci się nie chcę, to pieprz to i po prostu się obijaj tyle ile wlezie. ;]
  4. Generalnie kupę czasu spędzałem w rozjazdach z różnymi grupami społecznymi - od inteligencików, po totalny margines. Kiedyś na jednym z wyjazdów przeżyłem grożenia bronią i próbę ataku nożem. Chcąc nie chcąc, gdzieś podświadomie od momentu takiego zdarzenia - w sumie było ich kilka, na samą myśl, że mam jechać i spać znowu w pokoju z osobą, której nie znam i dobrze jej nie ufam - po prostu się spinam. Zaczynam projektować same negatywne scenariusze, włącznie z kopnięciem w kalendarz, moje ciało i psychika się spina i włącza w tryb przetrwania - wyrzut adrenaliny, myśli, żeby być tym, które pierwszy wykona cios. - Wiem, że ten utarty schemat jest irracjonalny - bo, że zdarzyło się takie coś kilka razy, nie znaczy, że będzie się to zdarzało do końca życia. A po kilku godzinach mam zjazd - bo takie nakręcenie w trybie przetrwania trwa kilka godzin - chęć odespania i najlepiej odcięcia się od świata na jakiś czas. Jak sobie z tym samemu poradzić i trzymać to w ryzach?
  5. novyon

    Życie dziada

    No to już gówno z Ciebie będzie. Weź w ogóle nie proś o radę tylko spadaj do psychologa, psychiatry i tam na kozetce się wygaduj. A później chwytaj za denat jak napisał @nieboszczyk. I generalnie wszystkich ludzi dookoła gówno obchodzą Twoje problemy, bo każdy ma swoje i na nich skupia swoją uwagę. Nawet Twojego psychiatrę one będą pierd-olić, bo ma swoje.
  6. novyon

    Brak sensu by żyć

    Właśnie - MOŻNA! Możesz paść, bo walnie Cię samochód albo spadnie Ci na głowę cegła. To tylko gdybanie. Rezultat działań zawsze widać po podjęciu akcji, a nikt tutaj nie mówił o szmuglowaniu dragów czy czegokolwiek co jest zabronione prawnie.
  7. novyon

    Brak sensu by żyć

    Ja też nie wiem - przeleć mój temat w dziale depresji. I Ci powiem, że im dłużej tak nad tym myślę to dla zdrowia psychicznego i generalnie większej satysfakcji z życia - przestać się zastanawiać nad sensem i brać życie takim jakie jest. Bo Ci co się zastanawiali nad jego sensem w większości kończyli samounicestwieniem. Można by kwestionować wszystko i wszystko sprowadzić do - po co cokolwiek zrobić jak i tak czeka piecyk albo dwa metry pod ziemią? I w sumie albo od razu strzelić sobie w skroń albo zastanowić i znaleźć odpowiedź na pytanie: co mnie uszczęśliwia? I to robić pomimo i bawić się w życiu, bo jak po tylu latach na to patrzę to chyba faktycznie najlepszym rozwiązaniem jest się bawić i przeżywać intensywnie każdy dzień i przede wszystkim ryzykować - w każdym aspekcie.
  8. novyon

