Skocz do zawartości
Nerwica.com
Szukaj w
  • Więcej opcji...
Znajdź wyniki które...
Znajdź wyniki...

OnHorseback

Użytkownik
  • Zawartość

    26
  • Rejestracja

  • Ostatnia wizyta

Ostatnie wizyty

Blok z ostatnimi odwiedzającymi dany profil jest wyłączony i nie jest wyświetlany użytkownikom.

  1. A rozmawiałaś z nimi szczerze o wszystkim? Ta relacja to długie lata pracy, chociaż mimo tego nie ufam im w pełni.
  2. Rozumiem Cię. Też wychowałam się w rodzinie dysfunkcyjnej, idealnej na pozór a w środku koszmar. Wiesz, właśnie postanowiłam podjąć krok i mimo że widzę to teraz jako przegrana (mam 28 lat i ambicje rodziców z rodzeństwa przeszły na mnie), to jednak zadzwoniłam dziś do nich z za granicy i przyznałam się że potrzebuję pomocy. A nie było łatwo, bo akurat odebrał tata, który jest bardzo apodyktyczny i ciężko mu wejść w czyjąś skórę. Ale wiesz jak zareagował? Powiedział mi: "Przestań płakać kochanie, będzie dobrze." I coś we mnie pękło, poczułam się znowu jak mała dziewczynka która szukała rozpaczliwie azylu wśród nic nie rozumiejących rodziców. Pierwszy krok mam za sobą, myślę, że drugi też, bo teraz już wiem o pewnych rodzinnych tajemnicach i o tym z czym oni się zmagali i powiem szczerze, że nie wiem jak JA bym sobie z tym poradziła. Także wiem, że chcę i MUSZĘ im wybaczyć żeby iść dalej. Co do diagnozy, dawno temu stwierdzono u mnie nerwicę lękową. Wtedy też mnie to przerastało, znalazłam sobie wyjście, a raczej ucieczkę od patrzenia na tą nerwicę, ale diagnoza męczyła mnie, bo mimo tego że były momenty w których czułam się zdrowa to jednak za szyją wciąż słyszałam tykającą bombę. Teraz z punktu widzenia tych wielu lat, cieszę się z tej diagnozy. Lęk towarzyszył mi zawsze (choć komu teraz nie towarzyszy?), ale pewnie nieracjonalne zachowania utwierdzały mnie w tym, że to nerwiczka a nie ja. Niestety podejrzewam, że gdybym jednak poddała się chociażby terapii (leków boje się z powodu skłonności do narkotyków), teraz tańczyłabym z nerwicą za pan brat ucząc się jak z nią żyć a nie uciekać. 2 dni bez MJ - tyle wystarczyło mi już żeby widzieć wyraźniej i chcieć widzieć trzymam kciuki Ala, dawaj znać co i jak i nie zamykaj się
  3. OnHorseback

    Dzisiaj czuje się...

    Ale fajnie zobaczyć że nad forum sprawuje pieczę L
  4. OnHorseback

    Dzisiaj czuje się...

    Źle, jestem chora, spałam cały dzień, wyładowałam się na moim partnerze który chciał na mnie dobrze i teraz nie mogę spać...
  5. OnHorseback

