Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

IcyBlues

Użytkownik
  • Zawartość

    40
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

  1. zmęczona_wszystkim, hmm... nie sposób się z Tobą nie zgodzić w dużej mierze. Ja właśnie chciałam zaznaczyć, że sama wrażliwość to nie choroba. Więc nie uważałabym tego za wadę. Natomiast depresja często (zawsze?) idzie z nią w parze i wówczas zamiast wypierać się delikatności, lepiej leczyć zaburzenie. Wszystko mówię z własnego doświadczenia. Gdy czuję się zdrowa, czuję się bardziej płytka. Depresja to dla mnie właśnie taka czarna dziura, która wchłania coraz to głębiej i głębiej i nie ma końca. W aktualnym, lepszym stanie, zamiast pogrążać się coraz bardziej, odbijam się i mi najzwyczajniej w świecie przechodzi. Zamiast płakać calymi dniami, słuchać smutnych piosenek, wyrażać to poprzez to, co tworzę, nie mam ochoty na smętne klimaty. Depresja jak by nie było jest bardzo silnym bodźcem. Mało który artysta nie ma w swoim życiorysie tego feralnego okresu. Wrażliwość ogólnie postrzegana to chyba nadmierna czułość na zewnętrzne bodźce, które silnie na nas oddziałują. Tak ja bym to ujęła.
  2. novymivo, mylisz się. W moim przypadku nie ma mowy całkowitym "braku czucia". A ospałość była jednym z objawów depresji, który ustąpił, a teraz tak jakby powrócił i mnie to zaniepokoiło. Nie można generalizować. Jestem pod opieką lekarzy i staram się im zaufać niż tkwić w stanie, który odbierał mi wszystko.
  3. agusiaww, robiłam naprawdę szczegółowe badania krwi. Nie mam żadnych niedoborów pierwiastków. Mam nadzieję, że będzie ok.
  4. Ricah, izaa, dziękuję za Wasze opinie, teraz będę musiała się zdecydować na podjęcie jakichś konkretnych kroków. Przyznam, że leków się nie boję. Jest mi już wszystko jedno w zasadzie. O ile coś zadziała - będzie dobrym. W takim razie nie pozostaje mi nic innego niż skonsultować się z psychiatrą i terapeutą i wtedy podjąć jakieś decyzje.
  5. Mimo wszelkich tych trudności, muszę chyba stwierdzić, że w ostateczności nie chciałabym wymienić się z osobą "zdrową". Być może mój sposób myślenia w pewnej mierze naznaczony jest zaburzeniem samym w sobie, ale ludzie, których darzę szacunkiem, pokazali mi, że bycie "innym" nie jest żadną słabością. Wrażliwość to dar, pozwalający przecież dostrzec to, czego nie widzą inni. To bardzo, ale to bardzo pomaga w działalności artystycznej. Gdy pod wpływem leków moje negatywne uczucia były "przykryte", zaczęłam czuć się z tym źle, "pusto", miałam obawy, że staję się "płytka". Bo w zasadzie czym jest ta "normalność"? Życie z depresją, nerwicą lękową to jedna wielka katorga, ale mimo miesięcy terapii, zażegnania stanów ekstremalnych wiem, że "wyleczenie" się z tej delikatności, niestabilności jest nawet nie tyle, co nie do końca możliwe, lecz dla mnie nieatrakcyjne. I nie zmieniajmy sedna pytania postawionego w temacie: o ile depresja wyniszcza, o tyle wrażliwość to cecha charakteru, która ma swoje zalety i wady. Co mnie obchodzi teoria "płeć przeciwna woli otwarte osoby" blablabla. Czy naprawdę zależy nam na kontaktach z ludźmi, którzy zaakceptują nas tylko na pewnych warunkach? Mnie nie.
