Cześć,
Jako, że mam podobny problem, chciałabym podzielić się z osobami zainteresowanymi swoją historią.
Jestem Małgośka, mam 27 lat. z moim chłopakiem mieszkam już przeszło 2 lata. Mieszkamy z dala od naszych miejscowości rodzinnych, więc każde z nas swoją rodzinę odwiedza raz na jakiś czas... nasze rodziny na wzajem - jeszcze rzadziej. Od początku naszej znajomości matka mojego chłopaka była bardzo ciepła, otwarta i miła. Widywałyśmy się kilka razy w roku, ona czasami nawet dzwoniła do mnie żeby "poplotkować", lub po prostu spytać, co słychać.
Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z moją depresją...w maju tego roku wyczerpana psychicznie pracą w korporacji (co de facto było dla mnie nowym doświadczeniem) spontanicznie zrezygnowałam z pracy. Postanowiłam dać sobie trochę czasu, zebrać siły i zacząć wszystko od nowa.
Cóż, nie do końca wyszło tak, jak planowałam. Przedłużający się okres bezrobocia (bez prawa do zasiłku) oraz totalny brak pomysłu na siebie sprawiły, że depresja pochłaniała mnie coraz bardziej i bardziej. Zapewne wiecie jak to jest - przestały mnie cieszyć rzeczy, które wcześniej sprawiały mi przyjemność, z kontaktami z innymi ludźmi włącznie. Nie miałam ochoty odwiedzać "teściów", nie miałam siły udawać przed nimi, że wszystko jest ok. Wiele też utrudniał fakt, że jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle mogę mieć do czynienia z depresją.
Któregoś razu jednak postanowiłam ich odwiedzić, wraz z moim chłopakiem, który bardzo mnie wspiera... Nie wyszło to spotkanie najlepiej, bo jakaś myśl wywołała u mnie histeryczny atak płaczu. Wyszłam do kuchni, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, ale tam "nakryła mnie" mama mojego chłopaka.
Zaczęła mnie pocieszać, przytulać. Opowiedziałam jej o swoich największych obawach, o tym, jak martwi mnie to, że jestem na utrzymaniu ich syna i że wcale nie czuję się dobrze w tej sytuacji. Mam wyrzuty sumienia, a nie czuję się na siłach aby szukać nowej pracy. Pani M. wykazała wiele zrozumienia, kazała mi się nie przejmować, "wykorzystać ten czas jakby to był urlop - do naładowania baterii".
Suma sumarum jednak, po powrocie do domu mój stan coraz bardziej pogarszał się. Z czasem zasięgnęłam porady psychiatry. Dostałam antydepresanty i skierowanie na psychoterapię ( na którą strasznie długo muszę czekać). Od tamtego incydentu praktycznie nie widziałam się z "teściową", ale wciąż narastała we mnie paranoja, że coś jest nie tak. W końcu wyciągnęłam z mojego chłopaka informacje... Powiedział mi o tym, jak strasznie jego mama zmieniła do mnie nastawienie. Teraz twierdzi, że "nie jestem dla niego dobrą partią" (chore!), nie mam ambicji, aspiracji i w ogóle jestem super zadowolona siedząc na tyłku z domu i ciągnąc z niego ciężko zarobione pieniądze.
Ale wiecie co w tym wszystkim jest najtrudniejsze do zrozumienia dla mnie? To, że w kontaktach ze mną nadal zgrywa słodką i przyjazną!! Nie mogę pojąć takiej dwulicowości i czuję się strasznie zbita z tropu. Kiedy zadzwoniłam do niej z życzeniami noworocznymi, zaprosiła mnie na kawkę, w najbliższym terminie, kiedy będę odwiedzać rodzinne miasto (co przypada na okolice 20 stycznia). Zgodziłam się. W końcu kilka razy wcześniej unikałam jej zaproszeń, zawsze mówiłam, że "mam mnóstwo spraw do załatwienia i zobaczę jak uda mi się czasowo wszystko zmieścić"... i jakoś tak zawsze brakowało mi czasu (choć tak na prawdę nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie oglądał).
Teraz cholernie boję się tego spotkania. Nie wiem jak się zachować wiedząc, że ona jest taka fałszywa wobec mnie. Ba, nie wiem jak ona się zachowa - czy będzie miła, czy zacznie otwarcie mnie atakować? Ja nigdy nie potrafiłam się bronić. Wręcz poniekąd rozumiem jej punkt widzenia, bo w jej okrojonej do minimum perspektywie tego, co dzieje się w moim życiu faktycznie niektóre sprawy mogą tak wyglądać, jak ona je widzi... Boję się, że ona mnie zdominuje, albo spotkanie skończy się wielką kłótnią. Tak czy siak, nie będzie dla mnie przyjemne. Nie chcę być źródłem problemów w relacji mojego chłopaka z jego matką. Choć on i tak twierdzi, że to matki zachowanie jest źródłem problemu, iże ona zawsze miała osobowość dość... psychopatyczną.
Wiele mogłabym jeszcze napisać o niej, o sobie... jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało.
Nie proszę o słowa otuchy, nie mówcie mi, że mam się nie przejmować, bo ja dobrze wiem, że nie powinnam. Jeszcze kilka dni temu nie mogłam spać z powodu myśli o tym, jak bardzo niesprawiedliwie czuję się postrzegana. Teraz mam trochę większy dystans do tej sprawy, ale nadal nie wiem co robić. Tworzę w głowie scenariusze na temat naszego przyszłego spotkania. Jak mam się zachowywać?