katapulta
Użytkownik-
Postów
12 -
Dołączył
-
Ostatnia wizyta
Treść opublikowana przez katapulta
-
Poczucie własnej wartości
katapulta odpowiedział(a) na Angel26 temat w Odpowiedzi i pytania do psychologa
Poza niską samooceną, którą mam od czasów dojrzewania (obecnie jestem przed 30-tka), zauważyłam ostatnio silną potrzebę bycia komuś potrzebną. Czy dobrze kminie, że jedno z drugim ma związek? Obecnie, mimo bycia w związku, czuję się niepotrzebna i nieprzydatna. Bardzo lubię za to mieć gości, lubię się dzielić tym, co mam, gotować dla innych itp. Kiedy jedziemy gdzieś ze znajomymi, to zawsze to ja jestem ta osobą, która częstuje, pożycza, wyręcza. Z drugiej strony jakiekolwiek uznanie jest dla mnie krępujące. Może dlatego, że ciężko mi uwierzyć, że ktoś docenia to, co robię. Całość pogarsza fakt, że mój partner jest bardzo oszczędny w wyrażaniu swojego zadowolenia. Prędzej powie, że coś jest nie tak, że coś mogłam zrobić inaczej. Jak się zastanowić, to w sumie nigdy mnie za nic nie pochwalił. On wie, że mam potrzebę bycia docenioną, ale jej nie spełnia. Być może na to nie zasługuję (?) Pytanie, czy mogę mieć do niego o to żal, skoro on po prostu nie czuje potrzeby wyrażania tego, że cos mu się podoba, że coś jest ok, że smakuje, że coś fajnie zorganizowałam, że może fajnie wyglądam itp. Pytanie też, czy to po prostu nie jest przejaw mojej beznadziejności, że musze żywić się uznaniem innych, bo nie potrafię sama stwierdzić, że jestem ok. -
Myślałam, ale jak pisalam w poprzednim wątku: byłam kiedyś u psychologa - raz, jeszcze za czasów, gdy miałam zaburzenia nerwicowe. Wizyta kosztowała 100 zł. Dla mnie każde 100 zł odłożone na budowę jest na wagę złota - a terapia to pewnie spotkania co tydzien, czyli 400 zł - nie stać mnie na to, nie zarabiam nawet 2 tys, a za coś trzeba żyć... ale czasem zastanawiam się, czy nie poświęcić chociażby 100 zł i pójść raz w miesiącu pogadać.. pytanie, czy taka częstotliwośc cokolwiek da...? Poza tym chciałabym wybrać psychologa, który byłby ateistą albo wierzącym, ale o otwartym umyśle, szerokim horyzoncie myślenia... ze względu na dewocję mojej mamy... dlatego wszelkie darmowe parafialne grupy wsparcia odrzucam z automatu.... pytanie, jak takiego znaleźc, przecież nie mogę sie kogoś na dzień dobry pytać o wyznanie, wyznanie to sprawa prywatna i nic mi do tego.... Wczoraj znowu była awantura, darcie się o 4 przykazanie... rzygac mi się chce, jak widzę, jak tak jadowita osoba wyciera sobie usta chrześcijaństwem...
-
on generalnie wie, że tak by było. Niestety, jako, że wychował się w normalnym domu, dla niego mój problem nie jest do końca zrozumiały, nie rozumie, że mozna to aż tak bardzo brać do siebie, że to nie jest tak łatwo powiedzieć "eh, olać to!". Pewnie dlatego, ze o zainteresowanie i sympatię matki nigdy nie musiał zabiegać, po prostu je miał. Przyznam, że i ja otrzymuję tego więcej od jego mamy, niż od swojej. To po prostu taka pogodna, a jednocześnie rzeczowa kobieta :) Bardzo ją lubię :-) U nas problem rozbija się głównie o kasę. Gdyby to zależało ode mnie , to bym sie wyniosła dawno temu, ale nie udałoby mi sie pewnie odlożyć więcej, jak 100 zł miesięcznie, a w takim tempie to mogłabym całe życie zbierać i ostatecznie nic nie kupić. A całe zycie wynajmowac... jakoś mi się nie uśmiecha. W tej chwili jesteśmy w stanie odkładać całą jedną pensję, a to dużo. To daje mi poczucie, że coś robimy w tym kierunku, bez tego bym zwariowała. Dobrze mieć takie możliwości. Od rodziców nie chcę żadnych pieniędzy na dom, chcemy uzbierac sami. Zresztą wiem, że moja mama moze i dałaby mi na cokolwiek innego (czzasami wyskakuje z jakimiś dziwnymi propozycjami typu "zafunduję ci pielgrzymkę zagraniczną" - nie chcę ani pielgrzymek, ani żeby ktokolwiek fundował mi jakieś wojaże), ale na ten cel nie da mi ani złotówki, bo wydaje jej się, że to nasza fanaberia nic od niej nie chce, tylko spokoju.