    Życie dziada

    Nie no, te rady z afirmowaniem sobie jak to jest zajebiście to już w ogóle szczyt głupoty. Tak stary, masz chujowe życie, pocieszę Cię - pewnie dalej będzie walił kitę. Tak, jesteś nieudacznikiem. Tak jesteś aktualnie totalnym zerem, na utrzymaniu starych albo na socjalu. Tak - wegetujesz. Nie - nie jesteś kurwa w niczym lepszy od kogokolwiek, bo pewnie ten spod monopolowego ma bogatsze CV niż Ty. Generalnie osiągnąłeś totalne dno, ale.... NADAL możesz coś z tym zrobić i zejść ze sceny z uśmiechem na ustach. Tylko czy znajdziesz w sobie chęć do zmian? Czy zechcesz zobaczyć kiedykolwiek jak zaczyna klękać przed Tobą blondynka z pełnymi ustami, gdy Ty będziesz siedział wygodnie w fotelu i raz za razem, przechylał szklankę wypełnioną whiskey? Czy chcesz mieć garść zaufanych znajomych i wyjść z nimi na piątkowe piwo, może dwa, ewentualnie osiem i wrócić o 3 nad ranem do swojej blondynki leżącej w ciepłym łóżku, od progu rozwiązując czarny krawat? Chcesz się wybrać do większego miasta, do galerii na zakupy, żeby móc sobie kupić dobre buty? A może chcesz mieć tą swobodę i chociaż raz w roku usiąść ze swoją blondynką przy laptopie i obrać wspólny kierunek na wakacje - może Grecja, a w kolejnym roku na Mauritiusa - siedząc 16 godzin w samolocie, bawiąc się w na pokładzie, popijając 50ml vodki zakupionej chwili wcześniej od stewardessy w opiętej granatowej mini? Tak stary, to jest do zrobienia. ALE! będzie Cię to kosztowało wiele wysiłku, potu i pewnie łez. Nigdy Ci nikt tego nie da na tacy. Będziesz musiał sobie na to zapracować - wypracować w sobie odpowiednią osobę - charakter. Jak nie chcesz..., to nic Ci nie pomoże i możesz kolejne 33 lata spędzić w takim samym stanie, kończąc z fiutem w ręku i pampersem. Zastanów się jakie aspekty chcesz w swoim życiu zmienić i wybierz MAKSYMALNIE dwa, a NAJLEPIEJ jeden i popraw go w takim stopniu z którego będziesz zadowolony, a później dopiero się bierz za następny. Dawaj znać co u Ciebie, bo jestem ciekaw czy tak "zasiedzona" osoba jak Ty, możesz się podnieść z gleby.
  9. novyon

    Już nie daje rady.

    Nie zwracałeś się do Boga po pomoc?
  10. novyon

    Niewiedza

    Właśnie kiedyś mi się chciało, bo wiedziałem po co to wszystko robię i jaki cel ma mi to pomóc osiągnąć. Kiedyś byłem bardzo aktywny fizycznie - trenowanie różnych sportów, też tych przy których wyrzut adrenaliny sięga zenitu. Żyłem i byłem z tego życia zadowolony. Chociaż pod koniec - bo mam wgląd na starsze swoje posty (w innym miejscu), już pisałem, że straciłem sens i ślepo patrząc w sufit, zastanawiam się co dalej, chociaż wtedy na pewno nie brakowało mi znajomych, przyjaciół i kobiet przy których się budziłem, problemy finansowe też mnie się nie imały, a jednak..., przestałem odczuwać sens i tak to trwa do dzisiaj. Z czasem znajomości się urwały, a właściwie ja je urwałem, bo czułem, że są dla mnie jak kotwica dla statku - zatrzymują mnie. Odciąłem balast. Została garstka, a później z tej garstki jeszcze mniejsza garstka, a na końcu się wszyscy rozeszli - jedni pozakładali rodziny, drudzy pod wpływem doświadczeń z kobietami..., wpadli w problemy psychiczne - skończywszy na braniu leków - chociaż zawsze się zarzekali, że żadna kobieta nie będzie im w stanie zrobić takiego 'kuku', a dzisiaj mam tylko jednego "ziomka" z którym się spotykam w miarę regularnie - inteligentny człowiek, ale cały czas wyczekuje apokalipsy i nie chce robić co można nazwać "ambitne". Nie mam żadnych pasji aktualnie, do niczego mnie nie ciągnie. Czytam jakieś różne rzeczy, książki też czasami wpadną w rękę, ale to wszystko jakoś się odbywa poza realnym światem, bardziej utkwiłem w świecie wirtualnym. Staram się regularnie ćwiczyć, ale to jest na zasadzie "byle odbębnić" - nie wkładam w to serca. Nie mam problemów z komunikacją w realnym świecie z drugim człowiekiem, chociaż zauważyłem, że stałem się bardziej "miękki", kiedyś miałem większe jaja mentalne, ale to jest chyba rezultat tego, że ja czuję się sam ze sobą źle i po prostu mi nie zależy i godzę się na kompromisy, chociaż kiedyś zawsze musiało być na moim. Czasami po prostu jak o tym wszystkim myślę to wariuję, wstałbym i obrócił wszystko w proch, rozwalił, wysadził, pozamiatał. - Na szczęście lub nie, jeszcze to kontroluje, ale ile to może trwać? Ile czasu można tkwić w takim marazmie i nie dostać na głowę? Przecież to autodestrukcja w najczystszej postaci.
  11. novyon