    Marihuana

    Tego nie wiem, ale wiadome jest, że palenie m może obudzić schizofrenię u ludzi, którzy mają do niej jakieś skłonności (np genetyczne). Uzależnienie to jest realne. Psychiczne - wiadomo. Co do objawów fizycznych - ja mam problemy ze snem i strasznie się pocę... Najgorsze są myśli, moje wyrzuty sumienia się piętrzą a mój partner nie nadąża ze mną jak jestem trzeźwa i dla świętego spokoju robi refill (choć sam nie pali). Od momentu kiedy zaczęłam palić nałogowo, codziennie (3 lata z przerwami) nie osiągnęłam nic w życiu, z czego mogłabym być zadowolona. Wracam do papierosów, może oszukam organizm...
  6. Witam Was ponownie. Już kiedyś otrzymałam tu sporo pomocy od Was i od waszych doświadczeń, które pociągnęły mnie do myślenia nad samą sobą. Mam nadzieję, że pomożecie również i teraz... Mam 26 lat i nie pamiętam w ilu związkach byłam. Naprawdę nie jestem w stanie zliczyć czy nawet wymienić połowy nazwisk mężczyzn, którym w swoim krótkim życiu powiedziałam, że ich kocham. Nie ma w tym nic, co mogłoby przynieść dumę czy radość. Każdy jeden związek opierał się na tym samym schemacie: miłość od pierwszego wejrzenia, fantazje, flirt, euforyczne spotkanie, seks na pierwszej randce (nie taki spontaniczny, nie nie - każdy jeden z poczuciem ten JEDYNEJ miłości), błyskawiczne rozpoczęcie życia razem, pod jednym dachem, ze wspólnym budżetem, marzeniami, planami, które po kilku miesiącach kończą się moją ucieczką i wyrzutami sumienia. "Jak mogłam być taka głupia i nie widzieć że on jest taki?" A jednak gdzieś w głębi pozostaje to dziwne uczucie, jakby gdzieś w tym wszystkim tkwił wielki error. Po 10 latach przeskakiwania z kwiatka na kwiatek doszłam do wniosku, że problem jest, ale nie w nich - we mnie. Przerwa od kochania była, owszem, ale bardzo krótka. Zaledwie 3 miesiące dzieli mój teraźniejszy związek z poprzednim. K poznałam za granicą, bardzo szybko zwrócił moją uwagę, ale broniłam się. Po raz pierwszy nie dałam się ponieść jak wcześniej - czekałam na rozwój wydarzeń. To w końcu od mężczyzny wyszła inicjatywa. Jego dobro, inteligencja i miłość do rysowania stopiło moje serce. Mimo iż obiecałam sobie, że muszę dać sobie czas, zrzuciłam znowu bariery. Możecie pomyśleć - "Skoro jest takim świetnym facetem, macie wspólne zainteresowania, zrozumiałaś z czym się borykałaś - w czym problem?" Otóż problem w tym, że boję się, że tym razem to ja będę tą odrzuconą. Mówię, że kocham. Czuję to. Ale czy na pewno tak jest? Jak mogę odróżnić miłość od zauroczenia? Co jeśli tym razem jest to właśnie to uczucie, a co jeśli nie? Bardzo to zagmatwane, wiem. Zależy mi i na K i na samej siebie. Jak znaleźć złoty środek? Jak poszukać w sobie wiarę i odrzucić kłębiące się w myślach niepewności? Czy brak miłości w mojej rodzinie (mimo wybaczenia i zrozumienia z rodzicami) już zawsze będzie wytwarzał w mojej głowie największe poczucie własnej wartości i szczęścia tylko podczas zbliżenia i pozyskania odrobiny ciepła od partnera? I w końcu.. Czy mogę zaufać samej sobie i swoim słowom?
