Skocz do zawartości
Nerwica.com

mothyl

Użytkownik
  • Postów

    31
  • Dołączył

  • Ostatnia wizyta

Treść opublikowana przez mothyl

  1. mothyl

    Witajcie

    Dzięki za ciepłe powitanie. Jeśli o mnie chodzi, to nie zależy mi na tym, żeby od razu wykonywać "pracę marzeń". Zdaję sobie sprawę, że do tego dochodzi się stopniowo. Ja aktualnie marzę o pracy takiej, gdzie nie będę miała styczności z toksycznymi ludźmi. To było głównym powodem mojej rezygnacji z poprzedniego miejsca zatrudnienia. Relacja szefostwa z pracownikami ocierała się mocno o mobbing, a ja, jako osoba dość empatyczna i uległa, miałam lekko mówiąc przekichane. Teraz bezrobocie napędza depresję, a depresja obiera chęć do robienia czegokolwiek. Wpadłam w błędne koło, z którego bardzo chcę się wyrwać.
  2. mothyl

    Witajcie

    Jestem Gośka, mam 27 lat i generalnie to fajna ze mnie osoba. Jak chyba każdy, mam w życiu kilka problemów, z którymi od trzech miesięcy staram się walczyć dzielnie. Jak każdy, miewam też w tej walce swoje wzloty i upadki. Z wykształcenia jestem pedagogiem, jednak 1,5 roku pracy z dziećmi zweryfikowało moje powołanie. Obecnie cierpię na brak celu zawodowego. Nie wiem co chce w życiu robić, ale mimo wszystko dzielnie szukam pracy. Zawsze uważałam się za osobę dość poukładaną i samoświadomą no, przynajmniej do momentu, kiedy wylądowałam u psychiatry i okazało się, że tak na prawdę niewiele wiem o sobie. Od kilku miesięcy przyjmuję antydepresanty z bardzo pozytywnym skutkiem. Oczekuję też w kolejce na psychoterapię pod kątem zaburzeń osobowości z tendencją do dekompensacji depresyjnych. Postanowiłam więc, że okres oczekiwania mogę spędzić w Waszym towarzystwie. Zanim dopadły mnie problemy miałam wiele zainteresowań, do których teraz staram się wracać. Są to między innymi: malowanie na szkle, gry komputerowe, gra w szachy, mahjong, muzyka i książki... kocham czytać. Poza tym, że mam o sobie całkiem dobre mniemanie, jest też druga strona mnie. Nie wierzę w siebie za gorsz, czuję, że nie jestem nic warta, nic nie potrafię a swoją beznadziejnością mogłabym obdarować niemałą wioskę. Wszystko co robię, robię ze względu na swoich najbliższych, bo sama nie widzę sensu w tym, żeby się starać. Czuję, że z góry jestem skazana na porażkę. Nawet podczas szukania pracy towarzyszy mi poczucie, że jestem tak beznadziejna, że sama bym siebie nigdzie nie zatrudniła. Tyle o mnie. Pozdrawiam.
  3. Witaj monk.2000, dzięki za odpowiedź. W zasadzie, ponoć najprostsze rozwiązania są najlepsze, i jak teraz o trym pomyślę to sądzę, że kiedy dojdzie do spotkania, to niezależnie od tego jak nieprzewidywalnie zachowa się ona, ja chcę pozostać naturalna. Ja po prostu nie wiem nawet, czy w zaistniałej sytuacji (kiedy unikałam kontaktu) należą się mojej "teściowej" jakieś wyjaśnienia? Nie chcę jej wtajemniczać w sferę mojego zdrowia, jest to dla mnie zbyt intymne. Z drugiej strony myślę, że gdyby poznała fakty, mogłaby coś zrozumieć. Nie mogę znieść tego, jak ona mnie postrzega, ale też nie chcę wpuszczać jej do tego zakątka mojego życia. Niestety trafiłam na osobę, która swoje opinie opiera na przesłankach, a czego nie wie, to sama sobie dopowie. Dodatkowo sama tkwi już wiele lat w małżeństwie, w którym jest nieszczęśliwa, i nawet jej własny syn twierdzi że kobieta przenosi wizję własnych problemów na nas - kiedy nie układa jej się z mężem, dzwoni do syna i narzeka na męża. Kiedy natomiast między nimi jest spokój, dzwoni do syna i narzeka na mnie. To jest chyba kobieta nawykła już do takich sensacji w swoim życiu, że nie potrafi się bez nich obejść. Zawsze musi sobie na kogoś ponarzekać. Jak postępować z taką osobą, żeby nie pogorszyć sytuacji, i czy to w ogóle normalne, że mnie bardziej zależy na niepogorszeniu sytuacji, niż na własnym komforcie? Nie potrafię sama zlokalizować błędu w swoim rozumowaniu. -- 27 sty 2014, 13:10 -- Heh, no i w końcu do spotkania po raz kolejny nie doszło... Tak czy siak, ja jestem już o wiele spokojniejsza i dopiero teraz widzę z nieco innej perspektywy jaką straszną paranoję sobie wkręciłam z tą teściową. Porozmawiałam z moją mamą o tym i zwróciła mi uwagę na bardzo ważną rzecz - że skoro teściowa ciągle w bezpośrednim kontakcie jest dla mnie miła, to może świadczyć o tym, że się stara i że szacunek do mnie ma, bo gdyby nie miała to prawdopodobnie z jej osobowością, nie krępowałaby się mi wygarnąć, co o mnie myśli. Cóż, na razie odsuwam od siebie ten temat i jestem znacznie spokojniejsza. Nie ma co przeżywać.