    Niewiedza

    Od kilku lat - pewnie z 2/3 zmagam się ze swoistego rodzaju stanem depresji, przynajmniej w mojej opinii. Nie wiem jak to się stało i za czyją sprawą (jeżeli w ogóle), ale moje plany na życie, marzenia, cele po prostu legły w gruzach, sukcesywnie traciły na wartości, aż w końcu bezpowrotnie zniknęły z horyzontu. Nie wiem czy to przez to, że dorastam i zmieniały mi się priorytety czy z jakiegoś innego powodu, ale wiem, że jest to strasznie dobijające - żyć tak, żeby nie mieć wyznaczonego żadnego celu, który chyba tylko nadaje sens istnieniu, bo jakoś nie mogę się doszukać innego sensu naszej egzystencji. Wszystko stało się jakieś takie mdłe, bez kolorów. Czasami czuję się jak żywy trup, a mam zaledwie lat dwadzieścia kilka. Czuję się jakby życie biegło gdzieś obok mnie, a ja byłbym bacznym jego obserwatorem. Pracuje w rodzinnej firmie - więc nie mam problemów w pracy, umiem i wykonuje dobrze swoją pracę, ale powtarzalność mnie dobija, a jedynie jakieś nowe prace/projekty na chwilę budzą we mnie entuzjazm, ale szybko to mija, bo wystarczy mi raz pokazać coś, żebym potrafił to powtórzyć. Czasami jak jadę do pracy to czuje ucisk w żołądku i chęć wymiotowania, ale tylko wtedy gdy w głowię odpalę sobie projekcje tego co będę robił - tych samych czynności i sobie dodatkowo wkręcę jakie to nudne i tak przez kilka/naście godzin. Cały czas po prostu chodzi za mną przeświadczenie, że to nie jest moje miejsce na ziemi - a konkretnie te czynności, że jestem stworzony do czegoś innego, ale paradoksalnie..., nie potrafię zdefiniować i określić do czego. Ten brak silnego poczucia kierunku mnie po prostu zabija mentalnie i z perspektywy czasu widzę, że moje życie od pewnego czasu to równia pochyła. Boję się też skończyć jak zwykły Kowalski, który ma dzieci i żonę na utrzymaniu, a do domu przynosi 2 tysiące. - Jestem więcej niż pewien tego, że nie chcę tak mieć za lat kilka, ale moje aktualne poczynania na pewno mnie od tej wizji nie oddalają. Mam nieodparte przekonanie, że cierpię teraz tylko z powodu braku wiedzy na temat tego jak chcę żyć, kim chcę być i jakie życie chcę prowadzić. Wszystko we mnie zastygło jak magma, a serce od dawna już nie płonie. Jak z tego wyjść? Co robić? Jakie kroki podjąć, żeby znów być na powierzchni, a nie topić się pod taflą wody?
  12. Ogarnij kuwetę i jedź, nawet gdybyś miał paść. Sam walczę ostatnio z jakimiś napadami paniki, które się pojawiły w moim życiu - myślę, że głównie za sprawą rzucenia fajek... - weź pomyśl, że jakieś chore jazdy na psychice komplikują Tobie całe życie, żyjesz pod dyktando swoich urojeń i to one determinują Twoje życie. Czy chciałbyś przeżyć całe życie w taki sposób jak destrukcyjnie podyktuje Ci psychika? Ja już wolałbym paść niż całe życie być kłębkiem nerwów i robić to co psychice odpowiada...
  13. Psychoterapia to wizyta u psychiatry - ta? Takie banalne, ale co mam powiedzieć takiej osobie - Pani/Panie, weź mnie Pan wysłuchaj, ale nie dawaj żadnych leków, bo nie chcę? ;> Nie znacie jakichś skutecznych narzędzi, które mógłbym sam przerobić?