  7. Z pewnością taka ilość tekstu Cię przeraża, ale uwierz mi, potrzebuję przeczytać Twoje zdanie na ten temat, potrzebuję Twojej pomocy. Jestem młoda, niedawno skończyłam zaledwie 21 lat (mogę pisać zaledwie, prawda?). Wrzuciłam to właśnie tutaj, bo pare lat temu psychiatra wydał na mnie wyrok - nerwica lękowa. Krótko (postaram się) o mnie i mojej historii. Jako dziecko wychowywałam się w szczęśliwej, bogatej, nowoczesnej (na pozór) rodzinie. Tak na prawdę nie było dnia, w którym nie słyszałam krzyku. Do dziś jestem na niego wyczulona. Jestem późnym dzieckiem, więc wychowywała mnie kobieta przechodząca menopauzę. Krzyk, bicie było na porządku dziennym. Zdarzały się ataki z nożem na ojca (wiecie co jest najgorsze? pamiętam, jak stał przerażony, z drżącymi rękoma i łzami w oczach mówiąc "proszę zostaw to"), ale do niczego poważnego nigdy nie doszło. Rodzeństwo było wtedy już dorosłe, siostry prawie wtedy nie pamiętam, a brat wciąż się na mnie wyżywał - psychicznie. Wychowywałam się na małym blokowisku, to też dzieci znałam niewiele. Jedną grupkę stanowiły starsze ode mnie dziewczyny, które wciąż mnie wykorzystywały, drwiły. Stałam się opryskliwym, wrednym dzieckiem. W szkole wszyscy mnie odpychali, śmiali się ze mnie. W gimnazjum nazywali "kaszalotem", "nietoperzem" z powodu ciemnego ubioru, w który moja matka mnie odziewała (może to wydaje się małe, ale wyobraźcie sobie co gimnazjalistka, wkraczająca w okres dojrzewania, w niewielkiej wiosce przeżywa, gdy znana jest w całej okolicy znana pod takim przezwiskiem). Szybko odkryłam wspaniałość internetu i ludzi których tam poznałam. Spędzałam całe dnie po szkole grając w gry i wcielając się w postaci z bajek, udając je wirtualnie tylko po to, żeby poczuć się odrobinę dowartościowana. Wtedy zaczęły się smutne, mokre noce, zaczęłam zdawać sobie sprawę, że nie mam z kim wyjść na spacer, nie mam do kogo zadzwonić plotkując, nie mam z kim wyjść na zakupy. Byłam sama, a winę za to zrzucałam na wszystkich, tylko nie na siebie. Szkoła średnia była przełomem, w większym mieście. Nagle zostałam wrzucona do zbiorowiska różnych ludzi (internat) i zmuszona mieszkać z ludźmi, których nie znałam. Niewypał, dziewczyny, z którymi dzieliłam pokój nie były miłośniczkami muzyki rockowej ani komputerów, szybko określiły mnie mianem "dziwnej" i po roku zgłosiły opiekunce, że nie chcą ze mną mieszkać. W szkole było nieco lepiej, poznałam podobnych do siebie ludzi. Rozpoczęły się nowe miłości, można nawet powiedzieć przyjaźnie. Niestety, nie mogłam się pozbyć użalania się nad sobą, gdy było dobrze, robiłam sceny o cokolwiek, żeby tylko móc trochę popłakać. Mimo wszystko wciąż czułam się samotna. Niezależnie od tego ile osób w okół mnie było. Przyjaźnie skończyły się po różnych akcjach (np. zdradzie mojego pierwszego "chłopaka" z rzekomą przyjaciółką). Poszłam na wymarzone studia, nie podołałam. To wtedy dostałam napadu lęku, ataków, paniki. Zostałam zupełnie sparaliżowana. Mój ówczesny partner nie potrafił mi pomóc, pogarszał całą sytuację. Ćpał i sam mnie do tego namawiał. Od dłuższego czasu jeśli chodzi o facetów (bo w całym moim życiu to oni byli najważniejszymi dla mnie ludźmi) przeskakiwałam z kwiatka na kwiatek. Od mojego pierwszego związku (5 lat temu) nie byłam sama dłużej niż pół roku. Dlaczego? Bo boję się samotności. Zaczęłam bać się siebie, doskwierał mi dziwny lęk, że wydłubię sobie oczy. Boję się ciemności, boję się duchów i szatana (mimo, że do kościoła nie chodzę), które się w tej ciemności czyhają. Nie potrafię, a przynajmniej to dla mnie niezwykle trudne zasnąć samej w pokoju. Zapewne pomyślicie teraz "kobieto, powinnaś się leczyć". Otóż PRÓBOWAŁAM. Od psychiatry dostałam leki, szczerze mówiąc nie pamiętam już jakie. Po nich czułam się jeszcze gorzej, więc je odstawiłam. Po myślach samobójczych powiedziałam sobie "nigdy więcej tabletek". Teraz