  6. Ricah, tak. Miałam robione szczegółowe badania krwi przed rozpoczęciem leczenia psychiatrycznego. Wszyscy lekarze uważali, że moje złe stany spowodowane nerwicą były wynikiem problemów czysto somatycznych. Z tarczycą wszystko w porządku. Przyjmuję Servenon - 1,5 tabletki dziennie.
  7. Od połowy roku przyjmuję leki, które rzeczywiście mi pomogły. Jest to całkiem spora dawka mocnego medykamentu, ale w końcu zaczęło działać. Nie płaczę dzień w dzień, w najmniej spodziewanych momentach. Nie rozmyślam wiecznie o samobójstwie. Nie boję się wyjść z domu. Ogółem ujmując, walka z depresją i nerwicą lękową idzie w coraz to lepszym kierunku. Nie wiem, czy jest to kwestia samych leków czy też terapii - na tę, po intensywnych cotygodniowych sesjach przestałam już chodzić, bo nie odczuwam już takiej potrzeby (czy to dobrze? Czy może powinnam się zmusić, gdyż przeceniam swój stan?). Jednej rzeczy się nauczyłam i ją zaakceptowałam - zdaję sobie sprawę, że depresja to stan niezdrowy, będący zaburzeniem psychicznym, ale w moim przypadku jest to także pierwiastek mojej osobowości - silnej wrażliwości, poczucia wyalienowania i niezaspokojenia. Choć aktualnie nie osiąga to już poziomu ekstremalnego, niebezpiecznego dla mojego życia, to chyba nie mogę się oszukiwać, że nadejdzie ten moment, gdy zmienię się w osobę gruboskórną. I nie staram się nawet walczyć z ciemnymi myślami. Ale w pewnym stopniu się boję, że wszystko nawróci po odstawieniu leków. Ostatnio jestem wiecznie senna. Mogłabym spać cały czas. Na lekcjach zastanawiam się tylko, jak to położyć się na ławce, by móc zasnąć bez zwracania niczyjej uwagi. Pierwszy raz zdarzyło mi się zasnąć w ubraniu i obudzić późno w nocy. Skąd może się to brać? Czy jest to kwestia jakichś niedoborów, słabego odżywiania się? Czy długie stosowanie antydepresantów może skutkować tą ospałością?
  8. Hej, Gdy w końcu zdecydowałam się na własną terapię, w mojej głowie zakorzeniła się myśl "Dlaczego tak późno? Dlaczego wcześniej tego nie zrobiłam?". I rzeczywiście, pierwsze kroki są najtrudniejsze, ale pomagają nam zrobić cokolwiek. Szczerze mówiąc, trochę dziwi mnie to, co napisałaś. W przebiegu mojej terapii nie było żadnych rozmów o wierze. Sama nie do końca potrafię zdefiniować swojej, więc trudno wczuć mi się w tę sytuację. Ale nie wiem w jaki sposób religia mogłaby kolidować z leczeniem. Osobiście spotkałam się z bardzo krzywdzącymi opiniami osób gorliwie wierzących, które podważały istnienie zaburzeń takich jak depresja, przez co moja choroba coraz bardziej się pogłębiała, bo nie wiedziałam, co jest ze mną nie tak. Albo za jej przyczynę uznawały oddalenie się od wiary. Ale w Twoim przypadku wiara może być w końcu plusem. Wiara potrafi odnaleźć sens życia, może na życiu podtrzymywać. Wydaje mi się, że nalezy po prostu zaakceptować istnienie dolegliwości tj. nerwica czy depresja. Człowiek nie jest depresją/nerwicą, czasem po prostu z nimi żyje, często nieświadomie. I uważam, że niezwykle ważne jest podjęcie leczenia. Bo po co się męczyć?