-
Potwierdzam. Zmiana reakcji daje bardzo dużo. Jak ja się tego nauczyłem to po raz pierwszy widziałem poczucie porażki u toksycznej osoby. Wprawdzie summa summarum wk*rwiło ją to jeszcze bardziej, ale warto było to samo mowił mi mój mąż, tylko teraz pytanie - jak? nie chcę traktować jej w taki sposób, jak ona mnie, bo nie chce zniżać się do tego poziomu. Mogę przestać reagować na zaczepki, ale wiem, że wtedy będzie próbowała różnych sposobów, aby pozaczepiać i powkurzać :/ ale to chyba lepsza droga, niż przysrywanie... Niestety tak nie jest. Nie wiem, czy zaglądałeś/aś (przepraszam, po nicku nie jestem w stanie stwierdzić) do linku z moją historią, tam jest dużo tekstu, więc pewnie mało kto przeczytał ;-) takze zacytuję odpowiedni fragment: Nie jestem u siebie, nigdy nie byłam u siebie... nie mogę tu nawet mebla przestawić bez awantury, nie mamy prywatności. Owszem, moglibyśmy dawno wziąć kredyt i się wynieść, ale nie chcemy brać wielkiego kredytu, który będą musiały spłacać jeszcze nasze dzieci. Staramy się odłożyć jak najwięcej samo (i potem wziąć jakiś mniejszy kredyt, który spłacimy sami) i nieźle idzie, niestety jest to kosztem innych rzeczy :-( co kilka miesięcy przelewa mi się czara goryczy i jest tak, jak w chwili obecnej. Jak chodzi o stawianie granic takie ogólne, to jestem w trakcie w kwestii wypytywania się, inwigilowania mojego życia prywatnego - tych ciągłych pytań o rzeczy, które nie powinny ją obchodzić. I rzeczywiście pyta mniej, ale jej spojrzenia, gesty, komentarze "na stronie", zachowania - to ciągle boli, bo nie rozumiem, co takiego się stało, że moja własna matka traktuje mnie jak osobę gorszego sortu, niegodną szacunku, nie wpiera mnie. Problem też w tym, że ja też się od niej odsunęłam i ciężko mi się zdobyć na cieplejsze u czucia. No ale trudno, zeby człowiek z chęcią tulił się do kaktusa... Ją w ogóle nie obchodzi moje zycie w sensie nie pyta się, jak tam w nowej pracy, jak kwestia budowy, jak mi się jeździ autem (kupiliśmy rok temu) - a w normalnych rodzinach takie pytania padają z czystego zainteresowania drugim człowiekiem. Rodziców zawsze interesowało tylko, jak w szkole, bo przecież musiałam być prymuską. Już etap dojrzewania - tu nie miałam żadnego wsparcia to chyba dlatego mam w sobie taki ogromny głód uczucia :-( tak mi się wydaje :/ teraz jestem w normalnym związku (aczkolwiek mój mąż nie jest zbyt wylewny, to taki twardo stąpający po ziemi typ), ale mój pierwszy związek był z toksyczną osobą, która zniszczyła moje życie - i wiedząc to, że je niszczy, trwałam w tym związku, bo rozpaczliwie chciałam mieć kogoś... Nie wiem w ogóle, czemu moja mama taka jest, ona pewnie też jest chora, ale nawet nie wiem, jak jej pomóc, bo ona tego na pewno w kontekście choroby nie widzi. Dzięki za Wasz odpowiedzi, to dobrze mieć możliwość wypowiedzieć się przed kimś z zewnątrz, kto wysłucha. Miłego dnia :)
-