  4. Cześć, Jako, że mam podobny problem, chciałabym podzielić się z osobami zainteresowanymi swoją historią. Jestem Małgośka, mam 27 lat. z moim chłopakiem mieszkam już przeszło 2 lata. Mieszkamy z dala od naszych miejscowości rodzinnych, więc każde z nas swoją rodzinę odwiedza raz na jakiś czas... nasze rodziny na wzajem - jeszcze rzadziej. Od początku naszej znajomości matka mojego chłopaka była bardzo ciepła, otwarta i miła. Widywałyśmy się kilka razy w roku, ona czasami nawet dzwoniła do mnie żeby "poplotkować", lub po prostu spytać, co słychać. Wszystko zaczęło się zmieniać wraz z moją depresją...w maju tego roku wyczerpana psychicznie pracą w korporacji (co de facto było dla mnie nowym doświadczeniem) spontanicznie zrezygnowałam z pracy. Postanowiłam dać sobie trochę czasu, zebrać siły i zacząć wszystko od nowa. Cóż, nie do końca wyszło tak, jak planowałam. Przedłużający się okres bezrobocia (bez prawa do zasiłku) oraz totalny brak pomysłu na siebie sprawiły, że depresja pochłaniała mnie coraz bardziej i bardziej. Zapewne wiecie jak to jest - przestały mnie cieszyć rzeczy, które wcześniej sprawiały mi przyjemność, z kontaktami z innymi ludźmi włącznie. Nie miałam ochoty odwiedzać "teściów", nie miałam siły udawać przed nimi, że wszystko jest ok. Wiele też utrudniał fakt, że jeszcze wtedy nie zdawałam sobie sprawy, że w ogóle mogę mieć do czynienia z depresją. Któregoś razu jednak postanowiłam ich odwiedzić, wraz z moim chłopakiem, który bardzo mnie wspiera... Nie wyszło to spotkanie najlepiej, bo jakaś myśl wywołała u mnie histeryczny atak płaczu. Wyszłam do kuchni, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, ale tam "nakryła mnie" mama mojego chłopaka. Zaczęła mnie pocieszać, przytulać. Opowiedziałam jej o swoich największych obawach, o tym, jak martwi mnie to, że jestem na utrzymaniu ich syna i że wcale nie czuję się dobrze w tej sytuacji. Mam wyrzuty sumienia, a nie czuję się na siłach aby szukać nowej pracy. Pani M. wykazała wiele zrozumienia, kazała mi się nie przejmować, "wykorzystać ten czas jakby to był urlop - do naładowania baterii". Suma sumarum jednak, po powrocie do domu mój stan coraz bardziej pogarszał się. Z czasem zasięgnęłam porady psychiatry. Dostałam antydepresanty i skierowanie na psychoterapię ( na którą strasznie długo muszę czekać). Od tamtego incydentu praktycznie nie widziałam się z "teściową", ale wciąż narastała we mnie paranoja, że coś jest nie tak. W końcu wyciągnęłam z mojego chłopaka informacje... Powiedział mi o tym, jak strasznie jego mama zmieniła do mnie nastawienie. Teraz twierdzi, że "nie jestem dla niego dobrą partią" (chore!), nie mam ambicji, aspiracji i w ogóle jestem super zadowolona siedząc na tyłku z domu i ciągnąc z niego ciężko zarobione pieniądze. Ale wiecie co w tym wszystkim jest najtrudniejsze do zrozumienia dla mnie? To, że w kontaktach ze mną nadal zgrywa słodką i przyjazną!! Nie mogę pojąć takiej dwulicowości i czuję się strasznie zbita z tropu. Kiedy zadzwoniłam do niej z życzeniami noworocznymi, zaprosiła mnie na kawkę, w najbliższym terminie, kiedy będę odwiedzać rodzinne miasto (co przypada na okolice 20 stycznia). Zgodziłam się. W końcu kilka razy wcześniej unikałam jej zaproszeń, zawsze mówiłam, że "mam mnóstwo spraw do załatwienia i zobaczę jak uda mi się czasowo wszystko zmieścić"... i jakoś tak zawsze brakowało mi czasu (choć tak na prawdę nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie oglądał). Teraz cholernie boję się tego spotkania. Nie wiem jak się zachować wiedząc, że ona jest taka fałszywa wobec mnie. Ba, nie wiem jak ona się zachowa - czy będzie miła, czy zacznie otwarcie mnie atakować? Ja nigdy nie potrafiłam się bronić. Wręcz poniekąd rozumiem jej punkt widzenia, bo w jej okrojonej do minimum perspektywie tego, co dzieje się w moim życiu faktycznie niektóre sprawy mogą tak wyglądać, jak ona je widzi... Boję się, że ona mnie zdominuje, albo spotkanie skończy się wielką kłótnią. Tak czy siak, nie będzie dla mnie przyjemne. Nie chcę być źródłem problemów w relacji mojego chłopaka z jego matką. Choć on i tak twierdzi, że to matki zachowanie jest źródłem problemu, iże ona zawsze miała osobowość dość... psychopatyczną. Wiele mogłabym jeszcze napisać o niej, o sobie... jeśli macie jakieś pytania, walcie śmiało. Nie proszę o słowa otuchy, nie mówcie mi, że mam się nie przejmować, bo ja dobrze wiem, że nie powinnam. Jeszcze kilka dni temu nie mogłam spać z powodu myśli o tym, jak bardzo niesprawiedliwie czuję się postrzegana. Teraz mam trochę większy dystans do tej sprawy, ale nadal nie wiem co robić. Tworzę w głowie scenariusze na temat naszego przyszłego spotkania. Jak mam się zachowywać?
×