  9. Blank, uwierz mi, że myślałam dokładnie w ten sam sposób. Ba! Mnie to nawet nie "wisiało", lecz podobało mi się! Byłam zakochana w autodestrukcji, zauważałam w tym, coś pięknego. Myślałam, że tak już musi być, że zawsze będę smutna. Ale później odkryłam jak bardzo ten pogląd na życie przysłoniony był depresją. I nadal nie jest idealnie. Tkwiłam w głębokiej już depresji, ale warto pamiętać, że im wcześniej się zareaguje, tym lepiej. Do lekarza poszłam tylko i wyłącznie dlatego, że nie byłam w stanie normalnie funkcjonować. Chciałam jedynie poprawy stanu fizycznego, ale problem oczywiście jest znacznie głębszy. Pierwszy lek, nawet w zwiększonej dawce na mnie nie działał. Drugi - już tak. I ta mała poprawa naprawdę wiele zmienia. Gdy widzisz, że zaczyna się pojawiać minimalny progres, zdobywa się motywację. Chodzę teraz do terapeuty, co też mi pomaga. Potem wprost nabyłam takiej chęci, by każdego,kto jest w podobnym do mojego stanie uświadamiać, że zawsze powinien szukać pomocy, bo ja naprawdę bardzo żałuję, że nie zdecydowałam się wcześniej. Posty na tej stronie pisałam już dwa lata przed diagnozą. Szkoda tracić czas.
  10. Blank, piszę to jako osoba, która w jeszcze młodszym wieku uznała, że zaczyna dziać się źle. Proszę Cię, idź do lekarza. Tu nie ma znaczenia wstyd, nie ma znaczenia to, co pomyślą o Tobie inni, nie mają znaczenia Twoje obawy. Gdybym mogła cofnąć czas, do psychiatry wybrałabym się co najmniej rok wcześniej. Zrobiłam to w momencie, gdy zaczęłam bać się o samą siebie, myśli samobójcze nadchodziły znikąd, stawały się coraz bardziej realne, nie dawały mi żyć. Byłam cały czas zmęczona, przestraszona, lęk nie malał bez względu na sytuację życiową, nie byłam w stanie wytrzymać podczas lekcji. Sama siebie diagnozowałam przez internet i byłam świadoma swoich chorób. Mimo wszystko wstydziłam się poprosić wprost rodziców o pomoc. Każdy dostrzegał moje stany, ale wbrew sobie odmawiałam jakichkolwiek wizyt u lekarza, o których tak naprawdę marzyłam. Okazało się, że moje przypuszczenia były trafne. Podjęłam się leczenia i jest po prostu lepiej. Nie trać nadziei! To, w jaki sposób patrzysz na tę sytuację może być spowodowane Twoim stanem! Ty nie jesteś depresją czy nerwicą! Złe stany nie są Tobą! To Ty masz nad tym wszystkim kontrolę i nie daj się, walcz, szukaj pomocy!
  11. bedzielepiej, bardzo dziękuję Ci za tę informację. :) Jutro mam wizytę, więc będę mogła trochę porozmawiać na ten temat. Co do tego przyspieszonego myślenia, nawracających myśli to miałam je przed leczeniem, mam je teraz. Nie narosły, ale są obecne dalej. W moim przypadku dochodzi także kwestia nerwicy lękowej, na którą ten lek także miał działać.
  12. ekspert_abcZdrowie, tak, wspominałam o tym, teraz dopowiem o pozostałych sytuacjach. Jednak wydaje mi się, że teraz powinnam wspomnieć o tym, że leki w moim odczuciu mogą mieć jakiś związek. Biorę Escitalopram. bedzielepiej, Najbardziej boję się myśli, że okaże się, że kolejny lek na mnie nie działa, i to ten, określany jako silny. Ale z tym jest o tyle dobrze, że nie boję się o siebie. Czy też, ze coś sobie zrobię nagle. Co do stanów manii, to właśnie one cały czas krążą mi po głowie. Przeszukałam już cały internet w poszukiwaniu informacji o depresji dwubiegunowej i z jednej strony się zgadza, a z drugiej nie. Ale czy przy stwierdzeniu manii konieczny jest konkretny czas jej trwania? Bo ja wcześniej dostrzegałam w sobie coś na kształt stanów maniakalnych, z tym, że trwały one kilka godzin, a nie kilka dni.