Różnie... to zalezy od tego, w jakim etapie życia kogoś poznałam... sa ludzie, ktorzy wiedzą, że jestem niepewna siebie i widzą to w poprzedniej pracy, gdzie byłam ofiarą mobbingu, postrzegana byłam jako totalne cielę - albo inaczej - szefowa i pracownicy chcieli, żebym czuła, że tak mnie postrzegają, podczas gdy jednoczesnie odcinali mnie od możliwości rozwoju... co ciekawe, w jeszcze wcześniejszej pracy byłam postrzegana zupełnie odwrotnie - ale tam byłam osobą lubianą. Teraz jest podobnie - od kilku ms mam nową pracę. O dziwo ludzie postrzegają mnie chyba jako otwartą i pewną siebie. Wydaje mi się, że to trochę wpływ tego, ze zmiana pracy podziałała na mnie jak narkotyk - mam wrażenie, że te kilka ms byłam na takim pozytywnym haju, spowodowanym tą zmianą, kontaktem z normalnym środowiskiem, możliwością rozwoju itp - i przychodziłam do pracy z o wiele lepszym nastawieniem. Oczywiście musiał przyjść kryzys - w grudniu - kiedy załamałam się, bo przytłoczono mnie obowiązkami i poczułam, że nie ogarniam... Czasami wydaje mi się, że ta praca, gdzie był mobbing, trochę mnie - wbrew pozorom - zahartowala. Ta praca oraz sytuacja w domu rodzinnym. Ostatnio jeden kolega męża powiedział o mnie, że jestem twardzielką. Nie mam pojęcia, co miał na myśli i skąd mu się wzięło. To chyba najdziwniejsze, co uslyszałam o sobie od kogoś. Minąłjakiś czas, a ja rozkminiam, o co mogło chodzić.
-
nie usłyszałam nigdy przepraszam i raczej nie usłysze. Moja matka uważa, że to ja niszczę jej życie, nie widzi, że to ona niszczy mnie :-( ja naprzepraszalam się już milion razy w moim życiu, kilka lat temu dotarło do mnie, że wymuszała na mnie poczucie winy i przepraszanie, więc przestałam to robić...
-
Swój problem opisywałam kiedyś tu: nie-ogarniam-t48754.html Przyznam, że nie wiem, co robić, bo relacje z moją mamą są coraz gorsze, a dopóki się nie wyniosę stąd, gdzie mieszkam (czyli za ok. dwa lata), jestem uwiązana... Czasami zastanawiam się, czy ie miałam być po prostu innym lepszym dzieckiem, że to wszystko, co od niej doświadczam negatywnego, to kara za to, że się nie udałam. nie udałam się, bonie jestem taka, jak ona chce... W Wigilię nie chciała się nawet ze mną dzielić opłatkiem. Tzn przełamała się tym opłatkiem, ale nie słuchała, co do niej mówię, tylko szybko coś tam odbąknęła i już rozglądała się po pokoju, jakby chciała uciec, zmienić osobę do składania życzeń. Fakt faktem, za bardzo nie wiedziałam, o czym z nią przy tym opłatku gadać, ale jednak coś tam zaczęłam życzyć, a ona nawet nie była zainteresowana, co miałam do powiedzenia. Poza tym dzień w dzien przychodzi i robi mi na złość - bardzo to, k*wa chrześcijaskie! Proszę, żeby czegoś nie robiła, to ona to robi, bo wie, że mnie to wnerwia. Probuje mi udowodnić, że jestem do dupy i np. zaczyna mi sprzątać w chacie. Jak jej zwraca uwagę, to zaciska zęby i z miną męczennicy robi to dalej albo burczy. Mamy królika, ona go dokarmia na siłę, wbrew moim protestom, bo przecież zwierzę musi ciągle żryć, nie?!. Bałabym się powierzyć jej dziecko... Moja siostra i mój mąż mówią, że daję jej się prowokować, że ją obserwują i widzą, że ona to robi specjalnie, że każdorazowe wyprowadzenie mnie z równowagi powoduje wstrętny uśmieszek na jej twarzy... Skoro osoba, ktora powinna kochać mnie bezwarunkowo, wyzłośliwia się na mnie i ma w dupie moje życie, to kim jestem w takim razie i czego jestem warta? Płakałam wczoraj wieczorem, bo znów mi się to wszystko gdzieś tam w glebi nazbierąło, aż mnie od tego płaczu bolała dzisiaj w pracy głowa... A jednocześnie ja nie mogę już na nią normalnie patrzeć, od razu zapala mi się w głowie czerwona lampka, od razu się zaperzam, bo przeciez najlepszą obroną jest atak