mówisz sobie "idź do psychologa". Otóż BYŁAM. Nieraz. Na NFZ, rzadkie wizyty, u każdego słyszałam "wychowywałaś się w patologicznej rodzinie, to wina Twoich rodziców". Co miałam sobie pomyśleć? "Aha, to jak nie moja wina, to wszystko ok". Szybko zraziłam się do takich wizyt. Teraz, rzuciłam studia. Po niesamowitych zaległościach związanych z atakami nerwicy i małą samooceną nie potrafiłam sobie już dłużej poradzić. Jestem za granicą, z moim facetem. Zarabiam niewiele z racji wieku. Planuję wrócić na studia, rozpocząć w Polsce inny kierunek, dlatego jestem tu w celach na to zarobkowych. Pomyślisz "No ale zaraz, masz plany, masz faceta, więc co niby jest nie tak?". Dużo, dużo jest nie tak. Boję się studiować, czuję, że sobie nie poradzę, że całe życie będę wstawać o 4 nad ranem, żeby zapierdalać na chłodni. Nie znam tu nikogo oprócz D. (moja miłość). "Masz chłopaka, on Ci pomoże, przestań się użalać!" D. wyrządził mi ostatnio dużo krzywdy. W ukryciu przede mną korespondował ze swoją eks, pisał, że chce do niej wrócić, że z chęcią zabrałby ją na wakacje, że jestem psychiczna i ma mnie dość. Zostawił mnie. A ja? Byłam wściekła. Przez pare dni. Nie mogliśmy się wyprowadzić od siebie, bo póki co nas na to nie stać. Po tym czasie prosiłam go, żeby dał nam szansę, żeby do mnie wrócił. Rzucanie i błaganie miało miejsce jeszcze ze 3 może 4 razy. Nie wyobrażam sobie prawdziwego rozstania, bo go kocham. To by mnie zniszczyło. W tej chwili jesteśmy rzekomo razem. Wczoraj powiedział coś, przez co pękłam: - "Nie dość, że muszę ciężko pracować, to jeszcze jesteś Ty" - stwierdził na moje "Jestem już taka zmęczona wszystkim, nie mam celu w życiu." Bo jestem. I nie mam. Wracam z pracy, gram w gry, głównie przegrywam, ale jak uda mi się wygrać, to staje się jedynym dowodem dla mnie, że jestem czegoś warta. Dlaczego się tym z Wami podzieliłam? Nie wiem, miałam taką potrzebę. Ale... Mam nadzieję, że chociaż jeden z Was to przeczyta, chociaż jedna osoba mnie dostrzeże i powie mi JAK MAM ZACZĄĆ ŻYĆ
  8. O Boże, szyba to tylko kruche niezbyt dobrze związane ze sobą atomy. Jedno uderzenie i po sprawie. Trust me, I'm an engineer
  9. Uwierz mi, że nie jesteś jedyny z takim problemem. Słuchaj, u mnie dzisiaj też jest bardzo ciężko. Ale zawsze sobie mówię: "Mam jedno życie i szkoda mi czasu, żeby je zmarnować." Może nie ZAWSZE pomaga, ale jeśli pomogłoby choć raz, to i tak warto nad tym pomyśleć. Nie popełnisz samobójstwa, bo sam dobrze wiesz, że nie ma sensu. Uwierz w to, że jesteś jednym z 7000 mln cudów na świecie. I hej... Skoro miałeś dziewczynę i potrafiłeś znaleźć pracę, to nie jesteś przecież taki bezwartościowy.
  10. Witajcie, jest 4:50 a ja wciąż nie śpię. Albo jestem wyjątkowym przypadkixeem hipohondryka (wybaczcie, jeśli źle napisałam) albo walczę z tyloma chorobami/zaburzeniami, że mogę nazwać siebie prawdziwym bohaterem. Mam 20 lat. Jestem studentką 1 roku fizyki. Zawsze marzyłam o studiowaniu jej. Moja cala historia z nerwicą rozpoczęła się wraz z rozpoczęciem studiów. Drugi dzień nauki minął cudownie, nowo wynajęty pokój, komputer, gra i wtedy... Ludzie, pamiętajcie, że jeśli macie słabą psychikę, nie raczcie jej horrorami. Tej nocy zaczęłam poważnie schizować. Od dłuższego już czasu odnosiłam wrażenie (głównie przed snem) iż ktoś przebywa ze mną w pokoju. Towarzyszyło temu mnóstwo niepokoju i pewność, że gdy odwrócę się tyłem do drzwi, obok nich pojawi się sylwetka ducha. Żywcem ściągnięty