  13. Hej, drugi przyjmowany przeze mnie lek zaczął działać. Najważniejsze było to, że nie odczuwałam głębokiego smutku "bez powodu". Nie działo się idealnie, ale różnica jest. Przez co trochę obawiam się, co dalej - gdy każą mi kiedyś odstawić leki. Ustąpiły też nieco objawy lękowe, nie mam już tak intensywnych napadowych myśli np. w zamkniętych pomieszczeniach, nie czuję chęci ucieczki, obaw. W każdym razie kilka wydarzeń w ostatnim czasie nieco mnie zaniepokoiło. A mianowicie choć moje uczucia są bardziej ustabilizowane w normalnych sytuacjach, to gdy następuje ich przesycenie - wybucham, zaczynam tracić nad sobą kontrolę. Wcześniej przypominam sobie podobne momenty, ale nie były one na tyle gwałtowne i nieokrzesane. W ciągu ostatnich 2-3 tygodni: -popłakałam się w miejscu publicznym, bo ktoś podniósł na mnie głos -pewna osoba zaczęła mnie obrażać, wdałam się z nią w dyskusję, broniłam swoich praw, ale na koniec to ja się popłakałam. Nie obchodziło mnie to, że stoję na środku pełnej życia ulicy -byłam sfrustrowana i w centrum handlowym musiałam uciekać do łazienki, by się wypłakać. Łzy lały się strumieniami, z makijażu nie zostało nic -bliska osoba zaczęła mi coś wypominać, sprawiać przykrość, krzyczeć, o mało nie roztrzaskałam telefonu o podłogę; zamiast tego trzasnęłam drzwiami i położyłam się, płacząc, trzęsąc W każdym z tych przypadków ból jest rozsadzający, nagły, nie do opanowania. Wprost fizyczny. Najgorsze jest to, że rano sobie myślałam "o, w tym tygodniu chyba nie pójdę do terapeuty, jakoś dobrze się czuję", a już dwie godziny później zaczęłam wyszukiwać najbliższego terminu na spotkanie, bo wiedziałam, że tego wszystkiego nie zniosę. Jak sobie radzicie z takimi wybuchami, jeżeli one następują? Czym mogą być spowodowane? Jestem naturalnie bardzo chwiejna emocjonalnie i zachowuję się teatralnie, ale nie wiem, czy leki dodatkowo coś do tego wnoszą.
  14. Trudno mi ocenić, ale można tak powiedzieć. Tzn. mam wrażenie, że depresja dodała mi bezsilności. Zawsze miałam w sobie coś z buntownika, a wtedy wszystko przestało mnie obchodzić i najchętniej siedziałabym w pokoju cały dzień. Nie mogę powiedzieć,że pokonałam depresję. Jestem pod wpływem silnych leków. A do tego do stanu stabilnego nadal sporo mi brakuje, ale w pamięcią nawet nie chcę wracać do odczuć z czasów przed podjęciem leczenia. No, w każdym razie te wybuchy emocji są znacznie gwałtowniejsze i silniejsze. Nie płaczę już "bez powodu", z poczucia beznadziei jak to było wcześniej. Ale kiedy nadejdzie jakiś (wg mnie) racjonalny powód do smutku, to od środka mnie rozdziera. Tak jakbym czuła wprost fizyczny ból. Ja to wyobrażam sobie metaforycznie. Jakby powłoczka, którą tworzą wokół mnie antydepresanty, została w jednym punkcie przedziurawiona i przez ten mały otworek ukradkiem i niespodziewanie zaczęły wydostawać się te negatywne uczucia, wszystkie zebrane wcześniej, na raz. Przed chwilą znowu płakałam, bo ktoś podniósł na mnie głos. Mimo że wcześniej czułam się dobrze. W stanie wcześniejszym do końca dnia mogłabym płakać. Teraz tak nie jest, uspokajam się, ale wybuch jest bardzo bolesny i nie do okiełznania. Nie mam stwierdzonego borderline, ale to też nie jest tak, że wcześniejsze diagnozy były postawione wprost. Moja terapeutka na wstępie powiedziała, że nie chce mnie szufladkować, bo to do niczego nie prowadzi. Ale między słowami czy podczas wizyt u psychiatry okazało się, że mam depresję, nerwicę lękową i fobię społeczną. Do tego po prostu określono moją osobowość jako bardzo artystyczną. Tyle. Więc sama nie wiem...