  14. Fakt, masz rację Monika... Zaczęło się od nieumiejętności zdiagnozowania drobnych problemów z układem pokarmowym - drobnych, ale dających kolosalne, nieprzyjemne odczucia fizyczne - ból, brak apetytu. Trwało to przynajmniej kilka tygodni i przez ten czas sobie nawkręcałem różne rzeczy - że to koniec, że to rak i w ogóle same negatywne myśli. Koniec końców wyniki okazały się dobre i dzięki uporowi mojemu, znaleźliśmy przyczynę. Myślałem, ale po 1) poczytałem trochę na ten temat i z reguły z automatu psychoterapia = farmakologia, ale niektóre leki robią spustoszenie w bani i potem bez nich nie można normalnie egzystować - a są przecież alternatywne metody, gdzie pracuje się na przekonaniach i w ogóle. A po 2) nie umiem rozmawiać o takich rzeczach w cztery oczy, wtedy jakoś się czuje tak nieswojo, nie jestem bezpośredni, omijam niektóre wydarzenia i zarzekam się, że sam sobie pomogę.
  15. Zacznę od zwykłego "Cześć". Moje życie posypało się generalnie jakiś rok-dwa lata temu. Od faceta pełnego życia, pasji i zarażania nią innych, na same dno - bez odbicia. Stałem się mniej towarzyski, mniej rzeczy mnie pociąga, sporadycznie, ale jednak pojawiają się myśli samobójcze - od dłuższego czasu ich nie mam, tak tylko piszę o tym, bo i tak nie miałbym "jaj", żeby się targnąć na swoje życie. W każdym razie, stoczyłem się na dno. Zacząłem więcej pijać alkoholu - ale nie piję jak menel, chodzi raczej o piwko na zakończenie dnia - chociaż nie zawsze, ale z reguły. Mam mniej znajomych, właściwie to jednego kumpla z którym się regularnie w miarę spotykam - innych odsunąłem od siebie, kolegów i koleżanki, stwierdziłem, że ich nie potrzebuje - ot tak, po prostu się odciąłem. Przestałem dążyć do poprawy swojego życia, ciała - wszystko stało mi się totalnie obojętnie - tzw. wyjebanie po całości. Do niczego nie dążę, ciężko mi się zmotywować, nic nie podpala mojego ducha. Zaniedbałem się trochę fizycznie, chociaż w miarę regularnie ćwiczę - więcej śmieciowego żarcia. Generalnie czuję się chujowo ze sobą i ze swoim życiem, ale z drugiej strony nie wiem gdzie iść, co robić, bo straciłem sens istnienia - chociaż kiedyś miałem jego silne poczucie. Najgorsze jest w sumie to, że większość dni przesiaduję w domu - nie boję się wyjść do ludzi czy coś, po prostu nie mam obowiązków, są wakacje. Po nich się coś ruszy. Ostatnio mnie jeden temat lekko podpalił i się na nim skupiłem, czasami się zatracam w nim totalnie - brzmi jakbym opisywał definicję pasji, ale nie jest to nic przyszłościowego, a raczej odbieram to jako przejściowy etap do odzyskania swojej utraconej egzystencji albo stworzenia nowej. W każdym razie, wiecie jak to jest w takich stanach, dobrze się nie obrócisz, a tutaj już 7 sierpnia, kolejne dni zlecą na nicnierobieniu i zaraz będzie wrzesień, październik, listopad, grudzień - takie marnotrawienie swojego życia i obserwowanie jak czas przecieka przez palce, a nic się nie zmienia. Wczoraj doznałem takiego oderwania od rzeczywistości, aż się przeraziłem. Wsiadłem późnym wieczorem do samochodu, to już była ta pora gdzie naturalne światło jest znikome, a reszta oświetlają reflektory samochodów, jechałem za jakimś dostawczym samochodem, na obwodnicy miasta i uderzyła mnie myśl: co to jest? Gdzie jestem? Inny wymiar? - po prostu poczułem się totalnie oderwany od niej, nie czułem się w niej komfortowo, wydawała się taka obca. Zero spójności między nią, a mną. Poza tym zauważyłem, że dostaje ataków paniki, takich intensywnych - szczególnie wtedy gdy nagle sobie uświadamiam, że to co robię do niczego mnie nie prowadzi i nie wiem co robić dalej ze życiem i co będę robił w najbliższej przyszłości. - Przyśpieszone tętno, panika, uczucie duszności, etc. Nie wiem czy tutaj jest jakaś zależność, ale to się chyba strasznie nasiliło jak rzuciłem papierosy, prawie rok temu. Potrzebuje pomocy, konstruktywnej.
×