scenariusz z Klątwy. Otóż nie... Moje Ja postanowiło skojarzyć to z zupełnie czymś innym! Jako że byłam właśnie wtedy w toksycznym związku, namawiana przez partnera do brania psychodelików (taki typ narkotyków, ale radzę się w to nie wgłębiać), a znajomi mojego "lubego" od dragów trafili ostatnio do szpitala psychiatrycznego, z zapałem szukałam na internecie informacji o tejże chorobie. "Odczuwanie obecności wrogiego osobnika mniej czy. bardziej określonego." No i w ten sposób właśnie upewnilam się, że z pewnością też na nią cierpię. Noc była długa. Bardzo długa. Lęk przed schizo był tak duży, że nie. pozwalał mi się uspokoić aż do wizyty u psychiatry. Dostałam zapewnienie, że moje obawy nie są słuszne. Borykałam się z lękiem przed chorobą psychiczną przez parę tygodni. Ale nie... To nie mógł być koniec. Zakradł się kolejny. Tym razem przed samą sobą. Dziwne, bo zaczęło się od tego, że wyobraziłam sobie długopis wybijający się do oka. Uwierzcie mi. Przez 3 tygodnie wyłam z lęku przed zrobieniem sobie krzywdy. Na szczęście poznałam mojego nowego towarzysza, ktory też miewał podobne myśli, dlatego też od jakiegoś czasu już nie patrzę że strachem na ręce. Następne było serce. Dostałam nerwicęserca. Rzecz jasna wmawialam sobie ciężkä niewydolność. Do kardiologa mam zamiar iść. Ostatnio przyszedł strach przed opetaniem. Po prostu. Byłam pewna, że potrzebne będą ciężkie egzorcyzmy i mimo, że teraz ustało to głupie uczucie, sprawa jest wciąż "świeża". Czy wspomnialam o tym, że wszystkiemu towarzyszy bezsenność? Tak już mamy czerwiec, fatalnie jak na mnie zdaną sesję, mnóstwo opuszczonych z powodu braku snu zajęć i mnóstwo do nadrobienia. Topię się w morzu stresu i lęku, a mój Romeo robi wszystko, żeby mi pomóc a ja mam tylko wrażenie, że wtrącam go powoli w depresję. Wcześniej byłam radosną, energiczną dziewczyną a teraz muszę ciężko pracować nad tym, żeby nie myśleć, że całe życie będę taplać się w tym smrodzie. Nie życzę tego wszystkiego nawet najgorszemu wrogowi...
  11. I jak jest teraz? Jak się czujesz po terapii? Pytam, bo nachodzą mnie myśli, że już całe życie bedzie usłane lękami.
  12. Hej. Mam 19 lat. Właśnie rozpoczęłam studia. Mam dokładnie takie same objawy... Zaczęły sie od lęku przed schizofrenią. Teraz po 3 tygodniach boję się, że wbiję sobię coś w oko. To, że poszedleś do szpitala wcale mi nie pomogło. Boję się odrzucenia... Tego, że nie wyjdę już że szpitala psych. Że chłopak którego strasznie kocham mnie rzuci. Byłam dzisiaj na 1 wizycie u psychologa. Na początku po wyjściu było ok. Teraz siedzę na mieście z chłopakiem i znajomymi i znów boję się, że wbije sobie ołówek w oko. Wcześniej byłam szczęśliwa, nie myślałam o takich rzeczach. Jak sobie z czymś takim poradzić? Mam nadzieję, że ktoś mi odpisze...
  13. Dziękuję. Troszkę mi to pomogło. Wciąż jednak myślę o tym pieprzonym oku. Już się nie BOJĘ, ale mam okropne, natrętne myśli z nim związane... Nie cały czas, ale jak już sobie przypomnę to nie daje mi spokoju. Ciężko. Wcześniej nigdy nie miałam takich problemów... Nawet do głowy by mi nie przyszło, że mogę się znaleźć w takim stanie. Czy to możliwe, że wywołały to narkotyki? Pół roku temu bawiłam się przez miesiąc z psychodelikami, na szczęście stwierdzilam że nie warto. Może to być przyczyną mojej lękówki/nerwówki?
  14. Chciałam się obyć bez leków... Może powinnam zacząć od psychologa a nie psychiatry?
  15. Nie biorę tabletek od 2 tygodni. Do tej pory było ok...
×