  15. Cześć wszystkim! Głupio tak wcinać mi się w środek rozmowy, ale moje rozmyślenia tak mnie przytłaczają, że mimo wczorajszej wizyty u terapeuty, muszę kogoś spytać o poradę. W skrócie: choruję na depresję i nerwicę lękową. Leki trochę działają, na pewno jest poprawa. W każdym razie w ostatnich tygodniach pojawiały się bardzo gwałtowne wybuchy uczuć. Ktoś w miejscu publicznym podniósł na mnie głos, nie było żadnej awantury ani nic, a ja od razu zaczęłam płakać. I nie mogłam się uspokoić. Po prostu racjonalne myślenie zostało wyłączone, a łzy lały się strumieniami. Kolejna sytuacja - z głupiego powodu poczułam się odrzucona i trochę zazdrosna. Wprowadziło mnie to w stan tak wielkiego gniewu, że mogłam się wyżyć jedynie poprzez wyżalenie się komuś sms-em. Mało by brakowało, a pewnie znowu zaczęłyby się szlochy. Ale teraz najlepsze. Bezpodstawnie zostałam skrytykowana i w pewnym stopniu obrażona. Długo by tłumaczyć tę sytuację, w każdym razie nie jestem zadowolona ze swojej reakcji. Osoba podniosła na mnie głos, a ja dalej wdałam się z nią w dyskusję. Nie obrażałam nikogo, ale też nie do końca pamiętam, co w ogóle powiedziałam. Po prostu sie broniłam "nie życzę sobie, proszę mnie nie obrażać" itd. Ale byłam zupełnie otumaniona tą sytuacją. Po konfrontacji znowu zaczęłam płakać. Nie obchodził mnie otaczający mnie świat, pełno ludzi, ulica, świadkowie. Tak jakbym oderwała się od rzeczywistości. Poniosło mnie. Całkowicie. Wg lekarza mam taki typ stereotypowego niezrównanie wrażliwego romantyka, który nie oddziela sfery "tworzenia" od normalnego życia. Szaleństwo twórcze podkręca skok adrenaliny i zaczynam łamać granice. Zaczynam zachowywać się buntowniczo, choć z drugiej strony pragnę akceptacji, kogoś, kto będzie mnie wprost ubóstwiał. Mam syndrom jakiejś gwiazdy, która chce zmieniać świat i pakuje się przez to w kłopoty, a przede wszystkim - rani samą siebie. Moje postawy są całkowicie rozchwiane i w końcu powinnam coś wybrać, bo całkowicie zwariuję. A momentami już się czuję, jakbym zwariowała. Czasem widzę w sobie tę niezwykłość, wiem, że jest ona darem, którego nie da się podrobić, że ta nadwrażliwość emocjonalna towarzyszyła tym, którzy dużo osiągnęli. Ale co po osiągnięciach, gdy ja zaczynam tracić kontrolę. Nie wiem, o co chodzi. Analizowałam wszystkie możliwe rodzaje manii, hipomanii. Zastanawiałam się w kwestii depresji dwubiegunowej. Ale nie wiem, może są to zaburzenia osobowości. Lekarz nie rzuca nazwami raczej, bo nie chce generalizować, ale ja nie zachowuję się normalnie. Czasem myślę, że ten świat po prostu nie jest miejscem dla mnie. Bo ja nigdy nie będę potrafiła się dopasować. Czy ktoś może czuł się podobnie?
×